Dokąd polska architekturo?

Agnieszka Zielińska
opublikowano: 2005-06-24 00:00

Fascynacja konstrukcjami z metalu i szkła powoli przemija. Dziś dominuje wyważony modernizm, a polska architektura wciąż szuka własnej tożsamości.

Kiedy w 1997 roku ruszyło zaprojektowane przez Franka Gehrego Muzeum Guggenheima w Bilbao, to prowincjonalne baskijskie miasto z dnia na dzień ożyło i stało się turystyczną mekką. Do słynnej katedry Sagrada Familia w Barcelonie do dziś ściągają tłumy. W obu przypadkach nowa jakość architektury dała konkretny efekt komercyjny. Czy tak może być również u nas?

Odpowiedź nie jest prosta. Z jednej strony polscy architekci tęsknią za indywidualizmem i odważnymi projektami, z drugiej, stawiają na bezpieczeństwo. Wolą proste, wyważone formy i boją się eksperymentów, bo to niesie ryzyko błędu. Projekty i realizacje z ostatnich lat zdają się to potwierdzać…

Styl globalny

W centrum Warszawy wciąż króluje anonimowy styl międzynarodowy, który można spotkać w wielu zakątkach świata. Najnowszą budowlą z tego nurtu jest drapacz chmur Rondo 1. Projekt 40-piętrowego wysokościowca i towarzyszącego mu 10-kondygnacyjnego biurowca powstał w londyńskiej filii amerykańskiego biura SOM (Skidmore, Owings & Merrill). Pracownia zasłynęła m.in. budową Sears Tower w Chicago (450 m, 1974 r.).

Fasadę wysokościowca ozdobią tafle transparentnego szkła. Oba obiekty połączy przeszkolona przestrzeń tworząca ogród zimowy. Oryginalnym rozwiązaniem są także szyby wind usytuowane w trzech szklanych wieżach poza głównym obrysem budynku.

W pobliżu, w ścisłym centrum, powstaje inny gigantyczny kompleks — Złote Tarasy. Zdaniem wielu architektów, konstrukcja dachu to bezdyskusyjnie cud inżynierii.

— Gigantyczna, pofałdowana i bardzo skomplikowana struktura robi imponujące wrażenie — ocenia architekt Piotr Szaroszyk.

Szklaną kopułę podpiera 11 olbrzymich rozgałęzionych słupów. Blisko 4,8 tys. szklanych paneli zamontowanych jest na specjalnej, pofałdowanej stalowej siatce. Przeszklona kopuła ma powierzchnię ponad 10 tys. mkw. Cały dach waży 1400 ton, w tym 600 ton to samo szkło.

Autorem projektu jest architekt David Rogers z kalifornijskiej pracowni The Jerde Partnership. Jego celem było stworzenie kompleksu, który w jak największym stopniu przypominałby środowisko naturalne. I udało mu się. Całość ma wyglądać tak, jakby korony drzew przykryto delikatną metalową siatką.

Brak szaleństwa

Ale we współczesnej polskiej architekturze brak tak ryzykownych eksperymentów. Dominującym kierunkiem jest neomodernizm. Formy budynków są proste, racjonalne i mają harmonijne proporcje. Jedynym urozmaiceniem bywają zestawienia materiałów i faktur: kamienia, szkła, tynku, metalu i drewna. Z neomodernistyczną architekturą mamy do czynienia głównie w budownictwie mieszkaniowym. Jest obecna zarówno w nowo budowanym Miasteczku Wilanów, mokotowskiej Marinie, jak i osiedlu Eko Park powstającym na Polu Mokotowskim.

— Wszechobecny neomodernizm, architektura na serio, rzeźbiarska, wyważona, której brak szaleństwa, to odpowiedź na zastany wcześniej chaos — uważa architekt Krzysztof Ingarden.

Zdaniem innego znanego architekta, Czesława Bieleckiego, problemem polskiej architektury jest przede wszystkim brak tożsamości.

— Dominuje architektura „second hand” — z drugiej ręki. To powszechna niezdolność do bycia autentycznym. Architekci z reguły nie starają się tworzyć niczego nowego, wolą robić coś, co wcześniej ktoś już zrobił — mówi Bielecki.

