Krytyka pomysłów Unii Europejskiej już dawno przestała być domeną prawicowych eurosceptyków — pałeczkę przejął od nich wielki przemysł, liberalni eksperci, a nawet rząd. Tak przynajmniej jest w przypadku projektowanych zmian w tzw. dyrektywie tytoniowej, które — mielone w trybach unijnej administracji od 2009 r. — mają zostać przyklepane do końca tego roku i wprowadzone w życie w 2015 lub 2016 r. Negatywne stanowisko wobec dyrektywy, zakładającej m.in. wprowadzenie zakazu sprzedaży stanowiących ok. 40 proc. polskiego rynku slimów i mentoli, wyraził już — wbrew stanowisku ministra zdrowia — rząd. Do jej przeciwników właśnie dołączyło też Centrum im. Adama Smitha — liberalny think tank opublikował wczoraj raport o „ekonomicznych skutkach wdrożenia dyrektywy tytoniowej”, za który zapłaciło Krajowe Stowarzyszenie Przemysłu Tytoniowego (czyli cztery koncerny, rozdające karty na papierosowym rynku).
— Dyrektywa nie powinna wejść w życie — komisja uzasadnia jej wprowadzenie chęcią ograniczenia liczby palaczy, ale prozdrowotne skutki nowych przepisów są mocno wątpliwe. Zakazy nie sprawią, że ludzie zrezygnują z palenia, tylko skłonią ich do przejścia do szarej strefy — mówi Robert Gwiazdowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha.
Według ekspertów, ekonomiczne konsekwencje dyrektywy dla polskiej gospodarki będą bardzo dotkliwe — plantatorzy stracą rocznie 230 mln zł z produkcji tytoniu, upadnie 22,5 tys. utrzymujących się głównie z papierosów małych placówek handlowych, a 30 tys. osób, zatrudnionych w branży, zasili grono bezrobotnych. Urośnie tylko jedno — szara strefa.
Autorzy raportu szacują, że rynkowy udział przemycanych i podrabianych papierosów wzrośnie o 100-300 proc., a straty budżetu państwa, głównie z tytułu zmniejszenia wpływów akcyzowych, sięgną 8,85 mld zł rocznie. Dyrektywa ma jednak w Polsce zwolenników — to organizacje walczące z paleniem, które przypominają, że branża tytoniowa bije na alarm przy okazji każdej zmiany prawa, ale kreślone przez nią czarne scenariusze niekoniecznie znajdują odzwierciedlenie w rzeczywistości.
— W 2010 r., kiedy planowano wprowadzenie zakazu palenia w miejscach publicznych, branża tytoniowa również alarmowała, że 40 tys. osób straci pracę, a restauracje będą masowo plajtować. Nic takiego się nie stało. Wpływ dyrektywy na producentów ograniczy się do zmiany profilu konsumpcji i nie ma ryzyka, że plantatorzy tytoniu stracą pracę. Natomiast obawy międzynarodowych koncernów co do zwiększenia szarej strefy należy oceniać w świetle tego, że niektóre z nich ułatwiały w przeszłości przemyt swoich własnych wyrobów — mówi Dominika Kawalec ze Stowarzyszenia Manko.