Fabryka przyjemności Pana Jana

Michał Matys
opublikowano: 30-03-2012, 00:00

Wedel okazał się silniejszy od komunizmu. Teraz wybiera się z Japończykami na podbój Europy

W PRL wymyślono legendę, która uzasadniała, dlaczego fabryka Wedla dostała nazwę: Zakłady Przemysłu Cukierniczego im. 22 Lipca. Podobno po wyzwoleniu warszawskiej Pragi załoga Wedla, pod gradem niemieckich bomb, lecących z lewego brzegu Wisły, ręcznie robiła karmelki, by zawieźć je komunistom, którzy tworzyli Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego (PKWN). 22 lipca 1944 r. wydał on manifest, który zapowiadał komunizm w Polsce. Datę tę uznano za narodziny PRL. Czemu komuniści postanowili nadać imię najważniejszego dla PRL wydarzenia akurat fabryce czekolady? Może dlatego, że Wedel to jedna z najbardziej znanych polskich marek okresu międzywojennego. Na Zachodzie rozpoznawane były konstruowane u nas samoloty RWD i PZL, lokomotywy Cegielskiego oraz karmelki i czekoladki Wedla.

Wszystko się zaczęło od Karola Ernesta Heinricha Wedla, cukiernika z Berlina, który przyjechał do Warszawy. W 1851 r. założył sklep oraz „parową fabrykę czekolady” przy ul. Miodowej. Wymyślił recepturę na karmelki śmietankowe. W 1876 r. przekazał fabrykę w prezencie ślubnym synowi Emilowi. To właśnie kopia jego podpisu widnieje na tabliczkach wedlowskiej czekolady. A to dlatego, że stała się tak popularna, że zaczęto ją podrabiać.

Zabrali i spoliczkowali

Gdy fabryka się rozrosła, Emil Wedel przeniósł ją na ul. Szpitalną, na zaplecze reprezentacyjnej kamienicy, w której zamieszkała jego rodzina. Do dzisiaj na jej dachu pozostał znak firmowy: chłopiec na zebrze dźwigający tabliczki czekolady. W kamienicy wciąż działa pijalnia czekolady „Staroświecki Sklep”, która przetrwała dwie wojny i komunizm.

W „Staroświeckim Sklepie” bywali Henryk Sienkiewicz, Bolesław Prus oraz Zofia Nałkowska. „Na ladach wznosiły się stosy czekoladek i cukierków (…) wspaniałe, niezapomniane atłasowe bombonierki, które wydawały się największymi cudami sztuki (…) Pewnego razu zdobyłem się na odwagę i wyciągnąwszy rękę, pogłaskałem taką bombonierkę — wydawało mi się, że dotknąłem jakiejś tajemniczej skóry, że pogłaskałem rękę wróżki” — pisał Jarosław Iwaszkiewicz w swoich wspomnieniach z dzieciństwa.

Jan Wedel, syn Emila, kupił samolot RWD 13 rozwijający prędkość 210 km/godz. i zaczął nim dostarczać czekoladę do Paryża. Zrobił doktorat z chemii, ale okazał się mistrzem marketingu. Olgierd Budrewicz przytacza anegdotę o królu Afganistanu, który przyjechał do Polski. Król podróżował pociągiem i na każdej stacji widział reklamę fabryki. Nie wiedział, co oznacza, ale uznał, że to powitanie. Gdy wysiadł z pociągu, zawołał do witającej go delegacji: „ewedel!”. Za Jana Wedla fabryka stała się czekoladowym koncernem. Gdy ją przejmował w 1927 r., zatrudniała 200 osób. Tuż przed wybuchem II wojny światowej — blisko półtora tysiąca. Jan zadecydował o budowie nowego kompleksu fabrycznego wraz z miasteczkiem robotniczym przy ul. Zamoyskiego na warszawskiej Pradze. Były tam żłobki, przedszkola, scena teatralna, a nawet klub sportowy „Rywal”. Jan ufundował pomnik Ignacego Paderewskiego, sponsorował budowę Filharmonii Narodowej i kościoła katolickiego (sam był ewangelikiem).

