Dwa światy Krzysztofa Folty

Wysłuchała Danuta Hernik
25-01-2013, 00:00

W Afryce fascynują go zwierzęta. W Nepalu — ludzie. Chłopcy, wnoszący na himalajskie zbocza ciężary białych turystów, szczęśliwi, że mogą zarobić parę groszy.

RPA, Namibia, Botswana, Tanzania, Kenia... Dla mnie Afryka to parki narodowe i oglądanie zwierząt. Nie zwiedzam zabytków, nie plażuję, nie szukam innych wrażeń. Z samolotu przesiadam się w samochód lub inny samolot i od razu przenoszę się do parku narodowego. Dla mnie Afryka to świat lwów, słoni, bawołów, lampartów, hien, antylop, gazel…

I powrót do natury w sensie antropologicznym — do kolebki ludzkości. Nie zdajemy sobie sprawy z afrykańskich przestrzeni. Tworzą je połacie nieużytków. Wolę parki narodowe, w których nie ma buszu. Na równinie sawanny łatwiej wypatrzyć zwierzęta. W Namibii, która jest najmniej zaludnionym krajem, można jechać cały dzień i nie spotkać drugiego człowieka.

Ojczyzna zwierząt i ludzi. Po raz pierwszy zetknąłem się z Afryką w Parku Krugera w RPA. Powiedzieli nam, żeby nocą nie wychodzić z pomieszczeń, nie chodzić po otwartym terenie. Powiedziałem do żony: „Pewnie tak bajerują dla efektu”. Rano spotkaliśmy się na parkingu... A tam na środku krwawe plamy na ziemi i szczątki jakiegoś zwierzęcia.

„Tu w nocy był lew” — powiedział pracownik ośrodka. „No, ładnie” — pomyślałem sobie. — „To jednak blisko, o krok”. Potem przypomnieliśmy sobie z żoną, że przecież słyszeliśmy drapieżnika w nocy. W Parku Narodowym Etosha w Namibii spotkaliśmy całą rodzinę lwów. Samca, samicę i czwórkę młodych. Kilkanaście minut po zabiciu antylopy.

Przyglądaliśmy się, zafascynowani, organizacji tego stada: w jaki sposób zabiera się do ucztowania, w jakiej kolejności, jak samica strzeże bezpieczeństwa — to można obejrzeć na filmie w „National Geografic”, ale przeżyć taki kontakt, zobaczyć to bezpośrednio — tego się nie da niczym zastąpić. Naturalne zachowania, naturalna selekcja, naturalne nawyki — to wszystko można jeszcze obserwować u afrykańskich zwierząt.

Życie według pór dnia i nocy, wschodów i zachodów słońca, pór suchej i deszczowej, migracje związane z poszukiwaniem wody i pożywienia. To fascynujące zjawiska. Rytm dnia w Afryce odbywa się w cyklu szósta rano — szósta wieczorem. Na wielkich obszarach nie ma ingerencji cywilizacji, sztucznych świateł.

Część zwierząt wychodzi po zmroku na żer, inne, które polują o świcie, korzystają z nocnego chłodu, by odpoczywać. Słonie o zmierzchu idą do wodopoju. Zapada noc, ale wcale nie jest ciszej niż za dnia. Słychać wiele różnych dźwięków, nawoływania, odgłosy łamanych gałęzi. Odzywają się ptaki, małpy i inne...

Pewnego ranka, gdy jedliśmy śniadanie na tarasie w parku narodowym w RPA, nagle wpadł kucharz i nerwowym szeptem kazał nam się nie ruszać. Nad naszymi głowami na gałęzi drzewa leżała zielona mamba. Podobno najbardziej jadowity wąż na świecie. Opuszczaliśmy taras spokojnie, powoli, w sposób możliwie najbardziej kontrolowany. Strzeżemy się dużych drapieżników i na nie uważamy. Tymczasem niebezpieczne są węże, jadowite pająki — zwierzęta, których się nie zauważa.

Olbrzymy na cenzurowanym. Botswana jest znana w Afryce z tego, że żyje tam najwięcej słoni: 110 tysięcy. Chętnie się pojawiają na podmokłym terenie delty rzeki Okawango — to największa delta śródlądowa bez ujścia do morza. Znajdują tam pożywienie i wodę. Dlaczego Botswana? Pewnie jest tam najmniej kłusowników. Bo przecież nie chodzi o drapieżniki — w normalnych warunkach nie są groźne dla słoni.

