Największe zniżki przez ostatnie 2 lata stały się udziałem średnich spółek, które poszły w dół o ponad dwie trzecie. Spośród sektorów najsłabiej wypadają deweloperzy z podobną stratą. Najlepiej bessę znosi branża telekomunikacyjna. Głównie za sprawą walorów TP przeceniła się o jedną czwartą. W gronie światowych parkietów plasujemy się w ostatnim kwartylu (dzieli zbiór na 4 równe części). Największe straty w ostatnich 2 latach stały się giełdy z Serbii, Bułgarii, Irlandii oraz Cypru. Wyniosły po 70-80%. Jedynie 3 giełdy na świecie odnotowały w tym czasie wzrost. Są to Tunezja, gdzie co ciekawe najważniejsze spółki reprezentują branżę finansową, Liban, na którym kluczową rolę odgrywają firmy zajmujące się odbudową Bejrutu oraz Wenezuela, która dobrą postawę zawdzięcza głównie branży telekomunikacyjnej.
Tak samo czy inaczej?
W czasie poprzedniej bessy, która zaczęła się pod koniec marca 2000 r., po
dwóch latach od jej rozpoczęcia byliśmy w początkach drogi do rozpoczęcia hossy.
Jesienią 2002 r. indeks WIG ustanowił dołek bessy, do stycznia 2002 r. odnotował
pokaźny wzrost, by przez kolejne kilkanaście miesięcy tracić na wartości i
ostatecznie zbliżyć się na ok. 10 proc. do dołka bessy.
Już nawet
porównanie z „typowym” okresem dekoniunktury na rynkach akcji zniechęca do
zapowiadania szybkiego nadejścia trwałych zwyżek. Nawet jeśli rzeczywiście dołek
bessy jest już za nami, to czeka nas jeszcze długie wyczekiwanie na
ustabilizowanie się dobrych nastrojów. Przy takim podejściu zakładalibyśmy
nietrafność większości obaw, które napędzały ubiegłoroczną przecenę akcji, a
wiązały się z przekonaniem, że mamy do czynienia z kryzysem i recesją nie
podobnymi do wcześniejszych przypadków. Patrząc jednak na dane gospodarcze ze
świata, które w wielu przypadkach są najgorsze w powojennej historii, czy skalę
załamania rynku nieruchomości i sektora finansowego w Ameryce, trudno jednak
takiej tezy bronić. Przyjmując, że teraz może być już tylko lepiej,
przyjmowalibyśmy, że pomoc rządów pompujących pieniądze do gospodarek i banków
centralnych wspomagających koniunkturę rekordowo tanim pieniądzem, podobnie jak
podczas kilku ostatnich okresów spowolnienia koniunktury, przyniesie szybkie
efekty. Skoro jednak kłopoty są wyjątkowe, to te typowe metody działania nie
muszą wcale okazać się skuteczne. Zresztą mamy na to już pierwsze dowody, jak
choćby trudności z obniżeniem rynkowych kosztów kredytów hipotecznych w USA
(wiele z nich jest opartych na rentowności długoterminowych obligacji, która na
wiosnę odnotowała skokowy wzrost).
Nierozwiązane problemy
Do ostrożności skłania również fakt, że nie udało się rozwiązać dwóch
najważniejszych problemów, które stały się zarzewiem obecnych problemów
gospodarczych. Chodzi o kondycję rynku nieruchomości w Stanach Zjednoczonych
oraz sektora finansowego w państwach rozwiniętych. Trzy pierwsze miesiące, w
których firmy finansowe wykazały jedynie niecałe 145 mld USD strat z tytułu
odpisów związanych z utratą wartości instrumentów finansowych wobec 374 mld USD
w IV kwartale 2008 r., stworzyły nadzieje, że banki zaczną wychodzić na prostą.
Trzeba jednak mieć na uwadze, że wciąż przed nimi trudności wynikające z
pogarszającej się jakości portfela kredytowego, co jest typowym zjawiskiem dla
recesji, a na większą skalę dotąd się nie pojawiło. Równocześnie w II kwartale
część dużych banków pracowało w dużym stopniu na własne potrzeby plasując emisje
akcji, z których środki miały wypełnić lukę kapitałową po tych oddawanych
państwu.
Natomiast w przypadku rynku nieruchomości można mówić jedynie o
stopniowym ograniczeniu nadpodaży domów. Ich zapasy zmniejszyły się z ponad 4,5
mln do niecałych 3,8 mln. To wciąż jednak więcej niż średnio w ostatnich 5
latach (3,5 mln) i znacznie więcej od 10-letniej średniej (2,8 mln). Obecna
liczba w dalszym ciągu jest zupełnie nie dopasowana do aktywności kupujących –
potrzeba aż 9,6 miesiąca, by bieżące zapasy upłynnić. Przeciętnie w ostatnich 10
latach było to 5,9 miesiąca.
Czynniki rynkowe
Do ostrożnego spoglądania w przyszłość skłaniają nie tylko czynniki
fundamentalne, ale i rynkowe. Siła optymizmu, jaki zagościł na parkietach wiosną
tego roku, nie miała precedensu. Była jedynie wytłumaczalna skalą wcześniejszego
spadku. Niemniej jednak nie sposób nie zauważyć, że wzrost cen akcji napędzały
głównie przepływy kapitału (przesuwały się z funduszy pieniężnych, z których w
II kwartale odpłynęło blisko 138 mld USD, do bardziej agresywnych, w dużym
stopniu lokujących w akcje na emerging markets, do których trafiło blisko 27 mld
USD). Równocześnie poprawę warunków gospodarczych sygnalizują na razie jedynie w
większości wskaźniki oparte na ankietach wśród przedsiębiorców, ekonomistów,
analityków, czy inwestorów, a nie twarde dane makroekonomiczne.
Skutkiem tych
zjawisk jest pojawienie się w ostatnim czasie zjawisk typowych dla końcowych faz
ruchów zwyżkowych, jak rekordowy udział kapitalizacji wschodzących rynków akcji
w ogólnej wartości rynkowej spółek notowanych na giełdach światowych, niska
premia za ryzyko inwestycji w akcje, wysokie wyceny spółek, nie przystające do
perspektyw poprawy wyników finansowych. Na przykład w Chinach, które znów stały
się jednym z najbardziej rozgrzanych parkietów świata, współczynnik cena/zysk
przekroczył już 30 wobec ok. 17 w początkach marca oraz nieco ponad 12 jesienią
minionego roku.
Nieudany początek III kwartału potwierdza, że inwestorzy nie
chcą już dłużej czekać na sygnały potwierdzające znaczną poprawę sytuacji
gospodarczej. Chcą je widzieć już teraz. Jeśli nie zaczną się pojawiać na
większą skalę, to wakacje mogą upłynąć pod znakiem rozczarowania. Zamiast
dalszego odrabiania strat z bessy mielibyśmy więc ponowne ich powiększanie.
Krzysztof Stępień
Autor jest głównym ekonomistą Expandera