Duchowy trakt Europy

Karolina Guzińska
opublikowano: 2004-11-26 00:00

Święty Jakubie, zwieraj szyki, Hiszpanio! — wołali przed bitwą średniowieczni rycerze, ufni w pomoc apostoła. Od 1200 lat ta sama wiara pcha pątników, peregrynujących do Santiago de Compostela.

—Każdy idzie sam, z własnymi intencjami. Jeden — z potrzeby serca, drugi — gnany ciekawością. Do przejścia — co najmniej sto kilometrów. W spiekocie, deszczu, chłodzie... Ale trudy schodzą na dalszy plan, bo Camino — Droga — ma w sobie coś mistycznego.

— Od IX wieku do Santiago pielgrzymują miliony ludzi. Musiała po nich pozostać skumulowana energia i wiara! Człowiek czuje się ogniwem w łańcuchu pielgrzymów — to pozwala bardziej cieszyć się wędrówką. I nawet jeśli wyruszy się bez podtekstu duchowego, to wkrótce on się pojawia. Masz czas przemyśleć mnóstwo spraw. Zastanowić się nad życiem. Potem — gdy dostrzegasz z oddali wieże katedry w Santiago — jesteś już trochę innym człowiekiem... — zapewnia Elżbieta Komarnicka, tłumacz literatury hiszpańskiej.

Johann Wolfgang Goethe powiedział kiedyś, że „Europa zrodziła się z pielgrzymek do Santiago”. Od stuleci ściągają tu biedni i bogaci, słudzy i królowie, uczeni i prostaczkowie...

Pole gwiazd

Compostela — niegdyś zapadły zakątek Galicji, dziś duchowa stolica Hiszpanii. Wedle legendy, nabrała znaczenia, gdy odkryto, że spoczywają tu doczesne szczątki apostoła Jakuba Starszego. Został ścięty z rozkazu namiestnika rzymskiego Heroda I Agryppy (42 lub 44 r.), lecz dwaj uczniowie wykradli jego ciało i umieścili w bezzałogowym statku. Prowadzony przez anioła dopłynął do brzegów Galicji, w okolice portu Padron. Stąd odebrała je królowa Lupa i pochowała w marmurowej arce. O grobie zapomniano. Aż do roku 813, gdy pustelnik Pelaio zobaczył deszcz gwiazd. Powiadomił o tym biskupa Teodomira w Iria Flavia, a ten — dwór Alfonsa II z Asturii. Na wzgórzu, gdzie wystąpiły dziwne zjawiska świetlne, znaleziono arkę. Król Alfons zlecił budowę kaplicy w tym naznaczonym cudami miejscu, dając podwaliny miastu Compostela. Jego nazwa ma korzenie w łacińskim wyrażeniu „campus stellae” — pole gwiazd.

— Wkrótce Compostela stała się trzecim — po Jerozolimie i Rzymie — celem pielgrzymek z wszystkich zakątków Europy. Wędrówki Szlakiem Jakubowym (Camino de Santiago, Ruta Jacobea) do dziś nie tracą popularności, a że niektórzy historycy utrzymują, że w katedrze w Santiago pochowany jest heretyk Pryscylian i jego dwóch uczniów — cóż... Tradycja jest tradycją. Zresztą, wszystko jedno czyj to grób, skoro ludzie wierzą, że kryje prochy apostoła i ta wiara zmienia ich życie — uważa Zuzanna Jakubowska, doktorantka iberystyki na UW, redaktorka portalu www.hiszpania-online.com.

Własne tempo

Przed wiekami pielgrzymka była niebezpieczna — dzikie zwierzęta, rozbójnicy, nieuczciwi handlarze... Ale ciągły przepływ pątników dał impuls do rozwoju handlu, rzemiosła i sztuki. Przy pielgrzymich szlakach wznoszono kaplice, kościoły, zajazdy, szpitale... Ba! miasta całe. Sprzyjało temu — popierające pielgrzymowanie — prawo Nawarry, Kastylii, León i Galicji. I tak, Droga do Santiago wyrosła na najważniejszy trakt duchowy, handlowy i artystyczny średniowiecznej Europy.

