Drugie życie dzianiny

AGNIESZKA RODOWICZ, FOT. MAREK WIŚNIEWSKI, MATERIAŁY PRASOWE
25-02-2016, 22:00

NOWY POWIEW: Siostry stryjeczne Marta i Julia Kozłowskie robią w podwarszawskich Łomiankach swetry. Ale nie pojedyncze sztuki na drutach — pod marką Puloveros powstają profesjonalne kolekcje z żakardowymi wzorami inspirowanymi folklorem.

Julia Kozłowska, absolwentka wydziału projektowania dzianiny na łódzkiej ASP, od kilku lat na półautomatycznej maszynie dziewiarskiej robiła swetry, spódnice, poncha, sukienki. Wykańczała je ręcznie. Z resztek przędzy powstawały szale, czapki, mitenki, a także korale, etui na telefony, torebki. Pracy miała dużo, pieniędzy mało. I o tym właśnie rozmawiała dwa lata temu podczas rodzinnego spotkania z Martą, która po skandynawistyce skończyła jeszcze stosunki międzynarodowe i od kilkunastu lat prowadzi z partnerem firmę handlującą częściami samochodowymi i pojazdów szynowych. Marta od jakiegoś czasu chciała robić jeszcze coś, ale… bardziej babskiego.

— Porozmawiałam z partnerem o zainwestowaniu w produkcję dziewiarską na większą skalę. Julia potrafi zaprojektować i wydziać ubrania, zna się nieco na technologii. My mamy pojęcie o organizacji firmy i sprzedaży — mówi Marta Kozłowska.

Postanowili spróbować. Tak powstała firma Puloveros. Najpierw Julia zaprojektowała dziesięć modeli na zimę i osiem na lato. Sukienki, swetry, bluzki, żakiety. Na jednych eksplodują kolory, inne są jednobarwne, ale grają fakturą. Niektóre gęsto pokryto żakardowymi wzorami przypominającymi rybią łuskę lub dachówkę. Te są inspirowane haftem sieradzkim. Inne mają delikatne wzory kwiatowe też zaczerpnięte z polskiego folkloru. Mocno przeskalowane zyskały nowoczesny wyraz.

Twórczy duet. Julia (z lewej) i Marta Kozłowskie idealnie się dobrały. Pierwsza zajmuje się projektowaniem i wdrażaniem wzorów do produkcji, druga marketingiem i dystrybucją.

— Założyłyśmy, że nasze wzory zawsze będą inspirowane jakimś etno, ale mocno przetworzone, by ta inspiracja nie była zbyt nachalna — wyjaśnia Julia Kozłowska.

Malowała zarys sylwetki, wzory, eksperymentowała z kolorami. Potem w komputerze rozrysowywała wzory i wpisywała je na siatkę dziewiarską, która odwzorowuje oczka dzianiny. Skomplikowane dla maszyny dziewiarskiej półokrągłe lub okrągłe kształty odwzorowywała przy pomocy oczek.

— Pierwsze próby były zaskakujące — wszystko miało kąty proste. Na szczęście dziewiarz, z którym współpracujemy, wszystko nam wytłumaczył. Na przykład: co zrobić, by kółka nie przypominały skandynawskich jeleni — żartuje Marta Kozłowska.

A to nie koniec niespodzianek. W produkcji okazało się, że w dwuwarstwowym żakardzie kolor z wierzchu nabiera odcienia tego spod spodu.

— Gdybyśmy były dziewiarkami w trzecim pokoleniu, wszystko to byśmy wiedziały. Uczymy się od zera. Wciąż próbujemy, bo każda przędza inaczej się zachowuje. Bawełna się kosi, czyli krzywi pod kątem i z kwadratu robi się romb. Zielona wełna się rwie, a granatowa zachowuje się świetnie. Obie tej samej grubości, z tej samej fabryki — opowiada Julia Kozłowska. Podczas letnich upałów wełna w ogóle nie chciała się dziać. Rwała się. — Dziewiarka mówiła, że trzeba poczekać do jesieni. A my potrzebowałyśmy tego na sierpień — wspomina Marta Kozłowska. Takich historii było mnóstwo.

Precyzyjna robota.

To, co w miarę szybko powstaje na papierze i w komputerze Julii Kozłowskiej, miesiącami jest wdrażane do produkcji. Żakardowe wielokolorowe wzory są bardzo pracochłonne.

