Europejska inicjacja

Jacek Zalewski
opublikowano: 31-08-2006, 00:00

Największą wartością wczorajszej wizyty premiera Jarosława Kaczyńskiego w Brukseli była okoliczność, że... się odbyła, albowiem zniosła fatum wiszące nad polską dyplomacją. Przypomnijmy, że 3 lipca wyjazd prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Weimaru, a 7 lipca premiera Kazimierza Marcinkiewicza do Chorwacji zostały odwołane w ostatniej chwili i zanosiło się na to, że przywódcy IV RP przed następnymi wizytami będą musieli... wpłacać wadium. Tym razem zostały skreślone jedynie niektóre spotkania, ale zastąpiły je inne. O atmosferze pewnej sensacyjności wokół pierwszej zagranicznej podróży nowego premiera świadczyła liczba dziennikarzy — i tych na miejscu, i aż 34 lecących z Warszawy. Jako balast w Tupolewie-154M lepiej wyważyliśmy maszynę, dzięki czemu szef rządu podróżował mniej zestresowany.

Podwójna stołeczność Brukseli przypomina relacje między Rzymem a Watykanem. Jarosław Kaczyński odwiedził zarówno „państewko” Unii Europejskiej przy rondzie Schumana, jak i Królestwo Belgii. W kolejno zaliczanych gmachach unijnych przyjęli go sami najważniejsi —w Komisji Europejskiej przewodniczący José Manuel Barroso, w Radzie UE szef polityki zagranicznej i bezpieczeństwa Javier Solana, a w siedzibie Parlamentu Europejskiego przewodniczący Josep Borrell. Gospodarzem wizyty w królestwie był premier Guy Verhof-stadt, w naszej ambasadzie zaś (tej w Belgii, a nie przy Unii) szef placówki Iwo Byczewski.

Jaka może być efektywność tak napiętego czasowo pobytu? Wypowiedzi polityków wręcz ociekały doniosłością rozmów, jednak po odcedzeniu dyplomatycznej kurtuazji zostawało niewiele konkretów. Głównym celem Jarosława Kaczyńskiego było — oprócz poznania najważniejszych ludzi UE — podkreślanie, że Polska nadal pragnie być silnym i aktywnym członkiem Wspólnoty, ze wskazaniem na siłę. Faktycznie, razem z Hiszpanią stanowimy parę lokującą się tuż za wielką czwórką (Niemcy, Francja, Wielka Brytania i Włochy), ale tylko pod względem liczby ludności oraz powierzchni. Cywilizacyjne wskaźniki sytuują Polskę na szarym końcu państw członkowskich UE. Brukselska centrala doskonale o tym wie, dlatego mrzonki o zajmowaniu przez nas pozycji rozgrywającego mocarza traktuje z pobłażliwością.

Szefowie unijnych instytucji marzyliby o ratyfikowaniu przez Polskę traktatu ustanawiającego Konstytucję dla Europy czy o podaniu konkretnej daty przystąpienia do strefy euro — ale tego się od Jarosława Kaczyńskiego (i od Lecha oczywiście też) nie doczekali i nie doczekają. Bracia marzyliby o potępieniu przez UE zamiaru poprowadzenia rury gazowej z Rosji do Niemiec pod Bałtykiem, naruszającej bezpieczeństwo energetyczne Polski — ale tego się nie doczekali i nie doczekają. Podobnie jak na przykład złagodzenia stanowiska Komisji Europejskiej w sprawie wsparcia finansowego dla naszych stoczni, udzielonego jeszcze przez poprzedni rząd.

W sumie wizyta premiera IV RP była rozpoznaniem sytuacji w mateczniku UE — i na odwrót. Jarosław Kaczyński trochę przełamał nieufność wobec Brukseli — i na odwrót. Ale to przetarcie niewątpliwie mu się przyda, jako że 10 września czeka go kolejny etap unijnego wtajemniczenia — udział w euroazjatyckim szczycie ASEM 6 w Helsinkach, gdzie stawią się szefowie państw lub rządów wszystkich państw członkowskich.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu