Dyskretny urok prowincji

Karolina Guzińska
opublikowano: 2004-03-26 00:00

Zapadłe wioski i gwarne kurorty. Malownicze plaże i średniowieczne zamki. Rezerwaty i uzdrowiska. Algarve, gdzie temperatura nie spada poniżej 15 stopni, to propozycja na każdą pogodę.

Przez otwarte okno jeepa wpada pecyna błota — czerwona i tłusta jak tutejsza ziemia.

— To związki żelaza barwią glebę na rdzawo — tłumaczy Eric, przewodnik w firmie turystycznej Riosul.

Przyjechał do Algarve na wakacje i — jak wielu cudzoziemców — tak się zachwycił, że został na stałe. W Holandii był bez pracy. Teraz prowadzi jeep-safari po interiorze południowej Portugalii.

— Pokażę wam prawdziwe Algarve! — obiecuje.

Imperium korka

Terenowe auto zabrało nas z kurortu Monte Gordo, nieopodal miasteczka Vila Real de Santo António.

Trasa wiedzie wzdłuż rzeki Guadiana, oddzielającej Portugalię od Hiszpanii. Pofalowany krajobraz — jeep to wspina się pod górę, to zjeżdża w dół. Aż do rezerwatu Do Sapal de Castro Marim. 2 tys. ha bagien — raj dla czarnych kormoranów, różowych flamingów, siewek, kaczek i czapli...

Eric pokazuje bocianie gniazdo jakieś 2 metry nad ziemią. Uwite najniżej w Europie. Cicho. Słychać tylko śpiew pliszki. W słonym bajorku brodzą flamingi. Przy nim: szaro-biała hałda. Tu odzyskuje się sól z morskiej wody. Możemy tylko przyklasnąć: wszelka działalność człowieka, która naruszałaby ekosystem — oprócz ściśle kontrolowanych gospodarstw rybnych, hodowli mięczaków i warzelni soli — jest w rezerwatach przyrody zabroniona.

Jedziemy dalej. Wciąż po tej czerwonej, usłanej białymi kamieniami glebie. Jest bardzo żyzna — drzewa świętojańskie to jedno z bogactw tej ziemi. Ich owoce dodaje się do jedzenia dla niemowląt, lekarstw i kosmetyków. Ale Eric zatrzymuje auto dopiero przed potężnym, poskręcanym dębem korkowym. Bo to korek jest dla Portugalii prawdziwym darem niebios.

— Ten kraj kontroluje 70-80 proc. światowego rynku korka. Rząd chroni dęby, inaczej ludzie by je wycinali — dochód z jednego drzewa pozwala utrzymać rodzinę przez lata! Korę ściąga się kawałkami, by nie zniszczyć surowca — odkorowany dąb odtwarza korek aż osiem lat. Choć dla drzewa żyjącego pół tysiąclecia to mgnienie... Z najgorszego, trzeciego gatunku kory, wyrabia się tablice, wkładki do butów, podłogi. Drugi gatunek służy do produkcji korków do butelek. A z najlepszego powstają wyłącznie korki do szampana — podkreśla Eric.

Cenne są nawet żołędzie korkowych dębów — to przysmak miejscowych świń. Ponoć pasą się w cieniu tych drzew. Ale widzimy tylko ładne, kremowe krowy — trochę inne od naszych — u podnóża Castro Marim, ruin XII-wiecznego zamku Maurów. Był ważnym ogniwem w systemie fortyfikacji broniących wybrzeża — tu, w razie zagrożenia, chroniła się okoliczna ludność. Teraz podziwia się z niego widoki, choć w sierpniu ożywa. Odbywa się wówczas średniowieczny festyn — piwo leje się strumieniami, a rycerze walczą.

Przepędzić duchy

Ciche wioski przycupnęły na zboczach wzgórz, wśród lasów sosnowych, gajów pomarańczowych, oliwnych, migdałowych... Wpadamy do osady Muteira de Baixo. Białe ściany domostw oślepiają — trudno uwierzyć, że do bielenia używa się tej czerwonej ziemi! Okna i drzwi obramowane kafelkami azulejos mienią się barwami — kolory odstraszają złe duchy. Z dachów pokrytych brązową dachówką sterczą kominy w kształcie mauretańskich wieżyczek. Okrągłe piece chlebowe stawia się na zewnątrz, by latem nie nagrzewały mieszkań.

— Bom dia, amigo! — rzuca Eric idącemu poboczem staruszko- wi w białej koszuli, ciemnych spodniach i kaszkiecie na głowie. Przechodzień uśmiecha się i macha ręką.

— Nie mówię dobrze po portugalsku, ale ważne, że tutejsi ludzie mnie rozumieją. Żyję wśród nich od siedmiu lat — wyjaśnia Holender.

Prowadzi nas do signora Jose. Jednego z kilku starszych ludzi żyjących z wyplatania koszy. Do przechowywania ryb, warzyw, owoców. Staruszek ma bezwładną rękę, ale robota idzie sprawnie. Sam ścina trawy i wnosi je na wzgórze, gdzie ma dom. Jedna godzina — jeden kosz. Cena: 2-4 euro. Nie chcemy koszy, kupujemy suszone figi z jego ogródka i jedziemy dalej. Do Almada de Ouro. Znaczy: kopalnia złota.

— Rzymscy legioniści składowali tu cenny kruszec. Góry skarbów. Wioska świeciła z daleka, stąd jej nazwa — tłumaczy Eric.

Teraz po złocie nie ma śladu. W Almada de Ouro — jak w innych osadach interioru Algarve — spotyka się charakterystyczną zabudowę i ludzi: staruszków w tradycyjnych, ciemnych chustach i słomkowych kapeluszach. Młodzi, z braku perspektyw, wynieśli się do miast — w jedynej lokalnej fabryczce wyrabia się kozie sery. Ręcznie, według dawnych receptur. Spacerujemy po wąskich, kamienistych uliczkach, podziwiamy drzewka pomarańczowe w przydomowych ogródkach... Kosmaty osiołek pogryza trawę. Z ciekawością zerka na intruzów — tylko my zakłócamy spokój sennej mieściny.

— Wioskę zbudowano w czasach, gdy jedynym środkiem transportu były osły. Mało się zmieniła od tego czasu — nie ma tu sklepów, niewielu ludzi założyło telefony. Dobrze, że choć elektryczność mają... — mówi Eric.

Jeszcze tylko obiad — jedna z typowych dla regionu potraw: kawałki kurczaka w sosie piri-piri (ostrym, czosnkowo-paprykowym, z oliwą). Pora wracać do Monte Gordo.

Tysiąc kościołów

Sława plaż Algarve dawno przekroczyła granice Portugalii — da się tu znaleźć zarówno czerwone klify, głazy i groty, ukształtowane przez erozję w niezwykle formy, jak i płaski krajobraz z długimi plażami i piaszczystymi, przybrzeżnymi wysepkami (ilhas). Ile czasu można jednak spędzić na — choćby najpiękniejszej — plaży? Kontynuujemy więc penetrację Algarve — lokalizacja naszego kurortu aż o to prosi. Bo pobliskie miasteczko, Vila Real de Santo António to wschodni kraniec Algarve. I granica państwa — na drugim brzegu rzeki Guadiana leży andaluzyjskie miasto Ayamonte. Dostać się tam można przez wiszący most, zbudowany w latach 90. XX wieku (wcześniej kursowały tylko promy). Korzystają z niego mieszkańcy Santo António, miasteczka wzniesionego na geometrycznym planie, z dużym, obsadzonym drzewkami pomarańczy placem, pomnikiem króla Jose I i uliczkami krzyżującymi się pod kątem prostym. Zastanawiamy się — a może by tak przekroczyć ten most?

— Z Hiszpanami nie pogadalibyście po angielsku. To, że hiszpański stał się drugim językiem świata, zniechęca naszych sąsiadów do nauki języków obcych. No i nie mają do tego talentu... — śmieje się Ricardo Afonso z Biura Promocji Turystycznej Algarve.

Ruszamy więc na zachód. Widoki wspaniałe — od pobliskiego Cacela Velha do Faro, stolicy regionu — rozlewiska, wysepki, mokradła rezerwatu Ria Formosa, utworzonego na 60-km pasie wybrzeża. To jedno z najważniejszych w Europie lęgowisk wodnych ptaków: flamingów, modrzyków, czapli złotawych i purpurowych... W takim otoczeniu leży perła Algarve — Tavira szczycąca się tysiącem kościołów, choć naprawdę jest ich 25. Miasteczko uważane jest za najpiękniejsze w regionie. Wąskie uliczki, drzwi z drewnianych deseczek zapewniające naturalną wentylację i czterospadowe dachy, zwane „dachami czterech wód”, to tradycyjne elementy lokalnego budownictwa. Urokliwa Tavira zajmuje oba brzegi rzeki Gilao, spięte dwoma mostami, z których jeden pochodzi z czasów rzymskich. Latem, za 1,5 euro, można wynająć łódź: przewiezie plażowiczów na atlantycką wyspę Ilha de Tavira — mekkę windsurferów.

Golf!

Z turystów żyje także pobliskie Olhao — z kwadratowymi domami o płaskich dachach i mauretańskich tarasach. Lokalną atrakcją jest katedra z XVII wieku i hale targowe z czerwonej cegły, zwieńczone żelaznymi kopułami. Stąd już blisko do Faro — stolicy prowincji założonej przez Maurów. Miasto szczyci się m.in. średniowiecznymi fortyfikacjami i romańsko-gotycką katedrą Nossa Senhora na placu Largo da Se o ukośnych bokach. Faro to serce regionu — tu znajduje się międzynarodowe lotnisko i stąd najłatwiej dotrzeć do licznych, nadmorskich kurortów. Jak na mój gust — za gwarno tu, za tłoczno...

