Estońscy obywatele wiążą duże nadzieje z wprowadzeniem od początku przyszłego roku euro. Z ekonomicznego punktu widzenia ten optymizm wydaje się słuszny. Estonia i tak nie ma płynnego kursu walutowego, a więc nie ma tu żadnej zmiany. W odróżnieniu od Polski, nie traci własnej polityki pieniężnej, nie traci naturalnego amortyzatora, jakim jest płynny kurs. Zyskuje natomiast wspólną walutę, którą będzie dzielić z głównymi partnerami handlowymi. Dla małej, otwartej na zagraniczne rynki gospodarki to duży plus.

Ewentualne problemy mogą dotyczyć jedynie kursu wymiany. Wydaje się jednak, że przyjęty zostanie obecny parytet, czyli 15,65 EEK za EUR. To jest korzystny poziom dla konkurencyjności estońskiej gospodarki, pozwala producentom aktywnie uczestniczyć w zagranicznych rynkach. Takiego kursu wymiany chcą estońskie władze i wszystko wskazuje na to, że Europejski Bank Centralny się na to zgodzi.
Nie oznacza to jednak, że unijna waluta rozwiąże wszystkie problemy Estonii. Gospodarka nadal boryka się z rekordowo wysokim bezrobociem (prawie 20 proc.) i słabą konsumpcją. Minie wiele lat, zanim wzrost gospodarczy powróci do poziomów sprzed kryzysu (przypomnijmy: Estonia rozwijała się w tempie 7-10 proc. rocznie). Bezrobocie również nie wydaje się chwilowym problemem, bo na rynku występuje bardzo mały popyt na pracę. Estończycy będą zmagać się z tym problemem przynajmniej przez 4-5 lat.