Dryfujący ogród

Karolina Guzińska
opublikowano: 2004-12-17 00:00

Trzcina cukrowa, wino i turystyka — dzieje Madery to historia gospodarczego sukcesu.

Wystrzeliła z Atlantyku niemal 2 km nad poziom morza — wyniosła i zielona. Trzeba mocno zadzierać głowę, by dostrzec całe jej piękno. Wulkaniczne góry opadające prostopadle ku dolinom. Strome, bazaltowe wybrzeża. Kaskady wody, tryskające ze skalnych ścian. Kipiąca kolorami tropikalna roślinność — strelicje, storczyki, poinsecje plenią się tu bujnie jak chwasty. Rozrzucone po skałach białe domy kryte czerwoną dachówką. Tarasy pól, wydartych górom pod uprawy. Kręte drogi i tunele w skalnych zboczach. A wieczorem — miejskie światła, które obsiadły wzgórza jak roje świętojańskich robaczków.

Politycy i aktorzy

W dole — gdy spojrzeć ze skraju urwistego klifu — srebrzą się zatoki. Rozbijają o skały fale, zwieńczone pióropuszami piany. Kolorowe łodzie cumują w portach... Ale to bezmiar oceanu przyciąga wzrok jak magnes. To do niego tęsknią wyspiarze, wyrwawszy się w szeroki świat.

— Gdy spotka się dwóch Maderczyków, okazuje się, że mają coś wspólnego — np. ich dziadkowie byli kuzynami. Każdy wie wszystko o wszystkich, ludzie interesują się życiem sąsiadów. Cóż, to mała wyspa... Od czasu do czasu trzeba wyjechać, zaczerpnąć powietrza. I wrócić. Bo choć Lizbona, Porto czy Londyn to piękne miasta, jak tam żyć, skoro — nawet jeśli jest w pobliżu — nie czuć morza? Nas otacza ze wszystkich stron. Uspokaja. Wystarcza spacer i wsłuchanie się w szum fal... Dlatego tyle ludzi przyjeżdża do nas na wakacje — uważa Sonia Castro, menedżer ds. sprzedaży i marketingu grupy hotelowej Pestana.

Widokiem oceanu pasł oczy Winston Churchill, gdy w latach 50. malował obrazy w rybackiej mieścinie Camara de Lobos. I Józef Piłsudski, spędzający zimę 1930-31 r. w posiadłości Quinta Bettencourt, nieopodal maderskiej stolicy — Funchal. W pamięci wyspiarskich pocztowców po dziś dzień żyją stosy kartek z życzeniami, wysłanych do marszałka przez polskie dzieci. Choć minęło ponad 70 lat, dotąd nie nadeszło tu równie wiele przesyłek w tak krótkim czasie! Do grona miłośników Madery zaliczali się Bernard Shaw, Sarah Bernhard, cesarzowa Sissi... Gościła tu Margaret Thatcher. W podróży poślubnej i 50 lat później — by świętować złote gody.

— Akurat na sylwestra 2001 — a 1 stycznia 2002 r. wprowadzono euro. Lokalny dziennikarz spytał więc Żelazną Damę, czy zrobiła już zakupy płacąc w tej walucie? Odpowiedziała z mocą: Nigdy! — śmieje się Bruno Pereira, dyrektor Biura Promocji Turystyki Madery.

Jest on kopalnią anegdot o wyspie. Bohaterowie jednej z nich to Fulgencio Batista, były kubański dyktator (po wygnaniu z kraju w 1959 r. trafił na Maderę) i Joao Carlos Nunes Abreu — wówczas dziennikarz, dziś sekretarz ds. turystyki i kultury w rządzie Madery (wyspa jest autonomicznym regionem Portugalii).

— Spytał Batistę, co on na to, że wszyscy mówią, iż jest sierżantem, nie generałem? Dyktator się obraził — i z wywiadu nici — opowiada Bruno Pereira.

Wyspa ma drugi w kraju dochód na mieszkańca (po Lizbonie). Na sukces pracowały pokolenia...

— W XV i XVI w. Madera była ważnym producentem trzciny cukrowej — „białe złoto” sprzedawano na północ Europy, głównie do Belgii. Stąd wspaniała kolekcja sztuki flamandzkiej w naszych muzeach. W XVI i XVII w. rozpoczęto uprawę winorośli i produkcję wina. W XIX i XX w. rozwinęła się turystyka — wylicza Bruno Pereira.

