Światowe giełdy są już tak mocno przecenione, że wystarczą nawet złe informacje z gospodarki, by im pomóc. Pod warunkiem, że będą ciut lepsze niż oczekiwał rynek. Tak było we wtorek, gdy najpierw Chiny, a potem Niemcy pokazały flautę w koniunkturze przemysłowej. I ucieszyli rynek.
Wzrostu w Europie i Azji przeniosły się za Atlantyk. Nie zaszkodziły im nawet nieco rozczarowujące dane z rynku nieruchomości, na którym spada sprzedaż nowych domów. Podobnie zareagowano na indeks aktywności biznesu w Richmond, który w sierpniu spadł do minus 10 punktów, najniżej od czerwca 2009 r. Rynek założył, że zaczyna być tak źle, że Ben Bernanke musi coś zrobić. Wszyscy czekają na piątkowe przemówienie szefa Fedu w Jackson Hole, gdzie spotkają się szefowie banków centralnych. Przed rokiem Bernanke ogłosił tam program QE2. Co powie teraz? Na razie tanieją amerykańskie 10-letnie obligacje, których rentowność wynosi już 2,16 proc.
Do nielicznych „spadkowiczów” ciągle należy Bank of America, najtańszy od roku. Jak poprawić sytuację banku pokazał szwajcarski UBS zwalniający 3500 pracowników. Efekt? 3 proc. zwyżki. Idealną receptę na kryzys znalazł też Apple. Ma zbudować tańszego smartfona iPhone 4. Rynek to docenił.
Tylko przez chwilę – w momencie trzęsienia ziemi, odczuwalnego także w USA – indeksy przerwały marsz w górę. Co ciekawe, w minucie po tym zjawisku odnotowano najwyższe obroty w ciągu całej sesji. Gracze o silnych nerwach mieli nosa – DJ skończył dzień na najwyższym we wtorek poziomie – 11 177 pkt.