Święto d. E. Wedla

Fabryka przetrwała wojnę bez większych zniszczeń. Jan próbował postawić ją na nogi. Ale komuniści uznali, że może być najwyżej „doradcą ds. organizacyjnych”. Według jednej z wersji, przyszło do niego dwóch mężczyzn w cywilnych ubraniach. Spoliczkowali go. Jan wyszedł i nigdy nie wrócił do fabryki. Zamieszkał w kamienicy przy ul. Szpitalnej. Często schodził do sklepu po 20 dekagramów karmelków z jego dawnej fabryki. Zmarł w 1960 r. Na jego pogrzebie grała orkiestra dęta z fabryki — na pożyczonych instrumentach, bo zabroniono jej użyć fabrycznych. Gdy w 1950 r. zmieniono nazwę fabryki, pojawił się kłopot. W Polsce ani na świecie nikt nie znał czekoladek ZPC im. 22 Lipca. Nową nazwę opatrzono dopiskiem „d. E. Wedel” (dawniej E. Wedel).

— Znalazł się ktoś, kto mądrze pomyślał, by zachować dawną nazwę. A może po prostu lubił nasze czekoladki. To zasługa tej osoby, że nasza marka przetrwała — uważa Paweł Szcześniak, obecny dyrektor zarządzający Wedla. Według niego, wiele innych upaństwowionych firm zakończyło życie wraz z PRL. Po kolejnych odwilżach politycznych na tabliczkach czekolady zmniejszał się napis „im. 22 Lipca”, a potężniał „d. E. Wedel”. Podwójna nazwa fabryki stała się obiektem dowcipów. 22 lipca był w PRL dniem wolnym od pracy. Stąd Polacy mawiali: „Mamy święto d. Wedla”

Fabrykę połączono z trzema innymi, które też zabrano właścicielom: wytwórnią słodyczy Syrena, fabryką krówek w Milanówku i piekarnią w Płońsku. „Życie Warszawy” z dumą informowało w 1963 r., że przedsiębiorstwo produkuje dziewięć razy więcej słodyczy niż przed wojną. Ale czekolady wciąż brakowało. Gospodarka komunistyczna była sterowana z góry. Władze planowały wszystko — łącznie z tym, ile tabliczek czekolady powinni zjeść Polacy. A ci, uparcie chcieli jej zjadać więcej, niż planowały władze. Hitem PRL-u stały się ścinki z „Torcików Wedlowskich”. Gdy sprzedawano je na kilogramy, ustawiała się długa kolejki.

— To bardzo dobre wafle, miały wielu amatorów. Dzisiaj ich nie sprzedajemy, ale nie dlatego, że są niedobre. Wykorzystujemy je jako składniki innych produktów — twierdzi dyrektor Szcześniak. Torciki z wafli, krem orzechowy i czekolady wymyślił Jan Wedel. Do dzisiaj są ręcznie dekorowane.

— Panie, które to robią, to artystki — mówi dyrektor Szcześniak.

W PRL torciki wysyłano na eksport. Dostawali je też dygnitarze, którzy przyjeżdżali do ZPC im. 22 Lipca: Edward Gierek, Fidel Castro, a nawet szach Mohammad Reza Pahlawi (zanim obaliła go rewolucja w Iranie). Szach nie zjadł torcika, bo ochroniarze sprawdzali, czy nie ma w nim bomby i go połamali. Ale podobno torcik i tak mu się spodobał.