Młodsi synowie

Ziemię dziedziczyli najstarsi, młodsi synowie musieli ją znaleźć — portugalscy nawigatorzy epoki wielkich odkryć to właśnie oni. Dążąc do niezależności, w XV w. zasiedlili Maderę. Pierwsi przypłynęli (w 1419 r. na Porto Santo, a w 1420 r. na Maderę) Tristano Zac Teixera i Joao Goncalves Zarco, który osiadł w zatoce, wokół której wyrosła stolica — Funchal. Jej nazwa wywodzi się od anyżku (funcho), który porastał okolicę. Z kolei „madera” znaczy drewno — wyspę pokrywały bujne lasy. Pierwsi osadnicy wypalali je — płonęły 7 lat, takie były gęste! Ale trochę zostało — specyficzny klimat wyspy sprawia, że różnorodność drzew, krzewów i kwiatów zdumiewa. Madera to rezerwat przyrody — park narodowy obejmuje 2/3 jej powierzchni — a endemiczny las Laurissilva wpisano na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Laurissilva — z domieszką drzew laurowych — tworzy wspaniały mikroklimat. Jest nie tylko turystyczną atrakcją — drzewa zatrzymują wodę, zapobiegając erozji gleby. Maderczycy zbudowali ciekawy system irygacyjny — kamienne, lekko nachylone kanały: levadas. Biorą początek wysoko w górach, u podnóży wodospadów, oplatając wyspę 2,5 tys. km siecią. Kierują wodę na tereny uprawne. Najstarsze pochodzą z XVIII w., a wędrówka wzdłuż nich to żelazny punkt zwiedzania wyspy. Są ścieżki spacerowe, są i wyczynowe — wkraczając na nie turysta zanurza się w zieleń lasu. Towarzyszy mu tylko chlupot wody, płynącej dokądś w kamiennych korytach... Dojść można do balkonów widokowych, by podziwiać spowite mgłą szczyty — Pico Ruivo, najwyższe wzniesienie wyspy (1863 m), czy drugi co do wysokości Pico do Arieiro (1810 m). Panoramę Madery widać jak na dłoni również z Encumeada (obie strony wyspy) oraz z najwyższego klifu Europy (i drugiego na świecie) — 580 m. Cabo Girao. Wedle legendy, spadł z niego kamień, który zabił przepływającego pod klifem... Władysława Warneńczyka! Polski król nie zginął ponoć pod Warną w 1444 r., ale osiadł na Maderze, tu się ożenił i świetnie prosperował jako totumfacki króla Henryka Żeglarza.

Zbiory cały rok

Najwyższe góry Madery łączy kilkugodzinny szlak turystyczny. Wspinaczka od Pico do Arieiro do Pico Ruivo trwa 2-3 godziny. Kto tego nie lubi, może na Pico do Arieiro wjechać samochodem — z Funchal jedzie się pół godziny, a ze szczytu przy dobrej pogodzie widać Porto Santo.

Wyspę eksploruje się też podczas „jeep safari”: pełznące leniwie strumyczki, levady, lśniące od wilgoci skały, kamienne trójkątne domki dla krów, karłowate wierzby — surowiec do wyplatania koszy czy mebli (Madera słynie z wikliniarstwa) i wiekowe drzewa: starsze, niż odkrycie wyspy... Zadziwia pomieszanie pór roku — soczysta, jaskrawa zieleń i opadłe, zbutwiałe liście. Bo flora Madery wzrasta, kwitnie, owocuje cały rok. Najpiękniejsze jej gatunki zobaczy się w publicznych ogrodach, jak Ogród Botaniczny w Funchal i Ogrody Tropikalne Monte Palace w Monte (6 km od stolicy). Begonie (w Polsce malutkie, tu nie przycinane osiągnęłyby parę metrów wysokości), azalie, lilie, mimozy, filodendrony, drzewa oliwne, palmy... Od XVI w., gdy Madera stała się przystanią dla statków uzupełniających zapasy wody i żywności, sprowadzono wiele gatunków roślin z Ameryki Południowej, Afryki i Azji. Przyjęły się tak świetnie, że wyspa zyskała miano ogrodu dryfującego po Atlantyku. Równie bogaty jest wybór owoców, w tym tak nietypowych, jak jadalny owoc filodendrona (wygląda jak duży banan w chropowatej skórze ananasa), anony (niczym jabłko z wielkimi, czarnymi pestkami), czy bardzo słodkie, maleńkie banany z Madery — zbyt delikatne, by je eksportować. Skosztuje się ich na targu w Funchal — Mercado dos Lavradores — który oczarowuje kolorami, zapachami i egzotyką. W hali rybnej sprzedają np. endemiczną espada preto (czarną espadę), której nikt nie widział żywej. Bo jej środowisko to 1 tys. m. Jak każda ryba głębinowa, ma zęby długie jak szpile i oczy niczym soczewki. Nawet nurkowie jej nie zobaczą — za głęboko. Ale podziwiać mogą ponad 500 gatunków morskiej fauny i flory, podwodne jaskinie, w których zdejmuje się maskę i rozmawia, czy wraki statków.