W całej Afryce jest — według różnych źródeł — od 470 do 690 tys. słoni. W latach 30. XX wieku były ich 4 miliony, a sto lat temu — 5-10 milionów. Słoń z punktu widzenia mieszkańców Afryki jest szkodnikiem. Niszczy duże połacie lasu. Tratuje pola, łamie drzewa. Dla nas — ludzi z Europy — to wspaniałe zwierzę, które kłusownicy zabijają dla kości słoniowej. Dwa punkty widzenia — Europejczyk darzy te olbrzymy wielką sympatią, u Afrykańczyków są na cenzurowanym.

Ludzie Zachodu, przybysze z tzw. cywilizacji rozwiniętych sporo w Afryce napsuli. W Etiopii np. widziałem wielu ludzi cały dzień pijanych. Biorą pieniądze za pozowanie do zdjęć, nie uprawiają roli, nie robią tego, czym ich przodkowie zajmowali się przez setki lat. Pewne rzeczy zostały zachowane, ale biały turysta zmienił obyczaje, zachowania tubylców, zdemoralizował ich. To mnie oburza.

Pracownicy Himalajów. Chodzę po Himalajach, Alpach, byłem na Kilimandżaro. Mówi się, że podróże kształcą. Mówi się też, że w Afryce nikomu się nie chce pracować. Zastanówmy się, kto chciałby pracować, kiedy jest 45 stopni w cieniu?

A jednak coś robić trzeba. W Himalajach już tak komfortowo nie jest. Są mrozy, trzeba się ubrać i nie ma co jeść, jeśli się nie ma pieniędzy. Nepal to trudny teren o surowym klimacie — nieprzyjazny, piękny kraj bardzo przyjaznych ludzi. Mój tragarz zarabiał pięć dolarów dziennie.

Oczywiście, jeśli w ogóle złapał klienta i mógł wnieść jego ciężary na górę. Zawsze, kiedy wracam z Nepalu do Polski, i myślę o tych nepalskich chłopcach, którzy noszą nasze ciężary i są szczęśliwi, że mogą to robić. Uświadamiam sobie, jak komfortową mamy sytuację w porównaniu z nimi. W kawiarence w Himalajach, gdzieś na wysokości 4 tys. m patrzę — stoi szafa chłodnicza do coca-coli. Pytam właściciela, skąd ma tę lodówkę. Mówi, że kupił. Ale jak się tu znalazła? Tragarz wniósł...

Trekking. Po przylocie do Katmandu można się udać w dwóch kierunkach — w stronę Annapurny, wtedy czeka nas krótki lot do Pokhary, lub pod Mont Everest — wówczas ląduje się w Lukli, na jednym z najniebezpieczniejszych lotnisk. Dwa najbardziej znane szlaki przez góry Nepalu to trekking do bazy pod Mount Everestem i — wybierany częściej — dookoła Annapurny. Kulminacyjnym punktem tej wyprawy jest przejście przełęczy Thorung La. Wstaje się o szóstej rano. Jest bardzo zimno, w nocy temperatura spada do kilku stopni, zimna woda... W dzień ociepla się do dwudziestu paru stopni. Idzie się po 6-8 godzin.

W schroniskach warunki dość spartańskie. Im wyżej, tym mniej miejsc noclegowych. W końcu pada się byle gdzie, żeby tylko odpocząć, dać nogom wytchnienie. Najbardziej podoba mi się na wysokości do 4,5 tys. m, gdzie jeszcze jest zielono, widać zielone doliny. Wyżej na zboczach żyją jaki — bardzo cenne, hodowane dla wełny i mleka. Na dole jest dla nich za ciepło.

Są też dzo — krzyżówki jaka z krową, zwane też job-jakami, jako że wykorzystuje się je do pracy. Są nieco mniejsze niż jaki, ale za to lepiej znoszą wyższe temperatury w dolinach. Ponadto są mniej agresywne i lepiej się udomowiają. Powyżej 4,5 tys. m roślinność znika, widać szczyty. Tam zaczyna się wspinaczka, a to już inna bajka. &

Krzysztof Folta

Prezes sieci hurtowni elektrotechnicznych TIM. Ukończył elektrotechnikę na Politechnice Wrocławskiej. Od 1988 r. pracuje w spółce TIM, najpierw we Wrocławiu jako dyrektor naczelny, w latach 1994-95 na stanowisku przewodniczącego rady nadzorczej, od 1995 r. pełni funkcję prezesa. Jeden z najdłużej nieprzerwanie urzędujących szefów giełdowych spółek w Polsce. Od 2011 r. przewodniczący rady nadzorczej Rotopino.pl.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wysłuchała Danuta Hernik

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Po godzinach / Dwa światy Krzysztofa Folty