Dług windykatora

Jacek Konikowski
05-01-2007, 00:00

Windykator ściga dłużników. My — windykatora. Nie jesteśmy jedynymi. Windykatora szukają też wierzyciele i prokuratorzy.

Nam się udaje, im — nie.

Przydrożny parking. W ciemnozielonym jaguarze S-type na warszawskich numerach rozmawia dwóch mężczyzn: prezes firmy windykacyjnej i jej dyrektor. Pierwszy rzuca propozycję: sprzątnąć wspólnika.

Znasz kogoś zaufanego, kto za konkretną kasę sprzątnie tego śmiecia? — rzuca prezes.

Pada nazwisko ofiary. Pojawia się zwitek banknotów. I broń.

Dyrektor odmawia, ale dawny wspólnik prezesa żyje w strachu.

Scenka jak z podrzędnego gangsterskiego filmu. Konfabulacja zawiedzionego podwładnego, czy najczystsza prawda?

Widmo windykatora

Rok temu pisaliśmy o sprawie Czesławy Nowak i jej udręce z firmą windykacyjną.

Wtedy też po raz pierwszy wypłynęło nazwisko Roberta Jakobsche i firmy Optimal Inkasso, która na zlecenie Anwilu egzekwowała dług od pani Nowak. Okazało się wówczas, niejako przy okazji, że windykator sam ma długi, przed którymi ucieka, chociażby nie płacąc za swoje biuro w Legnicy. Niedawno skontaktował się z nami jeden z pracowników Optimal Inkasso. Okazało się, że firma działa nadal, tyle że pod innym szyldem. I ciągle ma te same problemy. A raczej jest ich źródłem. Nadal pojawia się i znika.

Docieramy do kilku wierzycieli Roberta Jakobsche: Elsped ze Szczecina (50 tys. zł), Transpetrol z Katowic (80 tys. zł), Mera Mont z Wrześni (24 tys. zł), Huta Szkła Gospodarczego w Dąbrowie Górniczej (40 tys. zł), Budo Tank z Legnicy (42 tys. zł) czy legnicki ZUS.

— Firma pana Jakobsche jest nam winna sporo pieniędzy. Z odsetkami będzie tego ponad 100 tys. złotych — twierdzi Beata Ślęzak, prezes Spółdzielni Mieszkaniowej Bolesławianka z Bolesławca.

Nie zawsze chodzi o zwindykowane, ale nieoddane zleceniodawcom długi. W Piekarach Śląskich Robert Jakobsche wziął węgiel, za który do dzisiaj nie zapłacił.

— Jest nam winien około 219 tys. złotych. Mamy prawomocny wyrok, ale komornik nie znalazł u Jakobsche żadnego majątku, więc w lipcu wydał postanowienie o nieściągalności — twierdzi księgowa z Zakładu Wzbogacania Węgla Julian.

A propos komorników. Kilku chętnie nawiązałoby z Jakobsche bliższą „współpracę”.

— Mamy kilka spraw dotyczących tego pana i jego firmy — przyznaje asesor komorniczy I rewiru w Legnicy.

Jego kolega z rewiru V twierdzi to samo. O szczegółach nie chcą mówić, bo nie jesteśmy stroną w sprawie. Na pytanie, dlaczego tak trudno ściągnąć od Jakobsche pieniądze, jeden z nich tłumaczy: bo jest jak feniks, gdy grunt pali mu się pod nogami, otwiera kolejną spółkę i działa dalej.

Bat na wierzycieli

Wiemy już, że dawne Optimal Inkasso wyniosło się z Legnicy. Dostajemy informację, że działa w Warszawie pod zmienioną nazwą. Znamy adres. Pukamy do biura Euro Investments w centrum miasta. Pech, od kilku dni adres jest już nieaktualny.

— Byli tu przez dwa lata. Ostatnio mieli jakieś problemy. Wynieśli się kilka miesięcy temu. Za czynsz zapłacili, ale nie cały — mówi Waldemar Sakowski, administrator biurowca przy ul. Świętokrzyskiej.

