Filozofia tworzenia budżetu
Minister finansów Marek Belka zapowiedział, że zmienia się filozofia tworzenia budżetu. Dotąd polegała ona na szacowaniu możliwych dochodów, dodawaniu do tego pewnej — czytaj nierealnej — wielkości deficytu i dopasowywaniu do tego wydatków. Metoda ta jednak zdaniem wicepremiera była zła. Dlatego teraz najpierw ustalane będą wydatki, później szacowane wpływy, a na końcu wyjdzie deficyt. I to jest metoda dobra w oczach profesora Belki.
Minister zakłada, że wydatki realnie z roku na rok będą rosły o 1 proc. To zaś oznacza, że rósł będzie stopień redystrybucji produktu krajowego brutto przez budżet. Rósł będzie także wpływ budżetu na popyt wewnętrzny. To zaś oznacza, że nie będziemy mieli do czynienia z zacieśnianiem polityki fiskalnej, a wręcz przeciwnie. A w związku z tym trudno liczyć, że poluzowana zostanie polityka pieniężna. Rada Polityki Pieniężnej wielokrotnie uzależniała bowiem zmianę swojego nastawienia od zmniejszenia udziału środków budżetowych w procesie kreowania popytu wewnętrznego. Wicepremier Marek Belka niczego takiego nie obiecuje.
Tu mamy problem. Rosnące wydatki będą potrzebowały rosnących wpływów. To prawda, że w średnim okresie wpływy mogą rosnąć wraz z oczekiwanym ożywieniem gospodarczym. Wzrost ten kiedyś się jednak skończy, kiedyś znów wróci stagnacja. Tylko że wtedy wydatki budżetu będą już realnie o kilka, a nominalnie nawet o kilkadziesiąt procent wyższe. I co wtedy? Jak sfinansujemy deficyt budżetu, skoro już dziś na obsługę zadłużenia państwa potrzeba emisji obligacji i bonów skarbowych na co najmniej 112 mld zł? Tego niestety filozofia Marka Belki nie tłumaczy.