Doktor z sokolim okiem

opublikowano: 27-12-2018, 22:00
aktualizacja: 30-12-2018, 22:00

Strzelectwo westernowe zdobywa w Polsce popularność. Jego propagatorem jest Włodzimierz Łuczyński, łódzki lekarz zafascynowany Dzikim Zachodem i... serialem „MASH”.

Armata przed wejściem, w środku wojskowa radiostacja i repliki pistoletów maszynowych, a na ścianach plakaty rekrutacyjne amerykańskiej armii — to nie muzeum militariów ani szpital polowy, lecz Ortopedyczne Centrum Leczenia Fizykalnego MASH, którego właścicielem jest łodzianin, lekarz wojskowy, podpułkownik Włodzimierz Łuczyński, nazywany przez pacjentów Sokolim Okiem. Od 2006 r. również prezes Polskiego Stowarzyszenia Strzelectwa Westernowego (PSSW).

Wojna i medycyna

Doktor Łuczyński jest absolwentem Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi (WAM), z którą był związany aż do zamknięcia uczelni w latach 90., oraz Wydziału Rehabilitacji Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie. Uczył się też terapii manualnej u ojca polskiej chiropraktyki, prof. Henryka Chmielewskiego, i u prof. Karela Lewitta w Pradze.

— Podjąłem studia na WAM w 1969 r. Trwała wtedy wojna w Wietnamie, a ja niejednokrotnie się zastanawiałem, po której stronie musiałbym być, gdybym tam trafił. Mam też świadomość, że rozwój medycyny jest ściśle związany z konfliktami wojennymi, bo na polu walki tworzą się nowe koncepcje, techniki, środki, narzędzia pracy lekarzy — twierdzi Włodzimierz Łuczyński.

Przykładem może być podawanie na polu walki krwi w torebkach, które teraz są standardem w karetkach, czy akcja Dust Off, czyli ewakuacja rannych z pola walki w jak najkrótszym czasie. W nomenklaturze US Army MASH to Mobile Army Surgical Hospital, czyli mobilny, wojskowy szpital polowy. Chirurdzy i pielęgniarki, służący w takim szpitalu w czasie wojny w Korei, zostali bohaterami popularnego amerykańskiego serialu komediowego „MASH”. Doktor uwielbia ten serial i jego specyficzne poczucie humoru.

— Bez humoru i dystansu ludzie, którzy poznali stres pola walki, nie przetrwaliby bez uszczerbku dla zdrowia psychicznego — uważa Włodzimierz Łuczyński.

Dlatego przyjął pseudonim jednego z bohaterów serialu, Benjamina Franklina „Hawkeye” Pierce'a — „Sokole Oko”. Gabinet otworzył po odejściu z armii w 1998 r. Inspirowany ulubionym serialem wystrój przychodni był pomysłem na ucieczkę od surowej i zimnej szpitalnej bieli, która nie zawsze dobrze się kojarzy. To były czasy, w których zapoczątkowano zmiany w kolorystyce wnętrz placówek służby zdrowia. Zmieniała się też świadomości projektantów, wdrażano wyniki badań psychologów. Pomysł się sprawdził.

— W mojej przychodni panowie wspominają czas służby wojskowej, pacjenci dopytują o wyposażenie, dzieci nie płaczą na widok białego fartucha — wylicza lekarz.

Efekt marketingowy zrodził się sam. Kapral „Radar” — siedzący przy radiostacji manekin ubrany jak postać z serialu „MASH” — również ma ważne zadanie: większość wchodzących wita się z nim, a stali pacjenci robią to z nawyku. W rezultacie zmniejsza się stres związany z wizytą medyczną.

Wyposażenie to m.in. kolekcja związana z pracą lekarza wojskowego. Przedmioty z historią. W korytarzu wisi np. wojskowy szpadel — pierwszy element zbiorów, który przyjechał z poligonu w Drawsku Pomorskim.

— Przy pierwszej kąpieli w jeziorze skaleczyłem o coś stopę, sprawdziłem, co to jest — był to właśnie ten szpadel — wspomina „Sokole Oko”.

Z kolejnego poligonu przyjechał topór kwatermistrzowski, a gdy likwidowano gabinet lekarski w jednej ze szkół, doktor uratował sterylizatory, które trafiłyby na złom. Źródłem pozyskiwania wyposażenia są też aukcje internetowe i targi staroci. Jedna z oszklonych szaf w przychodni jest pełna innych trofeów — nagród w zawodach strzeleckich.

Strzelec

W tej dziedzinie Włodzimierz Łuczyński również ma się czym pochwalić. Jego sportowe osiągnięcia to m.in. mistrzostwo Wojska Polskiego, trzykrotnie mistrzostwo Spartakiady Wyższych Szkół i Uczelni Wojskowych, wicemistrzostwo Polski, rok w kadrze narodowej strzelectwa sportowego. Był też Królem Kurkowym Łódzkiego Bractwa Kurkowego. Jako pierwszy w historii Polak brał udział, wraz ze swoją koleżanką ze stowarzyszenia, w Mistrzostwach Świata w CAS w USA w 2011 r. Jego pasja strzelecka rozwinęła się w już szkole średniej. Zaczął działać w sekcji strzeleckiej XXVI LO w Łodzi, jako szesnastolatek zdobył swój pierwszy medal w Mistrzostwach Łodzi. Był wtedy najmłodszym zawodnikiem. Strzelectwo uprawiał przez kolejne lata. W 2005 r. z ciekawości pojechał do Rembertowa na piknik kowbojski.

Atmosfera bardzo mu się spodobała, zobaczył, jak się strzela dynamicznie z rewolwerów, karabinu i strzelby. Zauważył tam wtedy kilku mężczyzn ubranych w westernowe stroje. Okazało się, że to członkowie kowbojskiego stowarzyszenia, które działało zgodnie z wytycznymi amerykańskiej organizacji Single Action Shooting Society (SASS). Amerykanie, pewnie z powodów historycznych, są najbardziej aktywną społecznością strzelecką. Przepisy prawne, łatwy dostęp do broni spowodowały tam rozwój wszystkich rodzajów strzelectwa. W 1981 r. Harper Creigh, amerykański strzelec kochający czasy Dzikiego Zachodu, wspólnie z przyjaciółmi opracował pierwsze zasady sportowego strzelectwa westernowego, znanego pod nazwą CAS (Cowboy Action Shooting). W 1982 r. po raz pierwszy zorganizowano oficjalne zawody — mistrzostwa USA w CAS. Wystartowało w nich 65 strzelców. Dziś na wszystkich kontynentach strzela ponad 120 tys. osób kochających Dziki Zachód.

Wtedy, podczas kowbojskiego pikniku, łodzianin został zaproszony na mistrzostwa do Czech i odkrył następną pasję, która w kolejnych latach zaowocowała sukcesami: wicemistrzostwem Słowacji, Czech, Europy i 12. tytułami mistrzowskimi w różnych kategoriach mistrzostw Polski w CAS.

Pomysł strzelania w stylu western postanowił zaszczepić w Polsce. Rok później zebrało się tyle zainteresowanych osób, że można było zarejestrować Polskie Stowarzyszenie Strzelectwa Westernowego, które dziś liczy 66 członków. W tym samym roku odbyły się pierwsze Mistrzostwa Polski w tej dyscyplinie.

— Atrakcyjność tego sportu polega na tym, że nie jest to tylko strzelanie, lecz także poszerzanie wiedzy historycznej i cieszenie się barwnością tego westernowego świata — wylicza Włodzimierz Łuczyński, który jest wielbicielem westernów i w kolekcji ma ich ponad 300. To nie jest tani sport. Aby go uprawiać, trzeba mieć co najmniej trzy jednostki broni. Wszystkie muszą być modelami sprzed 1899 r. (oryginałami bądź replikami), uznawanego za koniec ery Dzikiego Zachodu. Nowe rewolwery, karabin i strzelba kosztują około 10 tys. zł. Używane można wyszukać za połowę tej kwoty. Amunicja, w przypadku strzelectwa westernowego, to koszt od 1,55 zł za nabój do pistoletu i 1,85 zł do rewolweru i karabinu. Na zawodach zwykle zużywa się od 150 do 350 nabojów. A przed zawodami trzeba trenować.

— To jednak nieprawda, że trzeba wystrzelać wagon amunicji, żeby uzyskać efekty szkoleniowe. Istnieje trening tzw. suchy, podczas którego ćwiczy się, bez użycia amunicji, „pamięć mięśniową” wykonywanych ruchów. Tę pamięć można uzyskać, wykonując minimum 10 tys. złożeń... Oczywiście nie sposób tego dokonać, tylko strzelając. Będąc zawodnikiem, instruktorem i trenerem strzelectwa sportowego, bojowego i westernowego, stosuję te zasady w pracy z zawodnikami — wyjaśnia Włodzimierz Łuczyński.

Ale, gdy wsiąknie się w ten świat, dochodzą jeszcze koszty ubioru w stylu epoki.

Styl i zawody

W programie prestiżowych zawodów westernowych są konkursy strojów. Włodzimierz Łuczyński, występujący pod pseudonimem „Trigger Hawkeye”, także tu zdobył laury — na mistrzostwach Europy we Włoszech za najlepszy strój wojskowy, a w Polsce — dla najlepiej ubranego mężczyzny na zawodach.

— Najbardziej podstawowymi, regulaminowymi elementami są pas z kaburami i kapelusz. Strój powinien być jak najbardziej zgodny z realiami tamtych czasów, ale regulamin dopuszcza też nawiązania do hollywoodzkiego kina klasy B. Pewne detale powstawały bowiem wyłącznie na potrzeby kina, np. kabury umieszczone nisko, na udach, czy krój koszuli, w której występował John Wayne. Jest także kategoria B western, dopuszczająca jeansy, wyszywane buty, koszule w kratę, kapelusze z innego materiału niż filc — to przeniesienie strojów rodem z rodeo — wylicza miłośnik Dzikiego Zachodu.

Zawodnicy dbają o szczegóły — od stylowej broni przez ubrania po biżuterię czy bandany. Świetnie się przy tym bawią, bo zawody westernowe mają być nie tylko sportem, ale i zabawą. Przygotowanie stanowisk to jednak mnóstwo pracy — tory strzeleckie nawiązują do ducha Dzikiego Zachodu, więc rekonstruują scenki z filmów westernowych, pojedynki na prerii. Cele to płyty metalowe i tarcze papierowe. Strzela się z pozycji statycznej, zza stołu, zza ściany, ale też dynamicznie, np. z ruchomego sztucznego konia.

Strzelnica otwarta z hukiem

Aby dołączyć do PSSW, wystarczy złożyć deklarację członkowską, wpłacić wpisowe i uiszczać składki. Trzeba też brać udział w pracach stowarzyszenia i w zawodach klubowych, zdać egzamin na patent, uzyskać licencję sportową, uprawniającą do udziału w zawodach ujętych w kalendarzu centralnym, a w końcu uzyskać pozwolenie na posiadanie broni. Dopiero spełnienie tego warunku umożliwia dalsze doskonalenie umiejętności i realizację marzeń o sukcesach sportowych. Od października 2018 r. PSSW ma własną, odkrytą strzelnicę w Starym Chrząstowie pod Łodzią. Członkowie stowarzyszenia zakasali rękawy i zrobili ją sami. Z pieniędzy stowarzyszenia, na które złożyły się składki, darowizny i wpłaty specjalne, kupiono kontener morski i blaszany pawilon na długiej osi. Studnię i dwie wieże obserwacyjne w stylu wojskowego fortu z Dzikiego Zachodu wykonały firmy miejscowe.