Wyrób czekoladopodobny

Najsłynniejszy wyrób fabryki to mleczna pianka oblana czekoladą. Podobno, gdy w 1936 r. Jan Wedel zastanawiał się, jak ją nazwać, zadał pytanie: „Czego potrzeba do szczęścia człowiekowi, który już wszystko ma?”. Ktoś odparł: „Tylko ptasiego mleczka”. I ta nazwa pozostała. Tajemnicą receptury jest czekolada. Chodzi o to, by dała łatwo się odłupać od pianki, czyli białego nadzienia. Najwierniejsi fani obgryzają ją ze wszystkich stron, a na koniec zjadają nadzienie. Podobno kiedyś próbowano ulepszyć recepturę czekolady i w rezultacie nie dawało się jej odłupać. Ale w fabryce nikt tego nie pamięta.

— Niemożliwe! To byłby koszmar. To nasz kultowy wyrób — zapewnia Szcześniak.

Sam lubi obgryzać czekoladę, czasem tylko ze spodu zostawia, bo jak twierdzi, ta warstwa wymaga wiele finezji i czasu. W latach 50. partia komunistyczna zadecydowała, że ZPC im. 22 Lipca powinny podzielić się recepturą z „bratnimi fabrykami z ZSRR”. Dostała ją moskiewska fabryka Rot Front, która zaczęła produkcję „Pticzjego Mołoka”. Ale nie stało się konkurencją dla Wedla.

— To tanie produkty, dość przeciętnej jakości — tłumaczy Paweł Szcześniak. W latach 80. ZPC im. 22 lipca miały kłopot. Brakowało walut wymienialnych (złotego nie dało się na nic wymienić) na zakup ziarna oraz masła kakaowego — podstawowych komponentów do produkcji czekolady. Wymyślono wtedy wyroby czekoladopodobne.

— Nie są wcale gorsze od czekoladowych. Tłuszcze produkuje się z orzeszków shea, oleju palmowego, a więc z tłuszczów roślinnych nie gorszych od kakaowca — przekonywała w „Przekroju” Stefania Tuszyńska, główny technolog ZPC im. 22 Lipca.

A dyrektor naczelny Andrzej Karbowniczek w 1984 r. w „Życiu Warszawy” obwieścił, że „na świecie panuje teraz rewolucja w dziedzinie produkcji czekolady” oraz, że w RFN i Szwecji też tworzy się wyroby czekoladopodobne. Gazeta dodała od siebie, że są one „łatwiej strawne od prawdziwej czekolady”. Polacy nie uwierzyli. Ale kupowali, bo nic innego nie było. U kresu PRL, w grudniu 1987 r., tygodnik „Przekrój” postawił fundamentalne pytanie: czy będzie jeszcze czekolada? Stefania Tuszyńska zapewniała: „Będzie na pewno. Na kartki i nawet poza reglamentacją, trochę droższa, po 350 zł za tabliczkę”. Dziennikarz dopytywał: „Czekolada, czy czekoladopodobna?”.

— Prawdziwe czekolady, które zachowały się w pamięci naszych klientów: „Zamkowa” i „Belwederska”. Opakowanie będzie takie jak dawniej. Piękne, bordowe etykiety z wytłaczanymi napisami. Wytłaczają je Koreańczycy północni, płacimy im w złotówkach — usłyszał. Po upadku PRL okazało się, że wyroby czekoladopodobne mają fanów. Na internetowym portalu Allegro kolekcjonerzy dają ogłoszenia: Wyrób czekladopodobny „Popularna Śmietankowa” — trzy opakowania firmy ZPC 22 Lipca d. E. Wedel. Aktualna cena 3 zł. — Były produkty bardziej i mniej udane. Ale nie mamy czego się wstydzić — uważa dyrektor Szcześniak.

Kapelusz z Teksasu

Po upadku PRL fabryka powróciła do nazwy „E. Wedel” (początkowo z niewielkim dopiskiem „d. 22 Lipca”). Jej prywatyzacja oraz wejście na giełdę stały się symbolami powrotu kapitalizmu. W 1991 r. minister prywatyzacji Janusz Lewandowski sprzedał Wedla amerykańskiemu koncernowi Pepsi Co. „Gazeta Wyborcza” relacjonowała: „Każdy pracownik kwitował na liście imiennej odbiór papierowej torby z napisem Pepsi Co, długopisu firmowego i puszki pepsi. Prezes z Teksasu podarował prezesowi wedlowskiemu kowbojski kapelusz.