Podobnie jak w Vilamoura — kurorcie z okazałą mariną, z której pochodzą owoce morza podawane w restauracjach okalających ten jachtowy port. W lecie, by zwiedzić marinę, przeciskać się trzeba w tłumie. Komu to nie w smak, niech się schroni w muzeum archeologicznym Cerro da Vila (wstęp 2 euro). Tę willę z czasów rzymskich odkopano w 1973 r. Ciekawi życia w Imperium nie zawiodą się — są tu świetnie zachowane mozaiki, naczynia kuchenne, lampki oliwne, biżuteria, a nawet ówczesne narzędzia lekarskie z brązu i fragmenty nagrobnych inskrypcji. Ale nie to jest główną atrakcją Vilamoury...

— Z 1 mln turystów odwiedzających co roku kurort, 362 tys. to golfiści. Mamy tu 5 pól golfowych! Najsłynniejszy klub — Pinhal Velho — zbudowano z materiałów ekologicznych. Na przykład do zrobienia schodów użyto podkładów kolejowych, a fotele i żaluzje upleciono ze słomy — zapewnia Celia Paias z Biura Promocji Turystycznej Villamoury.

Po obejrzeniu obsadzonego piniami pola golfowego ruszamy dalej na zachód. Tuż za Vilamourą zaczynają się klify. I leżą najstarsze kurorty regionu: Portimao i Praia da Rocha — plaża skały. Nazwa oczywista — z płycizny przy rozległej plaży wyrastają imponujące, urwiste głazy. Specjalnie zbudowano taras — Fortaleza da Santa Caterina — by można je było w skupieniu podziwiać. Zachód słońca nad klifami Praia da Rocha to niemal metafizyczne przeżycie...

Dla zdrowia i urody

W Portimao warto odbić od wybrzeża. Niedaleko, w głębi lądu, kryje się Silves — miasto, które tak rozkwitło pod panowaniem Maurów, że przewyższyło splendorem Lizbonę. Niestety, XII-wieczni krzyżowcy łupieżcy sprowokowali jego upadek. O dawnej świetności przypomina obronna twierdza z XI wieku — Castelo de Silves (wstęp 1,25 euro). W lecie na zamku odbywają się laserowe pokazy światło-dźwięk. A do podnóża twierdzy przytuliła się dawna fabryka korka (obecnie muzeum). Fabrica do Inglés, założona w 1894 r. przez wspólników: Anglika, Katalończyka i Portugalczyka. W muzeum, które w 2001 r. zdobyło europejską nagrodę Muzeum Roku, wystawiono archaiczne maszyny do obróbki kory korkowej (podobne wciąż są używane na północy kraju). Można też się przyjrzeć demonstracji XIX-wiecznego procesu produkcji korków do butelek.

Portimao to dobra baza wypadowa — blisko stąd również do uzdrowiska Caldas de Monchique (18 km), słynącego już w czasach rzymskich z leczniczego działania gorących źródeł. Pija się tu wodę mineralną, bierze kąpiele i zabiegi leczące m.in. układ oddechowy. Można też zafundować sobie kurację typu wellness. Uzdrowisko jest pięknie położone w zalesionym, wulkanicznym paśmie górskim — stąd temperatura o 1-2 stopnie niższa niż na wybrzeżu.

Kogo nie stać na zatrzymanie się w jednym z zabytkowych hoteli Caldas de Monchique (pałace z XV-XIX wieku, 46-90 euro za dobę) i tak powinien tu przyjechać — dla podziwiania widoków. Lasy sosnowe, drzewa eukaliptusowe, dęby korkowe, sady owocowe i piękna panorama Algarve. A szczęśliwcowi może przebiec drogę stado dzikich kóz...

Warto było ruszyć się z plaży. Podczas kilku wypadów w głąb lądu odkryliśmy rezerwaty przyrody, senne mieściny, wyludnione wioski... I arabskie ślady — w ruinach średniowiecznych zamków, kominach o mauretańskiej ornamentyce, nazwach geograficznych. Choćby samo Algarve — to od arabskiego „Al-garb”, zachód. Tak Maurowie, władający tymi ziemiami przez 500 lat (do 1292 r.), nazwali najbardziej na zachód wysunięty skrawek swego imperium... Portugalczykom udało się coś wielkiego. Choć do Algarve jeździ się po słońce — świeci tu ponoć przez 360 dni w roku — ocalili, mimo masowej turystyki, dziewicze rejony interioru.