Niedowierzająca sondażom klasa polityczna podnieca się i łapczywie rzuca na każde realne głosowanie. Oczywiście nie na jakieś uzupełniające, odbywające się niemal co tydzień w małych gminach, lecz nadające się do wykorzystania medialnego i dokonania jego projekcji na sytuację ogólnopolską.
Niedawnym przykładem było upajanie się PiS zwycięstwem w senatorskiej dogrywce w Rybniku, którą zainteresował się zaledwie odprysk elektoratu. Teraz mamy kazus Elbląga, gdzie frekwencja była przyzwoita, ale przecież były to wybory miejskie.
Za dwa tygodnie prezydentem zostanie zapewne człowiek PiS, ale w nowej radzie już tworzy się obca mu koalicja, co nie wróży dobrze pracy awaryjnie wybranego samorządu w ciągu roku do końca kadencji. Sytuacja Elbląga w ogóle jest specyficzna, ponieważ źródłem zbiorowego przygnębienia jego mieszkańców, ich poczucia oszukania i zdołowania przez bezmyślnych polityków nie są wcale rządy konkretnej ekipy w ratuszu.
Piętnaście lat temu hanzeatycki Elbląg przeżył szok, gdy po reformie administracyjnej trafił nie do oczywistego województwa pomorskiego (Gdańsk), lecz został sztucznie wrzucony do warmińsko-mazurskiego (Olsztyn). Za tamten absurd sumienia do dzisiaj gryzą ówczesnych władców — premiera Jerzego Buzka oraz wicepremiera i szefa MSWiA Janusza Tomaszewskiego.
Dlatego dosyć zdumiewa kierunek partyjnych obietnic przed dogrywką w wyborach prezydenta. PiS roztacza przede wszystkim wizje horrendalnie drogiego przekopania Mierzei Wiślanej, co właściwie byłoby… powrotem do czasów świetności Elbląga — przejścia morskie zamuliły się i scaliły jakieś pięć wieków temu. Niezrównanie tańsze, prostsze i dzisiaj bardziej nośne społecznie byłoby wyrwanie wreszcie portowego miasta spod narzuconej kurateli Olsztyna…