Szklany lub metalowy kubik staje się rozwiązaniem na każdą sytuację. Formy inne, wychodzące ponad przeciętność, na ogół są tępione. Dlaczego? Bo powszechnie uważa się, że tak się teraz „nie robi” — podsumowuje Bielecki.

Wtóruje mu Romuald Loegler. Ten wybitny krakowski architekt twierdzi, że w polskiej architekturze nie ma innowacyjności.

— Widzimy jedynie popis katalogowych możliwości. W obliczu niepohamowanej erupcji form nie ma możliwości obiektywizacji piękna. Dawne kanony, jak niezmienne proporcje lub funkcjonalna spójność zniknęły, trudno dziś odróżnić piękno od kiczu — mówi Loegler.

Ten powszechny brak poczucia proporcji i skali dostrzega również Bielecki:

— Małomiasteczkowy dom handlarza z XIX wieku lub carskie koszary górują wyczuciem proporcji i detalu nad modernistycznymi domami zaprojektowanymi przez dyplomowanych architektów — ocenia.

Świadomy eklektyzm

Dominuje zatem przeciętność.

— Skoro szare mydło dobrze się sprzedaje, to po co robić lawendowe? Inwestorzy również wolą bezpieczeństwo. Mówią: skoro ktoś odniósł w ten sposób sukces, to ja też chcę, aby zaprojektowano mi taki sam budynek — mówi architekt Magdalena Staniszkis.

Są jednak projekty, które próbują ucieczki od dominacji „szklanego pudła”. Przykładem projekt nowej siedziby TVP.

— Planując ją, chciałem stworzyć dominantę, która byłaby rozpoznawalna jako symbol mediów. Tej ikony nie wymyśliłem sam, wziąłem ją jako pewien kulturowy wzór, idiom. Gdy na okładce tygodnika „Time” znalazłem obraz globalnych mediów przedstawionych poprzez symbol wieży Babel, upewniłem się, że odbiór będzie czytelny — mówi Czesław Bielecki, twórca projektu.

Siedziba Polskich Sieci Elektroenergetycznych w Konstancinie, którą również zaprojektował Bielecki, przekazuje całkiem inne treści.

— Budynek usytuowany przy wjeździe do Konstancina jest — dzięki szklanej kopule z drzewem — herbem uzdrowiska, jednocześnie bramą wjazdową i symbolem firmy, która zarządza czystą energią w zgodzie ze środowiskiem. Wewnętrzne pasaże i otwarcie na ogród tworzą klimat campusu — objaśnia architekt.

Bielecki w swojej twórczości stara się korzystać z wielu tradycji i otwarcie się do tego przyznaje. W najnowszej książce „Więcej niż architektura”, która pojawiła się właśnie w księgarniach, głosi pochwałę eklektyzmu.

— To nie tylko łączenie stylów w jednym dziele, ale świadome korzystanie ze skarbnicy przeszłości. Im bardziej jesteśmy świadomi naszej historii, tym łatwiej — korzystając z niej — możemy dać własną odpowiedź. Nigdy nie jest ona w pełni oryginalna, zawsze to jakieś połączenie obrazów, które kiedyś widzieliśmy. Dopiero próba czasu pokazuje, czy byliśmy twórczy w interpretacji wzorów z przeszłości — twierdzi architekt.

Architektura miejsca

W tej sprawie wszyscy architekci są zgodni.

— Odpowiedzią na współczesną uniformizację stała się architektura związana z kontekstem miejsca. Gdzieś jest dobra, a gdzie indziej już zła — przekonuje Magdalena Staniszkis.

Podobnych argumentów używa Bielecki.

— Bardzo ważne, by znaleźć retorykę stosowną nie tylko do tematu, ale i miejsca. Innym językiem trzeba mówić o budynku biurowym, innym o mieszkalnym. Jednak inwestor musi chociaż częściowo identyfikować się z naszym dziełem. Architektura to sztuka pokory. Kroimy jak materii staje — mówi architekt.

Zdaniem prezesa SARP Ryszarda Jurkowskiego, Europa wystraszyła się już konsekwencji związanych z anonimowym, globalnym stylem w architekturze. Teraz przyszła pora na powrót do lokalnych tradycji i miejscowej kultury.

— Na ostatnim kongresie architektury w Białymstoku mówiliśmy wyraźnie, że niezwykle ważne jest powiązanie architektury z miejscem, w którym ona powstaje. To także zachowanie kulturowego dziedzictwa — mówi prezes.

