Gdyby bezpieczeństwo energetyczne zależało od liczby debatujących nad nim polityków, to prezydencki szczyt w Kijowie przyniósł „dalszą systematyczną poprawę” w stosunku do ubiegłorocznych szczytów w Krakowie i Wilnie. Niestety, dosiadanie się do stołu kolejnych głów państw nie przekłada się na choćby jedną baryłkę ropy więcej, ponieważ przybywa wyłącznie biorców. Problem energetycznych dawców staje się znacznie poważniejszy, niż w obszarze transplantologii.
W Kijowie do pięciu prezydentów Polski, Ukrainy, Litwy, Gruzji i Azerbejdżanu dołączyły dwie głowy państw — z Łotwy i Estonii. Notabene wszyscy prezydenci republik bałtyckich — Valdas Adamkus, Valdis Zatlers i Toomas Ilves — przylecieli i odlecieli goszcząc na pokładzie u Lecha Kaczyńskiego, czym wydali certyfikat bezpieczeństwa Tupolewowi 154M z napisem Rzeczpospolita Polska. Na zdecydowanie niższym szczeblu reprezentowane były Słowacja, Rumunia, Bułgaria i Mołdawia (a symbolicznie także Unia Europejska i USA) oraz kraj absolutnie najważniejszy dla celów szczytu — Kazachstan.
Naftowego potentata ponownie reprezentował jedynie branżowy wiceminister Liazat Kiinow, natomiast prezydent Nursułtan Nazarbajew przyjmował akurat u siebie prezydenta Dmitrija Mied-wiediewa, który w pierwszą zagraniczną podróż udał się właśnie do Astany. Było to kolejne sprytne zagranie Moskwy, zaaranżowane jeszcze przez Władimira Putina — oto Rosja i Kazachstan wspólnie wskazały uczestnikom szczytu w Kijowie ich miejsce w szyku. Minister Kiinow oczywiście zadeklarował współpracę przy pozyskiwaniu kaspijskiej ropy, ale wyraźnie wskazał, którędy byłaby ona transportowana z bogatych złóż kazachskich — ropociągiem przez terytorium Rosji do portu w Noworosyjsku i dopiero stamtąd do Odessy. Całkowicie podważa to sens szczytów biorców, ponieważ ich fundamentalnym założeniem jest przesył ropy przez Gruzję, właśnie z ominięciem Rosji.
Dyżurnym tematem debat o dywersyfikacji źródeł zaopatrzenia w ropę jest przedłużenie ukraińskiego ropociągu z Odessy do Brodów do naszego Płocka, czyli docelowo do Gdańska. W Kijowie nie nastąpił żaden postęp, ponieważ wciąż nie ma studium wykonalności i opłacalności tego przedsięwzięcia. Kibicuję temu projektowi od ośmiu lat i przez ten czas jedynym konkretem stała się przybliżona trasa ropociągu, który z Brodów do Płocka przebiegałby wcale nie tak, jak bez sensu wciąż pokazują na mapkach nasze telewizje. Ze względu na unijne procedury środowiskowe, budowany byłby głównie po stronie ukraińskiej, a w granice Polski wszedłby koło Białorusi, stając się trzecią nitką ropociągu Przyjaźń. Wobec decyzyjnego marazmu trudno się dziwić, że istniejący odcinek wykorzystywany jest przez Ukrainę odwrotnie — rosyjska ropa płynie okrężną drogą lądową z Brodów do morskiego terminalu w Odessie.
W tych okolicznościach przyjęta w Kijowie deklaracja okazała się równie szczytna, co miałka — z czego oczywiście ucieszyła się Rosja. Co prawda gospodarz Wiktor Juszczenko optymistycznie uznał, że oto tworzy się nowa kultura polityki tranzytowej surowców energetycznych, ale z konkretów doczekaliśmy się jedynie powołania enigmatycznej grupy roboczej. Staje przed nią zadanie bardzo trudne, jako że udziałowcami naftowej inicjatywy są zarówno państwa członkowskie UE, jak i spoza — a bez akceptacji Brukseli tak gigantyczne przedsięwzięcie nie ma żadnego sensu, zwłaszcza finansowego.
Kolejny szczyt prezydencki odbedzie się za pół roku w Baku. I bardzo dobrze, że tam, bo trafi się wreszcie okazja do sprawdzenia kart prezydenta Ilhama Alijewa. Wobec postawy Kazachstanu, cała koncepcja dywersyfikacji opiera się obecnie wyłącznie na azerskich obietnicach, że złóż po zachodniej stronie Morza Kaspijskiego wystarczy również dla nas — co naftowi eksperci uważają za niemożliwe wobec poczynionych przez Azerbej-dżan zobowiązań dostawczych w innych kierunkach.
Jacek Zalewski