Waży słowa. Pytamy, jakim byli najemcą, czy powtórnie wynająłby biuro firmie Euro Investments. Twierdzi, że niechętnie. Pytamy jeszcze o nowy adres firmy.

— Nie zostawili. Co prawda mam komórkę do jej szefa, Roberta Jakobsche, ale on nie odbiera — dodaje Sakowski.

Więc szukamy dalej. Na poczcie dowiadujemy się, że korespondencja jest przekierowywana na Ursynów. Docieramy do byłego współpracownika Jakobsche, Jana Bronisia, dyrektora handlowego w Euro Investments. W firmie pracował od sierpnia 2005 r. do stycznia 2006 r. Wcześniej był pełnomocnikiem zarządu ds. zarządzania wierzytelnościami w spółce Mitex, skąd Jakobsche ściągnął go do siebie wraz z kontraktem na windykację przeszło 2 mln zł od dłużników Miteksu.

Początkowo był zachwycony nową pracą w Euro Investments: służbowy ford mondeo do wyłącznej dyspozycji, bez limitu kilometrów, komórka, pełnomocnictwo, niezgorsza pensja. Do tego swoboda, brak ewidencji czasu pracy, listy obecności.

— Moim zadaniem było zdobywanie zleceń windykacji długów. Byłem zadowolony, mogłem robić, co chciałem, liczyły się tylko efekty finansowe, a te miałem coraz lepsze — wspomina Broniś.

Szło mu nieźle. Po miesiącu dostał awans i podwyżkę. Wyciągał 4,5 tys. zł.

— Z czasem zacząłem dostrzegać dziwne rzeczy. Mimo że dłużnicy wpłacali pieniądze na nasze konto, to jednak nie trafiały one do wierzycieli. Zauważyłem, że gdy tylko wierzyciele telefonowali do firmy, nasi pracownicy informowali rozmówców, że nikogo z osób podejmujących decyzje w tym czasie nie ma, mimo że wszyscy byli w biurze — mówi Broniś.

Wspomina też, jak to sekretarki kwitowały odbiór gotówki, którą później bez pokwitowania przekazywały Jakobsche.

— W połowie grudnia dowiedziałem się od dyrektora Tabaczyńskiego, że Euro Investments nie będzie w stanie zwrócić pieniędzy, które wpłynęły na rachunek bankowy, bo w połowie września urząd skarbowy zajął 170 tys. zł znajdujących się na rachunku firmy, a pochodzących z wpłat od dłużników Miteksu. Później dowiedziałem się, że istnieje takie polecenie wydane przez prezesa Jakobsche, aby naszym zleceniodawcom pieniędzy nie zwracać, przeciągać w nieskończoność ustalanie sald, informować wierzycieli o tym, że trzeba zapoznać się ze sprawą lub ją wyjaśnić, a to wymaga czasu, możliwie długo gmatwać sprawy, antydatować dokumenty, wysyłać dokumenty niekompletne lub nie podpisane, wysyłać je później niż są datowane po to, aby w przyszłości powoływać się na niedotrzymywanie przez naszych kontrahentów terminów. Zrzucać odpowiedzialność na poprzednio pracujących, że to właśnie oni przyczynili się do zawikłania sprawy lub wystawiać fikcyjne faktury, od których my i tak nie odprowadzimy podatku, a które skutecznie na pewien czas spowodują, że na naszych kontach znajdą się pieniądze, którymi z kolei będą mogły obracać inne firmy prezesa Jakobsche. Zwracać pieniądze swoim wierzycielom mieliśmy dopiero w razie otrzymania nakazu zapłaty. Dyrektor Tabaczyński wspominał również o tym, że w ostateczności zawsze można złożyć wniosek o ogłoszenie upadłości. Dowiedziałem się również o tym, że należy często zmieniać numery w telefonach komórkowych oraz zmieniać rachunki w bankach po to, aby nasi wierzyciele nie mogli wskazywać ich w razie działań komorniczych — opowiada Broniś.

