Duchowe podróże ludzi biznesu

Egzotyczne wyjazdy sprawdzają się wtedy, gdy skłaniają do pytań o sens naszej codziennej egzystencji

Brodaty, nieco zapuszczony i uginający się pod ciężarem plecaka globtroter wchodzi na górski szczyt. Oczy wychodzą mu z orbit. Kto stoi na skalnej półce? Nie kto inny, tylko on sam. Choć ubrany jak zwykle, zgodnie z korporacyjnym dress code’m: w garniturze, pod krawatem, z neseserem w ręce i gazetą pod pachą.

Zobacz więcej

PO CO: Czy nie szkoda mi czasu na dalekie podróże? Coś, co daje mi tyle pozytywnych doświadczeń, wrażeń i emocji, nie może być obojętne dla mojej duszy — mówi Julia Izmałkowa, założycielka i prezes agencji badawczej Izmałkowa. FOT. GK

„Stanley bardzo się rozczarował, gdy wysoko w Tybecie odnalazł wreszcie swoje prawdziwe ja” — głosi podpis pod satyrycznym rysunkiem. Jakie to dziwne — ruszasz na koniec świata w poszukiwaniu swojej najgłębszej tożsamości, tymczasem najbardziej autentyczna część twojej istoty nawet nie ruszyła się od biurka. Podróż okazała się tylko zmianą uniformu i dekoracji — piękne okoliczności przyrody zamiast brzydoty open space’u. Czy tak musi być?

Wakacje z druidami

Edi Pyrek, mentor biznesu w firmie About You, cieszy się, że został obdarzony genem nomadyzmu. To wewnętrzny napęd, który każe mu iść przed siebie, poznawać różne zakątki świata, kultury, przekraczać swoje mentalne ramy i ograniczenia. Podróż to nie sprawa geografii, tylko stan umysłu — przekonuje. Jeśli chce się czegoś nauczyć, to od najlepszych. Odwiedził więc druidów w Anglii, szamanów na Syberii, klasztory buddyjskie w Indiach i komunę mistrza Osho w hinduskim Poonie. W Portugalii szukał Świętego Graala i pamiątek po zakonie templariuszy, a w Azji, Ameryce i Afryce — śladów procesów inicjacji w różnych kulturach.

— Świat przesycony jest sacrum, jakkolwiek je rozumiemy i nazywamy. Świętość przenika każdego i wszystkich. Choć w codziennym zabieganiu zwykle nie umiemy tego dostrzec — mówi Edi Pyrek.

Najbardziej lubi Indian. Razem z żoną Joanną został zaadoptowany przez plemię Czarnych Stóp mieszkające w kanadyjskim rezerwacie. Od kilkunastu lat państwo Pyrkowie uczestniczą tam w tańcu słońca — to czterodniowe ceremonie, których uczestnicy nie piją i nie jedzą, tylko tańczą i się modlą. Dodatkowo mężczyźni praktykują rytualne skaryfikacje — sztukę zdobienia skóry przez jej uszkadzanie, zwaną tatuażem bliznowym.

— Ludzie Zachodu nadużywają rzeczowników i zaimków dzierżawczych: moje dzieci, twoja żona, jej mąż. Tak przekonujemy samych siebie, że rzeczywistość jest stabilna i całkowicie pod naszą kontrolą. Tymczasem jedno z indiańskich plemion ma w swoim języku tylko czasowniki, jakby dla podkreślenia, że świat jest zmienny i można go poznać tylko w działaniu — tłumaczy doradca.

W Meksyku trafił do wioski, w której akurat odprawiano pasterkę. To był chrześcijański kościół, z dużymi wpływami indiańskimi i szamańskimi. Komunię rozdawano pod postacią... coca-coli. Strumieniami lał się też bimber, który rozwiązywał wiernym języki. Każdy mówił i śpiewał po swojemu, a w świątyni panował trudny do opisania zgiełk.

— Trudno w takiej sytuacjach nie zapytać, co jest religijną i kulturową normą: nasz katolicki opłatek i 12 potraw na wigilijnym stole czy ich cola jako święty napój — uśmiecha się przedstawiciel About You.

Spotkanie z innymi ludźmi i egzotycznymi praktykami — dodaje — zmusza go do zweryfikowania swojej wizji świata i siebie. Każda podróż utwierdza go w przekonaniu, że nie ma jednej ceremonii, jednego rytuału i jednej prawdy objawionej. Rzeczywistość jest zbyt różnorodna, bogata, by zamknąć ją w jakiejś uniwersalnej formule lub doktrynie. A pogląd o wyższości swojej kultury nad innymi to przejaw pychy.

Pływając ze słoniem

Julia Izmałkowa, właścicielka i prowadząca agencję badawczą Izmałkowa, wierna jest filozofii travelling CEO, co oznacza, że to ona od początku do końca bierze odpowiedzialność za swoje wyjazdy — nie zdaje się na touroperatorów, nie korzysta z ofert all inclusive, nie wybiera kierunków uznawanych w danym sezonie za modne. Podróże oznaczają dla niej wolność, mentalną przestrzeń, wiatr we włosach. I broń Boże nie są formą eskapizmu — menedżerka od niczego nie ucieka. Zwłaszcza od siebie — zapewnia.

