Dywidenda skusiła ministerstwo skarbu

Adam Sofuł
opublikowano: 2006-07-13 00:00

Skarb państwa zdecydował, że PZU powinien przeznaczyć na dywidendę 50 proc. swojego ubiegłorocznego zysku. Nie byłoby w tej decyzji nic dziwnego, gdyby nie towarzysząca jej otoczka. Po przeczytaniu komunikatu ministerstwa można by dojść do wniosku, że skarb wyciąga rękę po przypadające mu z tego tytułu 745 mln zł ze wstydem i zażenowaniem.

W komunikacie resortu możemy przeczytać pełne wyrzutu słowa, że mniejszościowy akcjonariusz PZU użyje swojej części dywidendy do atakowania polskiego rządu, czyli czarnego PR, lobbingu i innych niecnych poczynań. Skąd emocjonalny ton komunikatu? Ano stąd, że zdaniem wpływowych posłów Prawa i Sprawiedliwości, z którymi minister skarbu musi się liczyć, Eureko nie powinno dostać z PZU ani grosza, a najlepiej, gdyby w ogóle zniknęło z tej firmy. Dlaczego więc dostało? Bo resort skarbu desperacko potrzebuje pieniędzy — po zahamowaniu prywatyzacji dywidendy od spółek skarbu państwa to praktycznie jedyne źródło przychodów tego resortu. A 745 mln zł, jakie wpłynie do budżetu tytułem dywidendy od PZU, piechotą nie chodzi.

To optymistyczny wątek tej historii — bo resort mając do wyboru dopieczenie Eureko (cenne z politycznego punktu widzenia) i żywą gotówkę, wybrał to drugie. Można to potraktować jako początek tryumfu idei Adama Smitha w resorcie skarbu i zwycięstwo ekonomii nad polityką. Jest jednak i wątek pesymistyczny — w trakcie sporów o porządek obrad walnego zgromadzenia akcjonariuszy przedstawicielka resortu skarbu ucięła dyskusję stwierdzeniem, że PZU nie jest spółką publiczną, więc nie obowiązują w niej zasady dobrych praktyk. Aż strach pomyśleć, że to może być wytłumaczenie przedłużającego się sporu o PZU. Czyżby chodziło o to, by te zasady nie obowiązywały jak najdłużej?