Sporo tego. Broniś postanawia złożyć doniesienie do prokuratury. Jest przerażony. Zwłaszcza po tym, co usłyszał kilka miesięcy wcześniej, na leśnym parkingu w drodze na spotkanie z klientem.

Król Cyganów

— Jechaliśmy z Jakobsche do Łodzi na spotkanie z klientem. W trakcie krótkiego odpoczynku prezes otworzył tylne drzwi swojego jaguara, wyciągnął zza siedzenia teczkę, a z niej zwitek banknotów. Później pistolet. Padło nazwisko: Dawid Stępniak. Wspominał, że rozmawiał już o nim z legnickim królem Cyganów, ale że Stępniak wcześniej poskarżył się w legnickiej prokuraturze czy policji na czyhające ze strony pana Jakobsche niebezpieczeństwo, to teraz poszukuje kontaktów w innych stronach Polski, żeby tę sprawę załatwić. Na drugi dzień, już w biurze przy Świętokrzyskiej, podał mi kartkę papieru z adresem Dawida Stępniaka — wspomina Broniś, drobiazgowo opisując całe zajście. Pisze o tym do prokuratury.

Kim jest Dariusz Stępniak i czym aż tak naraził się Robertowi Jakobsche?

Spotykamy się z nim w Legnicy. Chłop jak dąb, ale głos mu drży, gdy opowiada o prezesie. Dobrze, że w ogóle mówi. Długo nie chciał się zgodzić na rozmowę.

— Co Jakobsche ma do pana?

— Jestem, a raczej byłem jego sumieniem, wiem wszystko o kulisach jego interesów, więc jestem niewygodny. On mi wygląda na psychopatę, który nie odpowiada za swoje czyny. Rozstaliśmy się i nic już nas nie łączy, po za długami i problemami spółek w które mnie wsadził, więc czego on chce ode mnie? Tak, przez lata razem pracowaliśmy, choć mnie traktował raczej jako słupa, wpierw w Optimal Inkasso, który potem zmienił nazwę na Cash Trade, w Orkanie, w Euro Investments. Ja mu życzę jak najlepiej i radzę, żeby sobie odpuścił działania wobec mnie. Chcę o nim zapomnieć, choć nie mogę, bo ciągle żyję w strachu o siebie i moją rodzinę. Boję się, bo ja mam wiele do stracenia, mam żonę, dziecko, on prawdopodobnie już nic — mówi Stępniak.

— Jakobsche ucieka przed długami?

— Niech pan zapyta choćby legnickich komorników. Lista wierzycieli jest długa. Wpierw miał prywatną działalność, potem spółkę Optimal Inkasso, w końcu Cash Trade w Katowicach i jednocześnie Euro Investments w Warszawie. Warszawa to była ucieczka z Legnicy, bo tam był już spalony. W Warszawie udawał wielkiego prezesa. Był niepisany zakaz, że pracownicy w Warszawie nie mogli znać jego przeszłości. Ja ją znałem.

— Jak układała się współpraca?

— Szczerze? Zawsze dla niego ciężko pracowałem, zarabiałem duże pieniądze. Po przeprowadzce do Warszawy zaczął traktować mnie jak najemnika, a nie jak wspólnika. Upokarzał, szlachtował pracą. Zresztą on słynął z tego, że pastwił się psychicznie nad ludźmi od niego zależnymi.

— Na przykład?

— W dniu, w którym moja żona rodziła, kazał mi stawić się w pracy i z firmowej imprezy rozwozić kontrahentów po domach. Albo sadzał na krześle i przez trzy godziny wulgarnie mnie rugał, za wszystko, tylko po to, żeby się wyżyć. Najgorsze było, jak zmuszał mnie do tłumaczenia się za jego długi przed wierzycielami.

— Cherlawy pan nie jest...