Mówi się: Droga, choć szlaków jest wiele. Camines de Santiago (Drogi Świętego Jakuba) tworzą gęstą sieć, której początki sięgały Polski, Niemiec i krajów północnych, przechodziły przez Francję i wreszcie —Pirenejami — do Hiszpanii. Drogi łączą się w miasteczku Puente La Reina, dlatego godłem pielgrzyma pozostaje muszla vieira (przegrzebek Św. Jakuba). Jej zbiegające się w jednym punkcie linie symbolizują wielość szlaków do Santiago, a także różnorodność dróg, którymi dochodzi się do Chrystusa. Pielgrzymi noszą ją na szyi lub przytraczają do plecaka. Łatwo było ich rozpoznać także po „bordone” — kiju na którym niegdyś wieszano tykwę na wodę — kapeluszu z szerokim rondem i pelerynie. Choć upłynęły stulecia, wciąż widzi się tak „oznakowanych” pielgrzymów. A i sposób wędrówki niewiele się zmienił. Dziś liczne rifugios i albergues (schroniska) zapewniają nocleg wędrowcom, a wiele dróg pokrył asfalt, ciągle wędruje się jednak w samotności lub małych grupkach. Jedni idą 2-3 miesiące z odległych krańców Europy, inni wyruszają do Composteli z wybranego miejsca w Hiszpanii, ci zaś, którym starcza sił, pokonują 800 km szlak francuski rozpoczynający się w Pirenejach. Jego przebycie zajmuje ponad miesiąc.

Kurek z winem

Pielgrzymi, którzy doszli pieszo do Santiago, uznają ten wyczyn za jedno z najwspanialszych i najbardziej budujących doświadczeń w życiu. Ale podkreślają też ogromne wyzwanie dla organizmu. Warto więc pamiętać o takich — zdawałoby się oczywistych — sprawach jak dobre buty. Odciski i poranione stopy to prawdziwe utrapienie wędrowca.

— W każdym schronisku zastawaliśmy tę samą młodą parę z Austrii. Zawsze byli o krok przed nami. I choć nosili markowe buty trekkingowe, wciąż opatrywali nogi. Były w coraz gorszym stanie. Dzień w dzień spodziewaliśmy się, że następnego ranka już nie dadzą rady wyjść na trasę. Ale szli... Nieprawdopodobny hart ducha! — dziwi się Elżbieta Komarnicka.

Spotkała na szlaku wielu wędrowców — poznała historię małżeństwa emerytowanych architektów z Kalifornii, którzy kupili dom w Hiszpanii i pojąć nie mogli, czemu pod ich oknami wciąż defilują ludzie z kijami i plecakami.

— Gdy dowiedzieli się o Drodze, wyruszyli sami. I przeszli całe 800 km! Wielu pielgrzymów pojawia się na trasie z przypadku — poznaliśmy też parę młodych Niemców, którzy obejrzeli w telewizji program o Santiago de Compostela i postanowili pójść dla żartu. Bardzo to było dla nich męczące — szli przecież bez żadnego duchowego impulsu — wciąż więc pytali siebie, co oni tu robią? Jednak po kilku dniach i w ich świadomości dokonała się przemiana... — wspomina Elżbieta Komarnicka.

Zaskoczyła ją liczba pątników z Brazylii.

— Okazało się, że to książka Paulo Coelho „Pielgrzym” zrobiła wielką promocję drodze do Santiago — dodaje Elżbieta Komarnicka.

Wędrowcy żywią się w barach i gospodach. Wyspecjalizowały się, proponując specjalne „menu pielgrzyma”: dwa dania, butelka wina, deser... Cóż, Camino to cały przemysł. Na szlaku kupi się mnóstwo gadżetów. Choćby muszle vieira — im bliżej Santiago, tym droższe (3-5 euro).

— Wielu miejscowych stara się zarobić. Ale są miejsca, gdzie pielgrzymi podejmowani są bezpłatnie — np. klasztor w Irache, gdzie za darmo pije się wino. W ścianie przyklasztornej winiarni zamontowano dwa kurki — z jednego płynie wino, z drugiego woda. Tablice informują, że możesz pić, ile chcesz, ale gdy napełnisz menażkę winem na drogę, musisz zapłacić — opowiada Zuzanna Jakubowska.

Nie sposób nie podziwiać mijanych zabytków. Przemierzając Nawarrę, przy okazji zwiedza się m.in. Pampelunę — znaną z lipcowych gonitw byków czy też perły średniowiecznej architektury — miasteczka Puente La Reina i Estella.

— Warta obejrzenia jest też malusieńka, niezwykle cenna przedromańska pustelnia Eunate. Leży wśród pól, niedaleko Puente La Reina. To ciekawy, ośmiokątny kościółek otoczony misternym krużgankiem — w środku widać, jaki jest nieregularny: każda z części ma inną wielkość — opisuje Zuzanna Jakubowska.

Wędrując dalej, dociera się do spalonych słońcem Kastylii i León. Tu znajduje się najdłuższy odcinek szlaku (400 km) i połowa ze 150 zabytkowych budowli uznanych za dziedzictwo narodowe Hiszpanii. Między innymi jedne z najpiękniejszych europejskich katedr: w Burgos, gdzie urodził się Cyd, i w założonym przez Rzymian León.

— To pielgrzymi — ludzie różnych kultur — wprowadzali do Hiszpanii nowinki architektoniczne. Dlatego węzły na szlaku do Santiago są tak ciekawe turystycznie. Choćby Ponferrada z XIII-wiecznym zamkiem zakonu templariuszy — dodaje Zuzanna Jakubowska.

