Inwestorzy finansowi przycisnęli spółkę. A bez nich oferty publicznej w praktyce nie da się domknąć.
Mysłowicki Eurofaktor, zajmujący się faktoringiem, ustalił cenę emisyjną dla 2 mln nowych akcji na 18 zł, czyli na dolnej granicy ustalonych widełek (18-23 zł).
— Inwestorzy finansowi nas przycisnęli. Musieliśmy się zgodzić na taki poziom, bo bez funduszy nie da się przeprowadzić emisji — mówi Mirosław Nowicki, wiceprezes Eurofaktora.
Na wycenie spółki negatywnie odbił się tłok, jaki obecnie panuje na rynku pierwotnym.
— To sprawia, że fundusze coraz bardziej konserwatywnie patrzą na nowe firmy — dodaje Mirosław Nowicki.
Eurofaktora wycenili głównie na podstawie jednego wskaźnika: zwrotu na kapitale (ROE). A że spółka w latach 2001-02 mocno podwyższała kapitały, nie wygląda on obecnie zbyt imponująco. Znacznie lepiej ma być po emisji, kiedy będzie można skorzystać z większej dźwigni finansowej.
Dzięki przyjęciu warunków postawionych przez fundusze wszystko wskazuje na to, że emisja spółki się powiedzie. Tym bardziej że wśród inwestorów indywidualnych cieszyła się większym zaufaniem. W tej grupie proponowano też wyższe ceny, dlatego Eurofaktor rozważa możliwość przesunięcia części walorów do transzy detalicznej.
Niższa cena akcji oznacza mniejsze wpływy z emisji. Mysłowicka firma liczyła, że uzyska 50 mln zł, ale będzie to tylko 36 mln zł minus koszty. Te pieniądze pójdą na podstawową działalność, pozwolą skupować więcej faktur i pożyczać więcej pieniędzy w bankach. Jednak mimo skromniejszych wpływów spółka może podtrzymać przyszłoroczną prognozę 8 mln zł zysku. To efekt kilku czynników. Przede wszystkim szacunki zostały przygotowane z pewną rezerwą. Poza tym dzięki wejściu na giełdę Eurofaktor zwiększył swój prestiż na rynku bankowym i może się teraz starać o tańsze kredyty.