Euro to unijna zaległość Polski

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2014-04-30 00:00

Dziesięć lat temu, 30 kwietnia 2004 r. cała Warszawa klęła z powodu zamknięcia dla ruchu kołowego i pieszego centrum miasta — w celu zapewnienia spokoju odbywającej się w… namiocie przy hotelu Victoria regionalnej mutacji Światowego Forum Ekonomicznego z Davos.

Wcześniej i później stolica gościła niezrównanie liczniejsze i cięższe gatunkowo wizyty VIP-ów, z papieżami i prezydentami USA, ale wtedy władza wyśrubowała rekord głupoty. Na szczęście wieczorem bariery zniknęły i o północy z 30 kwietnia na 1 maja rzesza zgromadzona na placu Piłsudskiego mogła przeżyć autentyczną radość w nowej rzeczywistości. O godzinie 00:00:00 komputer Polskiej Agencji Prasowej wysłał pilną depeszę: „Polska w Unii Europejskiej”. Ale na placu z powodu gadulstwa polityków się do UE spóźniliśmy i flaga poszła na maszt trzy minuty po północy…

Wtedy zastanawiałem się, czy ów symboliczny poślizg nie przerodzi się w jakieś fatum. Z perspektywy dekady w UE wypada odetchnąć, że na szczęście tak się nie stało. Nadzieje Polaków koncentrowały się nie wokół unijnych frazesów, lecz trzech konkretów: swobody podróżowania; swobody gospodarowania i pracowania; napływu ze wspólnotowej kasy pieniędzy na nadrabianie naszego cywilizacyjnego zapóźnienia. I wszystkie trzy cele się spełniły, w kwestii swobody jeżdżenia i pracowania na wymarzonym Zachodzie nawet ponad miarę. Dla trzymających się kraju najważniejsze okazały się zaś przepływy finansowe i inwestycje, których wielkość i znaczenie potwierdzają dane w materiale obok.

Z dziesiątki wstępującej do UE 1 maja 2004 r. Polska była państwem zdecydowanie największym. Z tego powodu stanowiliśmy problem, po latach komisarz ds. rozszerzenia Günter Verheugen ujawnia, że istniały nawet pomysły, aby pilotażowo przyjąć najpierw tylko maluchy — Słowenię, Maltę czy, powiedzmy, Estonię… Na szczęście zwyciężył europejski rozsądek. Dzisiaj Polska pozycjonuje się na dziekana korpusu członków UE z naszego regionu, czyli Grupy Wyszehradzkiej, poradzieckich republik bałtyckich oraz państw bałkańskich. Taka mocarstwowa mrzonka ma jeden, ale generalny, problem — euro. Utrzymywanie narodowej waluty okazywało się i przejściowo nadal okazuje korzystne gospodarczo, ale docelowo oznacza nieubłagane spychanie Polski do rezerwatu. To proces obiektywny, którego skutki będą coraz bardziej widoczne. Może przesadą jest znana w Brukseli teoria, że do UE w ogóle powinny być przyjmowane tylko państwa spełniające kryteria z Maastricht i od razu przyjmujące euro. Przy takim warunku do tej pory UE byłaby dla nas niedostępnym cukierkiem za szybą. Ale z drugiej strony — traktat akcesyjny zatwierdzony w referendum zobowiązuje Polskę do przyjęcia euro. Niechby udało się to spełnić w ciągu kolejnej dekady…