Efekt motyla w gospodarce? Nie działa

Małgorzata Grzegorczyk
opublikowano: 2009-08-06 00:00

Nasi koledzy z Litwy, Łotwy i Estonii nie zgadzają się z "Financial Times", że ich gospodarki zaszkodzą UE.

Zobacz, jak kryzys w krajach nadbałtyckich wygląda od środka. Strach ma wielkie oczy...

Nasi koledzy z Litwy, Łotwy i Estonii nie zgadzają się z "Financial Times", że ich gospodarki zaszkodzą UE.

Podobno trzepot skrzydeł motyla w jednej części świata może spowodować trzęsienie ziemi w innej. W "Financial Times" znalazł się artykuł o burzy gospodarczej wiszącej nad krajami bałtyckimi, która może zagrozić ożywieniu w innych państwach UE. Chociaż region jest niewielki, rosnący kryzys nie powinien być tylko lokalnym kłopotem dla osób z zewnątrz. Załamanie gospodarcze w krajach nadbałtyckich szokuje. Gospodarka Litwy skurczyła się w drugim kwartale o 22,4 proc., a Łotwa i Estonia pewnie zanotują podobne spadki. Z tezami autora nie zgadzają się przedstawiciele czołowych dzienników gospodarczych z Litwy, Łotwy i Estonii (patrz tekst obok) ani polscy analitycy.

— Nie wierzę, by kłopoty państw nadbałtyckich były bardzo silnym obciążeniem dla innych gospodarek europejskich. Gospodarki Litwy, Łotwy i Estonii będą wprawdzie wymagały pomocy finansowej, ale zrzuci się na to nie tylko Europa, lecz także instytucje ponadnarodowe, jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy — uważa Jacek Wiśniewski, główny ekonomista Raiffeisen Banku.

Mały kraj, mały problem

Efekt motyla sprawdza się raczej w prognozach pogody, nie w gospodarce.

— Pamiętajmy, że te trzy gospodarki są niewielkie. To kolejny powód, dla którego ich kłopoty nie będą problemem dla Europy, podobnie jak nie były nim też tarapaty systemu bankowego Islandii — podkreśla Jacek Wiśniewski.

— Powiedzmy, że PKB w naszych krajach urośnie lub spadnie o 20 proc. Założę się, że wpłynie to na wzrost gospodarczy w Europie o mniej niż 0,1 proc. Nawet gdyby inflacja skoczyła o 100 proc., niemożliwe, żeby inflacja w strefie euro wzrosła przez to chociaż o 0,1 proc. — dodaje Romet Kreek z Aripaev, odpowiednika "PB" w Estonii.

Byle do euro

Jego zdaniem, kłopot polega na tym, że gdy inne kraje starają się ożywić gospodarkę, tnąc podatki i gwarantując pakiety rządowe stymulujące biznes, rządy krajów nadbałtyckich podnoszą podatki i tną wydatki.

— Głównym celem jest szybkie przyjęcie euro. Ale czy to ma sens: mieć euro, ale nie mieć gospodarki? Jak wyjdziemy z tego dołka? Banki muszą znów zacząć pożyczać, musi być więcej transakcji na rynku nieruchomości. Mamy nadzieję na szybkie ożywienie , ale nie dość że sparaliżowani są ludzie, to szefowie i właściciele firm się boją. Ludzie muszą zmienić sposób myślenia, mieć bardziej pozytywne nastawienie. Najprawdopodobniej pozostaniemy sparaliżowani, dopóki nasze główne kraje eksportowe nie zaczną rosnąć — uważa Romet Kreek.

Na razie eksport spada, m.in. dlatego, że waluty Polski, Szwecji, Wielkiej Brytanii i Rosji sporo straciły.

Co dalej

Zdaniem Jacka Wiśniewskiego, największym problemem jest postrzeganie inwestorów, którzy mogą powstrzymywać się z kierowaniem do krajów nadbałtyckich kapitału.

— Istotne jest też, kiedy państwom nadbałtyckim uda się powstrzymać kryzys — na jakim poziomie szkód zakończy się to dla systemu bankowego. Gdyby zagrożona była jego wypłacalność, straty musiałyby pokryć banki skandynawskie. A wtedy to Skandynawia miałaby problem z ożywieniem, a ta gospodarka znaczenie dla Europy ma dużo większe — uważa ekonomista Raiffeisen Banku.

Ale nawet i tu może się okazać, że strach ma wielkie oczy, bo skandynawskie instytucje finansowe mogą liczyć na pomoc banków centralnych.

Nie taki diabeł straszny, jak go malują

Nie zgodziłbym się z twierdzeniem, że gospodarcze problemy w regionie nadbałtyckim mogą się rozprzestrzenić i spowodować nowe problemy w Europie. Po pierwsze, trzy gospodarki nadbałtyckie są dużo mniejsze niż cała gospodarka Unii Europejskiej. Z geopolitycznego punktu widzenia, to sama Unia Europejska powinna określić, jak bardzo martwi się kłopotami swoich członków graniczących z Rosją i Białorusią.