Pielgrzymi jednakże, walczący ze zmęczeniem i potem zalewającym oczy, czasem nie mają sił na zwiedzanie.

— Można zrobić jak my. Objechaliśmy samochodem szlak architektury romańskiej: z Pampeluny do León, a potem wyruszyliśmy do Santiago — radzi Elżbieta Komarnicka.

W ośmiu chłopa

To wspaniałe uczucie gdy wreszcie — po wielu dniach — dociera się do celu.

— Podobnego musi doznawać alpinista zdobywając w końcu szczyt... — porównuje Elżbieta Komarnicka.

Ludzie tak planują wędrówkę, by dotrzeć do Santiago w niedzielę. W południe odprawiana jest w katedrze msza dla pielgrzymów. Widać tylko falujące morze kijów, plecaków i muszli.

— Kto ma szczęście i trafi na szczególnie uroczystą okazję, ogląda rytuał zapalenia Botafumeiro‚ ogromnej kadzielnicy w nawie głównej. Zawieszona na długim sznurze jest tak ciężka (60 kg), że aby ją rozbujać potrzeba ośmiu mężczyzn. Huśta się z jednego krańca powały na drugi, spowijając wonnym dymem całą świątynię. Wygląda to wspaniale — twierdzi Elżbieta Komarnicka.

Pielgrzymi wchodzą do miasta przez wrota Puerta del Camino. Santiago de Compostela — stutysięczna stolica prowincji — przyjmuje 4 mln pątników rocznie. Wpisano ją na listę dziedzictwa ludzkości UNESCO, a starówkę wyłączono z ruchu kołowego.

— Zabytkowe centrum zbudowano z miejscowego granitu o złotawej barwie. Serce miasta to plac Obradoiro, którego nazwa wywodzi się od dzieła Fernando Casas de Novoa: barokowej fasady katedry św. Jakuba, wznoszącej się właśnie tutaj. Z powodu wilgoci galicyjskiego powietrza jej strzeliste wieże porasta rdzawy mech. To jedno z największych sanktuariów chrześcijaństwa. Obecna budowla pochodzi z lat 1078-1122 i zajmuje miejsce bazyliki zniszczonej przez Maurów — wyjaśnia Zuzanna Jakubowska.

Po wejściu do katedry pielgrzymi podziwiają romański Portyk Chwały, granitowe arcydzieło Mistrza Mateo, przedstawiające proroków i apostołów. Potem, odwiecznym zwyczajem, kładą dłoń na jednym z filarów portyku — kamiennej kolumnie z wyrzeźbionym drzewem Jessego. Dokonują tym samym aktu wiary, że Chrystus jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem. Miliony rąk dotknęło filaru, żłobiąc w nim pięć rowków po palcach...

— Pątniczym rytuałem jest także uderzenie czołem w skroń figury korpulentnego, siedzącego mnicha, dowcipnie nazwanego Świętym od Guzów. To przynosi szczęście... Grób z relikwiami św. Jakuba znajduje się w krypcie pod ołtarzem głównym. Przy barokowym ołtarzu stoi zaś figura apostoła. Objęcie jej w powitalnym geście to kolejny pielgrzymi zwyczaj — tłumaczy Zuzanna Jakubowska.

Potem już można zatroszczyć się o La Compostela — certyfikat poświadczający przebycie drogi — i wrócić do domu...

—... albo udać się do oddalonego o sto kilometrów przylądka Finisterrae na wybrzeżu Atlantyku. Aż do odkrycia Ameryki uważano go za koniec świata. To mistyczny zakątek, często spowity gęstą mgłą. Słychać tylko ryk fal rozbijających się o skały... Tyle tu katastrof, że wody wokół przylądka nazwano „morzem śmierci” — opowiada Elżbieta Komarnicka.

Niegdysiejsi pielgrzymi tutaj kończyli wędrówkę, paląc pątnicze szaty i obmywając się w oceanie. Symbolizowało to śmierć starego i narodziny nowego człowieka.

Niektórym jednak nie wystarcza jednorazowe nawiedzenie Composteli — dla wielu ludzi droga stała się stylem życia.

— Są tacy, co pielgrzymują co roku. Pokonują coraz to inny odcinek — raz pieszo, raz rowerem... Albo pracują jako wolontariusze w schroniskach. I choć każdy wędruje osobno, w jakiś sposób są razem. Na szlaku nawiązują się przyjaźnie, a pątnicy wzajemnie sobie pomagają — np. widząc, że ktoś idzie bardzo wolno, zamawiają dla niego obiad w najbliższym schronisku — twierdzi Zuzanna Jakubowska.

Bakcyla Drogi złapała też Elżbieta Komarnicka.

— Szykujemy się do przejścia kolejnego stukilometrowego odcinka — zapowiada.