Sąsiedzka pomoc

Korzystają z usług zewnętrznych firm, bo dobra maszyna dziewiarska kosztuje tyle co mercedes. Wydłuża to powstawanie kolekcji, gdyż ubrania Puloverosu muszą czekać w kolejce.

— Nie przychodzimy z tysiącami sztuk jednego wzoru, tylko robimy ich dwanaście, a w dodatku w trzech rozmiarach — wyjaśnia Julia Kozłowska. Dlatego koszt każdego modelu jest dwa, trzy razy wyższy niż standardowego. Na szczęście w sąsiedniej miejscowości znalazły rodzinę dziewiarzy, która zechciała im pomóc.

— Trafiłyśmy na bardzo fajnych ludzi — trzy pokolenia dziewiarzy. Rządzi nimi wciąż pracująca ponad 70-letnia babcia, pani, która zna się na wszystkim. Szyjemy u nich nasze rzeczy. Seniorka rodu pokazała nam, z których wykrojów nic nie będzie. Trochę się z nią spierałyśmy, ale okazało się, że ma rację. Dowiedziałyśmy się też, że w dzianinie bardzo się upraszcza kroje. Jest elastyczna, więc nie musi mieć tak finezyjnych form jak ubrania z materiałów — wspomina Marta Kozłowska.

Przędza polsko-włoska

Marta uparła się na dobre przędze, choć te „plastikowe” mają więcej kolorów i ciekawych faktur.

— Mam ciągoty proekologiczne, więc jak bawełna, to 100 proc. Poza tym mamy też modele ze stuprocentowej wełny merynosów — to jedna z najdroższych przędz, kosztuje około 30 euro za kilogram — opowiada Marta Kozłowska. Dla porównania poliester kosztuje 10, czasami 5 euro za kilogram.

— Są jeszcze kaszmiry. Na targach we Włoszech mogłyśmy je tylko obejrzeć, bo kosztują koło 100 euro i więcej za kilo. Na razie nas nie stać — dodaje Julia Kozłowska. Szukając surowca, trafiła do małej włoskiej farbiarni przędzy… pod Łodzią.

— Mięciutka wełna w cudownych kolorach jedzie najpierw tirem do Włoch i tym samym tirem, który przywozi tu runo, przyjeżdża do nas zamówione pudełeczko. Można powiedzieć, że to wełna polsko-włoska. Runo pochodzi z merynosów hodowanych w Australii, na Nowej Zelandii i w Chinach. Ich włos jest cieńszy i miększy niż polskich owiec. Ta wełna jest przy tym niezwykle ciepła i przyjazna dla alergików — opowiada Julia Kozłowska.

— Kiedy Julka wymyśliła wzory, ja, jako człowiek techniczny, wpisałam wszystko w elegancką tabelkę. Wyszły dwie kartki A3. 12 kolorów. Trzeba było policzyć, ile zamówić przędzy do wyprodukowania 12 sweterków każdego modelu — wspomina Marta Kozłowska.

Jednego koloru wyszło 0,5 kg, innego 30 dkg, jeszcze innego 40 dkg. A zamówienia minimalne to 1,5 kg! Więc Marta zakomunikowała Julce, że trzeba przeprojektować wzory, by użyć sześciu kolorów zamiast dwunastu. Julka płakała, krzyczała, tupała, ale ograniczyła paletę barw.

— Nie było wyjścia. Tym bardziej, że hurtownicy najbardziej lubią, żeby zamawiać u nich dużo jednego koloru — żartuje Marta Kozłowska.

— Najlepiej czarnego lub szarego — dodaje Julia Kozłowska. Teraz już też pamiętają, by zamawiać 20 proc. więcej włóczki — na straty.

— Zdarzyło się, że jakiejś włóczki zabrakło, a innej zostało. W ten sposób powstały tuniki z połączenia bawełny z merynosem. Okazało się, że te przędze świetnie się dogadały — wspomina Marta Kozłowska.

Trudny debiut

W grudniu Puloveros zadebiutował na targach Slow Fashion w Warszawie.

— Przyszła refleksja, że na polski rynek nasz produkt jest zbyt ekskluzywny, drogi i niespotykany. Większość sprzedających miała w ofercie szare ubrania z bawełnianego dżerseju, a większość kupujących szukała szarej bluzy dresowej. Na tym tle pewno się wyróżniałyśmy — mówi Marta Kozłowska.

— Niektórzy ludzie reagowali entuzjastycznie na nasze modele. Że takie kolorowe i na dodatek robione u nas. Wzór sieradzki zrobił furorę — dodaje Julia Kozłowska.

Ale najczęściej zatrzymywali się przy ich stoisku Francuzi, Niemcy, Amerykanie, Rosjanie, Węgrzy.

— Chyba dokonałyśmy przełomu w myśleniu o dzianinie, bo ta wielokolorowość jest w Polsce nietypowa. Za granicą też nie ma zbyt wielu marek zajmujących się tylko dzianiną — zauważa Marta Kozłowska.

Ich guru to Catherine Andre, u której Julia praktykowała w czasie studiów. Ta projektantka robi bardzo kolorową dzianinę z mnóstwem wzorów. Ale używa zupełnie innych przędz, żeby osiągnąć lekki, elegancki, lejący się efekt.

— W Polsce wciąż działa Olimpia w Łodzi. Trafiłam też na firmę dziewiarską MKM niedaleko Częstochowy. Ale niestety nie mają ani ciekawych wzorów, ani krojów i rządzi u nich akryl — mówi Marta Kozłowska.

Dodaje, że coś się zmienia — klienci, którzy doświadczyli rzeczy z mięciutkiej wełny merynosów, kupują kolejne ubrania Puloverosu. Bo jest w nich ciepło, miękko i wygodnie. Można je nosić i do dżinsów, i do eleganckiej garderoby. To wygodniejszy strój niż kostium i na dodatek oryginalny.

Na dwa motki

Nastawiają się na współpracę z hurtowniami w Niemczech, Holandii, Francji. I w Skandynawii, gdzie ze względu na klimat nosi się żakiety, kostiumy, sukienki z wzorzystej dzianiny, są sklepy specjalizujące się w takich ubraniach. W Polsce Marta i Julia Kozłowskie uruchamiają sprzedaż przez stronę i platformy internetowe. Planują też pokazywać swoje produkty na targach i kiermaszach. Z czasem chcą otworzyć sklep stacjonarny.

— Kończymy angielską wersję naszej strony i w połowie lutego przymierzamy się do akcji PR-owej. Liczymy, że przez dwa lata nawiążemy współpracę z tyloma dystrybutorami, by mieć stałe zamówienia na parędziesiąt sztuk każdego modelu. Idealnie byłoby, gdybyśmy po tych dwóch latach mogły się z tej działalności utrzymać i kupić choć jedną maszynę dziewiarską. Tylko szycie zlecałybyśmy na zewnątrz — planuje Marta Kozłowska. Zainwestowała w Puloveros około 120 tys. zł i szacuje, że po wydatkach na promocję, rozwój strony internetowej będzie to w sumie 150 tys. zł.

— Kilka klientek zyskałyśmy, kiedy zobaczyły te ubrania na nas. Jedną jest dziekan pewnej uczelni. Żartujemy więc, że już prawie celebryci noszą nasze swetry. Ale zdajemy sobie sprawę, że czeka nas żmudna promocja marki i kolejne wydatki. Nie chciałybyśmy jednak iść na kompromisy i obniżać jakości przędzy. Chcemy robić rzeczy ładne i z dobrych naturalnych materiałów — deklaruje Marta Kozłowska. Myślą też o kolekcji dla dzieci i mężczyzn — na targach często je o to pytano. Chciałyby także znaleźć większego polskiego producenta i zaproponować: „My potrzebujemy waszych maszyn, wy potrzebujecie projektanta. Zróbmy to razem!” — Fajnie byłoby reaktywować produkcję polskiej dzianiny, tchnąć w nią nowe życie — rozmarzają się obie. &

Kierunek Europa. Polski przemysł dziewiarski po transformacji ustrojowej w zasadzie przestał istnieć. Julia i Marta Kozłowskie marzą, by go ożywić, a na razie planują dystrybucję swoich wyrobów głównie w zachodniej i północnej Europie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: AGNIESZKA RODOWICZ, FOT. MAREK WIŚNIEWSKI, MATERIAŁY PRASOWE

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Świat / Drugie życie dzianiny