— Nie miałem wyjścia. Żona w ciąży, ja na dorobku. Przez długi czas musiałem się z tym godzić. W końcu pękłem. Pożegnałem się z nim, zapiąłem wszystkie sprawy, wróciłem do Legnicy i żyję w strachu. Początkowo chodziłem z bronią, bo jacyś smutni panowie wciąż za mną łazili. Byłem przerażony. Na wszelki wypadek zostawiłem u prawnika kopertę z informacjami o Jakobsche, dla rodziny — mówi Stępniak.

— Jakimi?

— Chociażby to, o czym panu wspomniałem.

— A co z tym królem Cyganów?

— Wiem, o kogo chodzi. On mnie kojarzy jako pracownika Jakobsche, ale interesów razem nie robimy — dodaje Stępniak.

Kończy rozmowę. Smutna sprawa. Prawdziwa? Jakobsche zaprzecza.

Mamy pietra

Mieszkanie na Ursynowie. Nowa siedziba Euro Investments, bez szyldu, jedynie na domofonie kartka z nazwą firmy. Biuro skromne. Puste. Biurko, fotel, gołe ściany, mydło w łazience.

Suche przywitanie. Więc to jest Robert Jakobsche? Pierwsze wrażenie nawet miłe. Ale miło nie jest. Wymówki na dzień dobry, że to przez nas, że po ostatnim artykule stracił klientów, dochody szlag trafił, że nie ma pieniędzy na wystawne biuro. I że kolejny nasz tekst rozłoży go dokumentnie, a przecież ma rodzinę, ma dzieci. I tak już ledwo ciągnie. Po co pisać? Irytuje się coraz bardziej, nie daje dojść do słowa. Żadnych zdjęć, nagrywania rozmowy, nawet notatek.

Zdenerwowany sięga po paczkę dunhilli. Papieros uspokaja. Nie jesteśmy sami. Rozmowie przysłuchuje się mężczyzna. Gość w ciemnym garniturze. Nie podał nazwiska. Nie odzywa się. Słucha.

Pytamy o długi, o kolejne spółki, o Dawida Stępniaka, w końcu o epizod na parkingu. Wszystkiemu zaprzecza. Przekonuje, że to nie tak, że było inaczej. Że to on padł ofiarą nieuczciwych wspólników i współpracowników. Żali się, że dał szansę Stępniakowi, który zamiast być mu wdzięcznym, okazał się niegodnym zaufania niewdzięcznikiem.

Albo ten Broniś, który ponoć chciał wyłudzić od niego pieniądze i niewiele był wart jako pracownik. Pytamy o dowody. Twierdzi, że nie ma pod ręką. Za to ma listy polecające. Jeden po drugim lądują na stole pisma z Bumaru, od likwidatora Huty Skawina, ze spółki Viterra Development, Stolbudu i jeszcze kilku innych, których nazwy nic nam nie mówią. W nich same superlatywy. Miło czytać.

Finał daleki

Finał? Wszystko przed nami. Prokuratura Rejonowa w Legnicy, do której Dawid Stępniak w połowie ubiegłego roku złożył doniesienie w sprawie gróźb karalnych ze strony Jakobsche, zawiesiła postępowanie.

— W grudniu postępowanie zostało zawieszone z uwagi na niemożność ustalenia miejsca pobytu niektórych świadków. Gdy ta przeszkoda ustanie, dochodzenie zostanie podjęte na nowo — powiedziała prokurator Liliana Łukasiewicz, rzecznik prokuratury.

My znamy adres „niektórych” świadków: firmowy i domowy.

Z kolei Prokuratura Rejonowa Warszawa—Śródmieście Północ bada doniesienie Jana Bronisia w sprawie rozliczeń Euro Investments z firmą Mitex. Co prawda raz już sprawa ta została umorzona przez śródmiejską prokuraturę, ale jej akta ponownie wróciły na biurko prokuratora.

A Euro Investments nadal prowadzi działalność. Windykuje cudze długi. A dłużnicy szukają sposobu na windykatora, który zmienia nazwy i miejsca.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Dług windykatora