Raczej chodzi o pełniejsze niż zazwyczaj zanurzenie się w rzeczywistość. A nie chowanie przed nią głowy w piasek. Jako praktykująca buddystka Julia Izmałkowa od lat odwiedza buddyjskie klasztory, które — wyjaśnia — stwarzają jej doskonałe warunki do pisania, medytacji i milczenia.

— Mój typowy dzień pracy to 15 godzin na wysokich obrotach. Mimo to urlopów nie traktuję jako możliwości odpoczynku, regeneracji organizmu. Bo, po pierwsze, kocham to, co robię, i dlatego nie eksploatuje mnie to nadmiernie. Po drugie, na co dzień umiem zadbać o swoje ciało — ujawnia ekspert od badań etnologicznych.

Swoje medytacyjne odosobnienia nazywa mentalnym prysznicem — najbardziej uwielbia w nich to, że spędza je w ciszy, bez otwierania ust, nie prowadząc z nikim powierzchownych, kurtuazyjnych rozmów.

— Według buddystów, milczenie jest po to, by nie kłamać. Dla mnie jest to równoznaczne z tym, że nie muszę być miła, grzeczna i poprawna — zwierza się bizneswoman.

Była na trzech prawie bezludnych wyspach. Nurkowała z rekinami, żółwiami i słodkowodnymi meduzami. Kąpała słonia i ścigała orangutany. Wspięła się na trzy wulkany i jeden podwodny. Uczestniczyła w indonezyjskim weselu, a na Sulawesi widziała okrutny rytuał pogrzebowy. Jej ukochanymi miejscami na Ziemi są Wenezuela, Kolumbia i Kostaryka — spotyka tam rdzenną ludność, która — zaznacza — nie żyje wymyślonymi, sztucznymi problemami. Nie pozwalają na to trudy egzystencji.

— Czy złowi się rybę na obiad i czy wystarczy tabletek do oczyszczania wody — to są prawdziwe zmartwienia w wielu dalekich stronach. Warto je odwiedzić, by zobaczyć swoje ambicje, pragnienia i rzekome potrzeby we właściwej perspektywie — przekonuje zarządzająca agencją Izmałkowa.

Leon Logothetis, odnoszący sukcesy londyński broker, czuł, że przegrywa swoje życie. Mimo zawrotnej kariery i setek tysięcy funtów na swoim koncie w banku miał się za bankruta — w sensie emocjonalnym i duchowym. Pewnego dnia rzucił wszystko. Do plecaka włożył tylko zapasowe ubranie, wsiadł na motor i ruszył w podróż po świecie.

Bez pieniędzy, zdając się na łaskę obcych mu ludzi. Niekiedy musiał spać pod gwiazdami, zziębnięty i głodny. Ale z reguły nawet bezdomni dzielili się z Brytyjczykiem swoim posiłkiem, kocami i schronieniem. USA, Europa, reszta świata… Leon Logothetis odwiedził 90 krajów, kręcąc dokumentalny serial „The Kindness Diaries” — wzruszającą opowieść o doznanej dobroci, gościnności i swojej własnej przemianie.

— Decyzja o dalekich wojażach nie musi być efektem wypalenia zawodowego lub kryzysu wieku średniego. Ważne, by usłyszeć wezwanie do wędrowania i ochoczo na nie odpowiedzieć. A potem zachwycać się wszystkim, co będzie nas spotykało — podpowiada Edi Pyrek.

Oświecenie z turystycznego folderu

Jakub Urbański, trener biznesu w Grupie Fundamenti, nie ma wątpliwości: wyruszamy w drogę, ponieważ w naszej życiowej przestrzeni czegoś nam brakuje. A czy znajdziemy to coś? Bez wcześniejszego przygotowania umysłu i serca — na pewno nie.

Według szkoleniowca, trzeba upodobnić się do wczesnochrześcijańskich mistyków, tzw. ojców pustyni, którzy doznawali objawień dopiero po wielu latach pustelniczego życia. Krótki wypad na odludzie nic by im nie dał.

— Wiele razy prowadziłem klientów na Kilimandżaro albo do sanktuarium Annapurny w Nepalu. Niektórzy mówili mi, że pielgrzymują do miejsc świętych, by coś zmienić w swoim życiu. Odpowiadałem im zawsze tak samo: jeśli naprawdę chcesz coś ze sobą zrobić, zacznij od małych kroków, które dotyczą twoich codziennych spraw. Moje słowa działały jak lodowaty prysznic na turystów, którzy oczekiwali czegoś z pogranicza transcendencji, magii i cudów — opowiada Jakub Urbański.

Tygodniowa eskapada może sprawić uczestnikom radość, ale sama zmiana otoczenia — na starogreckie klasztory, dolinę Amazonki czy Tybet, nie spowoduje niczego poza uszczupleniem domowego budżetu — odziera ze złudzeń trener. Nie wyklucza, że, chodząc boso po rozżarzonych węglach razem z guru rozwoju osobistego Tony’m Robinsem, można coś przemyśleć, dojść do ważnych decyzji i wniosków. Z drugiej strony — dopowiada — wcale nie musimy uprawiać duchowej turystyki pod okiem szamana, mentora czy coacha, by nadać swojemu życiu inny bieg. Przy właściwej motywacji doznamy oświecenia na spacerze w parku, przy zmywaniu naczyń lub odwożąc dziecko do przedszkola.

Weź udział w V edycji kongresu "HR Summit", 12-13 września 2018 r., Warszawa >>

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mirosław Konkel

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Firmy / Duchowe podróże ludzi biznesu