— Witamy w rodzinie — powiedział.” Ale prywatyzacja Wedla jest uważana za mocno kontrowersyjną. Dlatego, że zignorowano 10 spadkobierców Jana Wedla, a fabrykę sprzedano koncernowi Pepsi Co, którego nie interesowały czekolada ani słodycze. Spadkobiercy Wedla wygrali proces o prawo do posługiwania się jego nazwiskiem. Sąd Najwyższy odesłał sprawę do ponownego rozpatrzenia, ale Pepsi Co wolał zawrzeć z nimi ugodę i słono im zapłacić. Amerykanie zakupili Wedla wyłącznie dlatego, że potrzebowali jego sieci dystrybucyjnej, by wprowadzić na nasz rynek chipsy oraz chrupki. Gdy je wprowadzili, wybudowali ich fabrykę w Grodzisku Mazowieckim. Wedla pokawałkowali i pozbyli się z zyskiem. W 1991 r. za 40 proc. akcji Wedla zapłacili 25 mln dolarów. W 1998 r. za samą fabrykę czekolady na Pradze, przy której pozostała nazwa E. Wedel, wzięli 76,5 mln dolarów. Osobno sprzedali pozostałe filie (wśród nich fabrykę „Delicji”). Dyrektor Szcześniak o prywatyzacji z 1991 r. wypowiada się dyplomatycznie:

— Nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy Wedla, gdyby jej nie było. Oczywiście wolelibyśmy mieć te części firmy, które straciliśmy. Ale na to już nie mamy wpływu. Fabrykę czekolady odkupiła brytyjska firma Cadbury. Nikt nie przewidywał, że w 2010 r. sama stanie się ofiarą przejęcia. Wykupił ją Kraft Foods, gigant spożywczy z USA, który produkuje czekolady „Milka” oraz „Alpejskie Mleczko” — wyrób, który przypomina „Ptasie Mleczko”. Gdyby wraz z Cadbury przejął Wedla, powstałby w Polsce czekoladowy monopol. Tak uznała Komisja Europejska i postawiła warunek: jeśli Kraft chce przejąć Cadbury, musi pozbyć się Wedla.

Pawełek będzie na Euro

W 2010 r. Wedel po raz kolejny zmienił właściciela. Tym razem kupiła go japońsko- -koreańska Grupa Lotte. Ma siedzibę w Tokio i jest największym w Azji producentem gumy do żucia.

— Polska będzie pełnić dla nas funkcję centrum ekspansji na Europę — ogłosił Takayuki Tsukuda, dyrektor generalny Lotte.

— Bycie częścią globalnego koncernu bardzo pomaga — potwierdza dyrektor Szcześniak. Lotte kupił działkę w Świdnicy pod budowę nowej fabryki. A Wedel zaczął wydawać coraz więcej na reklamę słodyczy. Został narodowym sponsorem Euro 2012.

— „Pawełek” będzie oficjalnym batonem Euro — szczyci się dyrektor Szcześniak. „Pawełek” pochodzi z PRL-u. Wymyślono go w 1982 r., w czasach największego kryzysu. Przetrwał i skutecznie rywalizuje z „Marsem”, osławionym konkurentem z zagranicy. Wedel w Polsce wciąż wyprzedza konkurentów.

„Lubię Wedla” zadeklarowało ćwierć miliona internautów na Facebooku. Dyrektor Szcześniak komentuje: — Ludzie lubią nas, bo pamiętają Jana Wedla i to, że był dobrym człowiekiem. Produkował czekoladę, by sprawiać im przyjemność.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michał Matys

Polecane