Stare powiedzenie maklerów z Wall Street mówi, ceny obligacji i akcji poruszają się zwykle w przeciwnych kierunkach. Spróbujmy zatem zapowiedzi nowego trendu giełdowego poszukać na rynku obligacji.
Akcje i obligacje emitentów o najwyższej wiarygodności to dla inwestorów oferty o zupełnie przeciwnych cechach. Pierwsze dają wyższe zyski, nie zapewniają jednak bezpieczeństwa. Drugie dają znacznie większą pewność ochrony kapitału, jednak ceną są dużo mniejsze zyski. Dzięki temu obie grupy aktywów sprawdzają się w zupełnie różnych warunkach rynkowych.
Akcjom sprzyja szybki wzrost gospodarczy, obligacje z kolei często zyskują, gdy gospodarka spowalnia. Tak jak to się dzieje ostatnio. Inwestorzy stronią w takich wypadkach od ryzyka, wyprzedając akcje i szukając inwestycji pozwalających lepiej ochronić kapitał. A dzięki temu atrakcyjność obligacji się zwiększa. Dodatkowo na ich korzyść działa to, że banki centralne tną stopy procentowe. To czyni zwycięzcami tych, którzy swoje środki ulokowali w obligacjach, kiedy jeszcze oferowane rentowności były korzystniejsze. Obligacyjna hossa sprawia, że inwestorzy kupują papiery, śrubując ich ceny i akceptując coraz niższe rentowności.
Dokładnie odwrotnie dzieje się, gdy to na rynek akcji przychodzi hossa. Obligacje rządu USA, lokata bezpieczna, lecz oferująca mało atrakcyjne stopy zwrotu, tracą powab. Inwestorzy sprzedają papiery, spychając ceny w dół, dzięki czemu rentowności rosną. To jednak za mało, by zachęcić inwestorów, którzy (wobec poprawiających się perspektyw gospodarki) zaczynają szukać okazji do podjęcia wyższego ryzyka. Tylko dzięki temu mają przecież szansę na większe zyski. Także w tym przypadku konsekwencją hossy jest akceptowanie przez kupujących (tym razem akcje) coraz mniejszej dochodowości (czyli coraz wyższych wskaźników cena/zysk), w oczekiwaniu, że później dochodowości będą jeszcze niższe.
Choć w historii nie zawsze tak było, to jednak obecnie znowu oba rynki poruszają się niemal dokładnie w przeciwne strony. W ostatnich latach dno rentowności (a więc moment, gdy ceny obligacji były bliskie szczytom) zapowiadało zwykle falę zwyżek na rynku akcji. W jej wyniku wskaźnik cena/ zysk szedł do góry, a co za tym idzie — dochodowość akcji malała.
W poprzedniej fali kryzysu rentowności obligacji osiągnęły dołek (pozwalając posiadaczom cieszyć się zyskami) 18 grudnia 2008 r. Inwestorzy chcieli wówczas amerykańskiemu skarbowi pożyczać środki na 30 lat na jedyne 2,52 proc. rocznie. Hossa na rynku akcji zaczęła się po niespełna trzech miesiącach.
Podobny sygnał dla rynku akcji amerykańskie obligacje wysłały w sierpniu zeszłego roku. Rentowność obligacji 30–letnich zanotowała dno, sięgając 26 sierpnia 3,51 proc., najmniej od 17 miesięcy. Dzień później Ben Bernanke zapowiedział wprowadzenie nadzwyczajnego programu łagodzenia polityki pieniężnej, a główny indeks nowojorskiej giełdy S&P500 zyskał 28 proc. w ciągu niespełna sześciu miesięcy.
Wiele wskazuje, że może tak się zdarzyć i tym razem. Rentowności długoterminowych papierów amerykańskiego skarbu odbiły się od 33–miesięcznego minimum, kiedy 3 października inwestorzy chcieli pożyczać administracji Baracka Obamy na 30 lat na zaledwie 2,72 proc. rocznie.
Choć na rynkach finansowych inwestowanie przeciwko obowiązującej tendencji często może przynieść straty (zwłaszcza w krótkiej i średniej perspektywie), to jednak wiele wskazuje, że trend faktycznie może się odwracać. Za tym, że najbardziej gwałtowne spadki rentowności są już za nami, przemawia fakt, iż wykres przełamał linię trendu spadkowego. To może oznaczać, jeśli nie początek wzrostu rentowności (czyli spadków cen obligacji), to przynajmniej stabilizację na tym rynku. Jest więc duża szansa, że na rynku akcji najgorsze już za nami. Dodatkowo możliwości zarobku na obligacjach są już ograniczone. Nabywca 5-letnich obligacji amerykańskich, który chce ubezpieczyć się przed ryzykiem, może liczyć na zaledwie 0,59 proc. rocznie. To nie daje nawet możliwości ochrony przed inflacją.
Obecnie obligacje 30-letnie dają zarobić 3,13 proc. Rentowność akcji, obliczana jako odwrotność wskaźnika cena/zysk, to o 4,5 punktu proc. więcej, bo aż 7,62 proc. Jeszcze na przełomie września i października różnica sięgała nawet 5,17 punktu proc. i była największa od marca 2009 r., kiedy rozpoczynała się poprzednia hossa na rynku akcji.
Na tle papierów dłużnych korzystnie (w długoterminowej perspektywie) zaczynają wyglądać akcje. Amerykańskie przedsiębiorstwa są na tle amerykańskiego budżetu w dobrej kondycji. Zgromadziły chroniące je przed zawirowaniami solidne zapasy gotówki, podczas gdy administracja rządowa wciąż nie może odzyskać kontroli nad deficytem.
Już teraz w trendach spadkowych znalazły się obligacje państw mających kłopoty budżetowe. Najpierw dotknęło to papiery greckie, irlandzkie i portugalskie, teraz włoskie i hiszpańskie. Oznak, że najlepsze jest już za rynkiem obligacji, przybywa. Być może dlatego coraz więcej komentatorów przestrzega przed inwestycjami w nie.
Kiedy akcje, kiedy obligacje
Akcje i obligacje to najbardziej powszechne rodzaje aktywów. Decydując się na zakup pierwszego z nich, inwestor staje się właścicielem majątku emitującego je przedsiębiorstwa. W przypadku plajty ryzykuje się całą zainwestowaną kwotą. Odwrotnie dzieje się w przypadku obligacji. Oznaczają one zaciągnięte przez emitenta zobowiązanie. W przypadku jego niewypłacalności posiadacz obligacji ma pierwszeństwo w dochodzeniu praw. Dodatkowo im bardziej wiarygodny jest ich emitent, tym bardziej bezpieczne są to papiery. Te emitowane przez spółki z sektorów defensywnych są bezpieczniejsze (i mniej zyskowne) od papierów wypuszczanych przez przedsiębiorstwa cykliczne lub takie, które znalazły się w trudnej sytuacji finansowej. Zwykle za jeszcze bezpieczniejsze od obligacji korporacyjnych (emitowanych przez przedsiębiorstwa) uchodzą obligacje rządowe. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest to, że rządy i banki centralne mają możliwość interweniowania na rynku w razie zagrożenia niewypłacalnością we własnej walucie. Za najbardziej bezpieczne uważa się obligacje rządów gospodarek dojrzałych, a zwłaszcza USA.