— Prestiżowy, niemiecki magazyn nurkowy uznał Maderę za najlepsze miejsce do nurkowania na Atlantyku. Potwierdzają to nasi klienci, przyznając, że równie pięknych widoków nie spotkali w Egipcie czy na Malediwach. Sama próbowałam — kurs zrobiłam tutaj, hotelowy basen wypełniony jest morską wodą — twierdzi Andrea Pauls z działu sprzedaży hotelu Dom Pedro Baia.

Aktywni turyści pojeżdżą też konno, wyprawią się katamaranem na obserwację delfinów i wielorybów czy pograją w golfa — również na Porto Santo, wyspie słynącej z 9 km piaszczystych plaż, których na Maderze nie ma wcale. Ale miłośnikom kąpieli to nie przeszkadza — jadą np. do Porto Moniz, by zanurzyć się w naturalnych basenach w rafach wulkanicznych. Przyjemnie w nich siedzieć, pozwalając się ochlapywać falom rozbijającym się o skały...

Drogi na Maderze — górskie, kręte (miejsce rajdów samochodowych) — to przeżycie samo w sobie. Jeden z najpiękniejszych odcinków łączy Sao Vincente z Porto Moniz: oto półka wykuta w skalnej ścianie, wysoko ponad oceanem. Wąska, bez barierek, przebijająca się tunelami przez góry. Kamienie strzelają spod kół, znaki ostrzegają przed spadającymi głazami, skapująca ze sklepień tuneli woda zalewa szyby... Można wyprawić się nią do Sao Vincente, by obejrzeć cud natury — podziemny świat utworzony 400 tys. lat temu przez potoki płynnej lawy. Turystom udostępniono 700 m. oświetlonych chodników i jaskiń. Nie znajdzie się stalaktytów i stalagmitów (to nie wapień), niemniej strop i dno jaskiń z zastygłej, pofałdowanej magmy mają ciekawą fakturę. W pieczarach wykiełkowało życie — przyniesione przez wodę nasiona kwiatów i traw kwitną w cieple lamp...

Sanie na lato

Funchal. Ogrody opadające w kierunku oceanu, piękne rezydencje i XIX -wieczne hotele zwrócone fasadami ku morzu, by godnie przywitać przypływających statkami turystów... Serce miasta zwanego „małą Lizboną” — ze względu na strome, brukowane ulice, portale rzeźbione w czarnym bazalcie i nastrój — to katedra (Se) z XV/XVI- w. z pięknym ołtarzem głównym i pokrytymi warstwą złota ołtarzami bocznymi. Warto też zwiedzić Quinta das Cruzes — dawną rezydencję Joao Goncalvesa Zarco, dziś muzeum z XVI-XIX w. meblami i wyposażeniem domu. Muzeum Sztuki Sakralnej w dawnym, XVI-wiecznym pałacu biskupim, może się zaś poszczycić dziełami sztuki podarowanymi maderskim kościołom przez lokalnych kupców. Atrakcją jest kolejka linowa Telefericos oddana do użytku w 2000 r. W 15 min. łączy Funchal z Monte — górskim XIX- w. kurortem. Szybując nad miastem zagląda się ludziom w okna...

— W Monte znalazł schronienie Karol I Habsburg, ostatni cesarz Austrii. Pochowano go w miejscowym kościele — Sanktuarium Matki Boskiej z Monte. Jej figurka znana jest z wielu cudów. Sama Matka Boska miała ją podarować małej pasterce... Wyżej stoi jeszcze jeden kościół. Z kamieni, które ludzie na własnych plecach nosili z oceanu. Z wdzięczności za zakończenie I wojny światowej — opisuje Bruno Pereira.

Z Monte zjeżdża się toboganem — wiklinowymi saniami na drewnianych płozach. Kieruje dwóch mężczyzn w słomkowych kapeluszach przepasanych czarnymi wstążkami, sprawnie hamując po brukowanej nawierzchni gumowanymi butami. Warto zresztą na Maderze patrzeć pod nogi: bruki ułożone z gładkich, owalnych kamieni — czarnych, białych, rudych — tworzą fantazyjne mozaiki. Jazda toboganem (popularna od 1850 r.) po wąskich i krętych uliczkach emocjonuje — ale nie tak jak przylot i odlot z wyspy. Kawał pasa startowego lotniska w Santa Cruz zbudowano bowiem na betonowych filarach wbitych w dno oceanu. Nic dziwnego, że udanemu lądowaniu towarzyszy burza oklasków dla precyzji pilota!