Jego zdaniem, stopniowo zaczyna się coś zmieniać. Pojawia się coraz więcej projektów, które świadomie nawiązują do miejsca i regionu, w których powstają. Przykładami twórczego przetworzenia cech miejsca są według Jurkowskiego m.in. rozbudowana Biblioteka Jagiellońska w Krakowie projektu Romualda Loeglera i budynki mieszkaniowe w Juracie zaprojektowane przez gdyńską pracownię ArchDeco.

Bibliotekę stworzył w latach 30. XX w. Wacław Krzyżanowski — jeden z najważniejszych ówczesnych architektów. Jej rozbudowa autorstwa Loeglera to mistrzowskie połączenie przedwojennej i współczesnej architektury.

— Technologia i nowoczesność w doskonały sposób współgra z dawną architekturą — ocenia Jurkowski.

Projekty Zbigniewa Reszki i Michała Baryżewskiego z pracowni ArchDeco nawiązują z kolei do gdyńskiego modernizmu z przedwojennego okresu. Zaprojektowane przez nich apartamenty nad brzegiem morza w Juracie plastycznie wkomponowują się w przestrzeń i doskonale współgrają z otaczającą je zielenią.

Inwestor — architekt

— Niewielu inwestorów traktuje dziś architekturę jako wartość — uważa Ingarden.

Zgadza się z nim architekt Szymon Wojciechowski.

— W Polsce generalnie brak popytu na dobrą architekturę. Tymczasem piękny, oryginalny projekt może być czynnikiem kształtującym np. ceny mieszkań. Komercyjni inwestorzy nie zawsze są jednak w stanie podjąć takie ryzyko. Rzadko się zdarza, aby świadomie decydowali się na nowatorską architekturę, traktując ją jako źródło prestiżu i identyfikacji własnej lub przedsiębiorstwa — mówi Wojciechowski.

Ten pragmatyczny sposób myślenia nie pozwala na wykreowanie architektury jako przyczyny kształtującej wartość rynkową budynku.

— Nie ma wątpliwości, że świadomość roli architektury pozostaje wciąż niska — zarówno w społeczeństwie, jak i u decydentów — ocenia Staniszkis.

Zdaniem Jurkowskiego, winny tego stanu rzeczy jest przede wszystkim powszechny brak edukacji.

— Na świecie każdy nowy budynek to wydarzenie wszechstronnie komentowane i oceniane. U nas interesuje się nim jedynie wąska grupa ludzi — porównuje Jurkowski.

Dlatego tak ważna jest edukacja.

— Wielką rolę w tej dziedzinie ma do odegrania państwo, które może stać się mecenasem dobrej architektury, szczególnie w sferze obiektów użyteczności publicznej — uważa prezes SARP.

Ale, zdaniem Staniszkis, państwo od tej roli konsekwentnie się uchyla. Wielka szkoda, bo architekci projektujący budynki użyteczności publicznej mają więcej twórczej swobody. Rezultatem są tak nowatorskie projekty jak Biblioteka Uniwersytecka w Warszawie — projekt Zbigniewa Badowskiego i Marka Budzyńskiego.

— Wszechobecna zieleń w projektach Budzyńskiego wręcz nachalnie eksponuje związek jego architektury z naturą. Ostatni jego projekt — gmach Opery w Białymstoku — tę symboliczną rolę jeszcze podkreśla — mówi Staniszkis.

Co dalej?

Niestety, w polskich miastach dominuje dziś architektura, której kształt wyznaczają przede wszystkim przesłanki komercyjne.

— Rezultatem są zamknięte getta, jak chociażby Marina Mokotów w Warszawie. Relacja tej przyzwoitej skądinąd architektury do reszty świata stała się obojętna. To wina władz, że w ogóle dopuściły do sytuacji, aby zamknięto jakąś część miasta — oburza się Staniszkis.

Czy polscy architekci — a wraz z nimi inwestorzy — zdobędą się na odwagę i odrzucą utarte schematy? Ich decyzje będą mieć wpływ nie tylko na wygląd naszych miast, ale także na nasz obraz w świecie. Czy będziemy kojarzyć się z zaściankiem, od którego wieje nudą, czy też z miejscem, do którego chce się wracać. A może architektura stanie się naszą wizytówką? To przecież prawdziwa sztuka.