— Kolega, który miał 18-tonową koparkę, przywiózł ją i — mieszkając w przyczepie — przez półtora miesiąca wykonał prace ziemne. Kilka tygodni trwało grodzenie całości (ponad kilometr), bo prace były prowadzone w wygospodarowane przez nas wolne dni. Przyznam się, że dwie bramy, dwie furtki i palisadę zrobiłem sam... Wszystko trzeba było jeszcze zabezpieczyć drewnochronem — wspomina Włodzimierz Łuczyński.

W związku z tym, że w tym roku wprowadzono po raz pierwszy w historii CAS specjalną kategorię dla niepełnosprawnych — Badger Legged — obiekt jest pozbawiony barier. Koszt jego przygotowania wyniósł około 100 tys. zł. Otwarcie strzelnicy pewnie byłoby barwnym, radosnym, ale wyłącznie branżowym świętem, gdyby nie jedno zdjęcie, które obiegło internet. Otóż na tę imprezę zostali zaproszeni zaprzyjaźnieni księża — jeden z nich uprawia strzelectwo sportowe, jest też sędzią w konkurencjach dynamicznych. Otwarcie strzelnicy, połączone z zawodami, polegało nie na przecięciu wstęgi, lecz na strzale ze ślepych nabojów do balonika, który wstęgę łączył. To nawiązanie do westernowej konkurencji strzeleckiej Fast Draw — strzelania do balonika samym prochem, bez kuli, po wcześniejszym, szybkim dobyciu broni. Rozpętała się jednak burza — internetowy światek zinterpretował zdjęcia jako dowód, że księża strzelają do barw narodowych. Zrobione przez Krzysztofa Jarczewskiego zdjęcie zaczęło żyć własnym życiem, stało się źródłem memów i hejtu.

— Pojawiły się pomysły, że strzelano z ostrej amunicji, a fotograf stał na linii strzału, że księża strzelali do polskiej flagi… To wszystko bzdury! Większość gości i zawodników, łącznie z fotografem, ma zezwolenia na broń, albo przynajmniej patenty. Na każdych zawodach priorytetem jest przestrzeganie zasad bezpieczeństwa, a jeśli ktoś je lekceważy, to jest dyskwalifikowany. Barwy narodowe są dla nas zbyt ważne, by ich nie szanować. Ale, z drugiej strony, takiej reklamy strzelnicy nie mógłbym sobie wymarzyć… — przyznaje prezes stowarzyszenia.

Strzelectwo sportowe staje się w Polsce coraz popularniejsze, strzelnice przeżywają renesans i są oblegane. Za barierę w rozwoju strzelectwa westernowego Włodzimierz Łuczyński uważa sprawy związane z bronią.

— Nie mamy broni należącej do stowarzyszenia. Miłośnicy tego sportu przyjeżdżają na strzelnicę z własną. Inaczej jest w Ameryce. Nasza federacja w USA dysponuje 400-akrowym ranczo, 20 torami, zagrodą dla bydła długorogiego i parkingiem dla 800 samochodów. Ale to Ameryka. W warunkach polskich kokosów, na razie, na tym się nie zrobi, ale można realizować pasję, nie zakładając sobie finansowej pętli na szyję. No i mieć satysfakcję, że Polak potrafi — podkreśla Włodzimierz Łuczyński.

W tym roku na Mistrzostwach Europy został wyróżniony przez federację — jako pierwszy Polak — gwiazdą Regulatora: człowieka, który włożył znaczący wkład w rozwój tej dyscypliny w swoim kraju.

— Dalecy jesteśmy od tego, by za wszelką cenę walczyć o medale, ale nad wszystkim musi się unosić duch współzawodnictwa. Strzelcy pochodzą z różnych środowisk — to prawnicy, lekarze, dziennikarze, właściciele firm. Wszystkich łączy fantazja, duch westernowego romantyzmu. Każde nasze spotkanie jest świętem Dzikiego Zachodu, ucieczką od szarej rzeczywistości w kolorowy świat kowbojów, traperów, Indian, wolny od stresu dnia dzisiejszego — sumuje doktor „Sokole Oko”.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: EWA TYSZKO

Polecane