Wirtualny handel rośnie w siłę. Cyberprzestępcy i naciągacze również. Jak się przed nimi chronić?
Handel elektroniczny przestał być dzikim zachodem — taką tezę obwieścił wczoraj Łukasz Wroński z departamentu polityki konsumenckiej Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK). Nie znaczy to, że jest różowo. Brak pełnych informacji o firmie, produktach i kosztach zakupów, a zwłaszcza ukrywanie możliwości odstąpienia przez konsumenta w ciągu dziesięciu dni od umowy — to główne, zdaniem UOKiK, grzechy elektronicznych przedsiębiorców.
— 52 proc. internautów robi zakupy przez internet. W 2002 r. obroty sklepów elektronicznych wyniosły 150 mln zł, dziś osiągają ponad miliard. Ale zakupy w sieci rodzą niebezpieczeństwa. Przedsiębiorcy naruszają prawo, nie podając pełnych informacji o firmie, produktach, kosztach i o możliwości odstąpienia od umowy — mówi Cezary Banasiński, prezes UOKiK.
Ryzyko czai się także podczas aukcji internetowych. W Polsce mamy ich 4 mln użytkowników. Brak bezpośredniego kontaktu kontrahentów może sprzyjać oszustwu lub naruszeniu praw konsumenta.
— Oszuści na aukcjach internetowych coraz częściej działają w zorganizowanych grupach. W ubiegłym roku dostaliśmy ponad 1,7 tys. zgłoszeń w sprawie oszustw na aukcjach internetowych. W ponad 80 proc. przypadków wykryliśmy sprawców — chwali się komisarz Zbigniew Urbański z Komendy Głównej Policji.
— Zanim weźmiemy udział w aukcji, warto zminimalizować ryzyko ekonomiczne. Wystarczy sprawdzić komentarze innych internautów o sprzedawcy i długość jego działania — radzi Michał Herde z Federacji Konsumentów.
Co na to aukcje? Twierdzą, że nie są stroną pomiędzy sprzedawcą a konsumentem.
— My dajemy tylko platformę do zawierania transakcji. Odpowiedzialność za nieścisłości w transakcji spada na sprzedawcę i wszelkie pytania od internautów kierujemy właśnie do niego. Po prostu trzeba uważnie czytać i oglądać zdjęcia towarów, żeby uniknąć nieporozumień — mówi Artur Brzęczkowski z platformy handlowej Allegro.pl.