Obecna sytuacja gospodarcza na Litwie nie jest dobra, lecz z drugiej strony, nie jest beznadziejna. Na wrażenia dziennikarza "FT" mogła mieć wpływ kiepska pogoda podczas jego pobytu na Litwie i Łotwie…

Na pewno odczuwamy napięcie społeczne. Ludzie jednak zdają sobie sprawę, że muszą ciąć wydatki w obliczu światowego kryzysu gospodarczego. Dlatego nie panują takie nastroje, żeby doszło do masowych protestów. Co więcej, ludzie żyją normalnie — chociaż wydają mniej, nadal jadają w restauracjach, chodzą do kina i teatru, wyjeżdżają na wakacje w kraju i za granicę.

Litewskie firmy przetrwały pierwszą falę szoku w związku ze spadającym zyskiem, zwolnieniami i reorganizacją. Ich największe zmartwienie to obecnie zbliżające się zamknięcie elektrowni atomowej Ignalina, które oznacza wzrost cen elektryczności — a nikt nie wie, jak duży ten wzrost będzie. Banki niechętnie udzielają pożyczek, lecz nie jest to związane wyłącznie kiepskimi perspektywami litewskich firm, ale także ogólną sytuacją sektora bankowego.

Ramunas Terleckas

zastępca redaktora naczelnego Verso Zinios, odpowiednika "PB" na Litwie

Nie dziwi mnie, że Unia Europejska powinna się martwić naszymi kłopotami, bo to z UE pochodzi większość pieniędzy, które mają wesprzeć nasze gospodarki. Płyniemy tą samą łódką. Ale chociaż dane makro nie są dobre, to nasza sytuacja przedstawiana jest za granicą w zbyt czarnych barwach. Dawniej byliśmy bałtyckimi tygrysami, teraz uważa się nas za bałtyckich maruderów.

Wiele inwestycji w nieruchomości po prostu stanęło. W restauracjach jest mniej ludzi, ale nie są one puste. Pozytywna strona jest taka, że bardziej dba się o klienta. Dawniej chodziło tylko o zwiększanie zysku. Dziś trzeba walczyć o klienta. Z punktu widzenia zwyczajnych ludzi, jest lepiej: ceny spadają, są promocje itd.

Dla przedsiębiorców najgorsza jest niepewność dotycząca podatków. Rząd rozważa podniesienie obecnych i wprowadzenie nowych, o ile nie znajdzie oszczędności. Okaże się to jesienią. Być może bardziej będzie się opłacało otworzyć firmę za granicą.

Eksporterzy, zresztą nie tylko z Łotwy, ale i Litwy, mają problemy ze względu na spadek kursów walut u naszych sąsiadów, w tym w Polsce.

Nie siedzimy jednak bezczynnie. Staramy się dostosować do nowych warunków. Wszyscy zastanawiają się, co zrobić. Wiele organizacji, w tym nasza gazeta, rozpoczęło akcje zbierania pomysłów dla rządu. Inna sprawa, czy rząd skorzysta z tych rad. Na pewno jednak firmy mogą współpracować przy eksporcie czy przetargach.

Dace Andersone

redaktor naczelna Dienas bizness, odpowiednika "PB" na Łotwie:

Bardzo zdziwił mnie artykuł w "FT". Sytuacja w krajach nadbałtyckich jest bez wątpienia zła, ale cała ta recesja to już trochę stara i nudna historia. Gwałtowny spadek PKB na Litwie w drugim kwartale był niespodziewany, jednak najbardziej zdziwieni są zagraniczni analitycy.

W Estonii ludzie powoli zaczynają dystansować się od złych wieści. Na ulicach jednak widać kryzys. Znajomy taksówkarz mówi, że poza starówką w Tallinie ludzie zniknęli. W godzinach szczytu nie ma większych korków, które były codziennością w dawnych dobrych dniach prosperity. Ludzie rzadziej jadają w restauracjach, powszechne jest zabieranie kanapek do pracy (to dla mnie osobiście też zupełnie nowe doświadczenie). Dotąd przeceny mieliśmy dwa razy w roku, lecz ten rok to jedna wielka niekończąca się wyprzedaż w centrach handlowych. Ludzie, którzy kilka lat temu kupili domy, boją się o kredyty hipoteczne.

Obecna sytuacja jest zła i bardzo prawdopodobne, że będzie jeszcze gorsza, chociaż mamy nadzieję na poprawę. Bezrobocie jest straszne. Rząd Estonii podniósł kilka podatków, najbardziej znaczący to wzrost VAT z 18 do 20 proc., zmiany trzeba było wprowadzić w ciągu czterech dni roboczych. W tym roku są wybory i rządowi łatwiej jest podnieść stawki podatkowe (co nie oznacza automatycznie, że wzrosną wpływy), niż ciąć emerytury i inne koszty. Rząd przez bardzo długi czas zaprzeczał, że są problemy z gospodarką czy budżetem. Potem zbyt długo zwlekał z wprowadzeniem cięć w budżecie.

Romet Kreek

analityk i redaktor działu rynków finansowych w Aripaev, odpowiedniku "PB" w Estonii

Małgorzata Grzegorczyk