Firma jest najważniejsza

  • Materiał partnera
opublikowano: 05-03-2019, 10:13

Rozmowa z Leszkiem Gierszewskim, założycielem i prezesem spółki DRUTEX S.A.

Nazwa DRUTEX od kilkunastu dni wszystkim kojarzy się z rodzinną awanturą i walką o władzę. Dotychczas nie wypowiadał się pan na ten temat, dlaczego teraz zmienił pan zdanie?

Moja córka i zięć oczekiwali od zawsze, że spieniężymy firmę i rozdzielimy pieniądze. Nigdy nie popierali moich planów rozbudowy - mówi Leszek Gierszewski, założyciel i prezes spółki DRUTEX S.A.
Zobacz więcej

Rozbieżne wizje:

Moja córka i zięć oczekiwali od zawsze, że spieniężymy firmę i rozdzielimy pieniądze. Nigdy nie popierali moich planów rozbudowy - mówi Leszek Gierszewski, założyciel i prezes spółki DRUTEX S.A.

Zaistniała sytuacja jest wyłącznie rodzinną sprawą wewnętrzną. Dlatego moją intencją było osiągnięcie porozumienia w gronie rodziny. Uważałem, że eskalowanie konfliktu i jego publiczne roztrząsanie nie służy wizerunkowi firmy oraz wprowadza obawy wśród naszych partnerów biznesowych. Jednak pomimo, że szkodzi to firmie, część mojej rodziny cały konflikt ciągle nagłaśnia w mediach, dlatego uznałem, że powinienem wyjaśnić sytuację. 

Z natury nie pcham się na pierwsze strony gazet, zawsze na pierwszym miejscu stawiałem dobro firmy. Skupiałem się na organizacji, produkcji i rozwoju biznesu. Teraz muszę jednak bronić dobrego imienia firmy i swojego, czując się odpowiedzialny za spółkę i wszystkich ludzi w niej pracujących.  To, co dzieje się w tej sprawie wpływa na losy nie tylko naszych pracowników, ale również ich rodzin.

Chodzi głównie o dobro pracowników i dalszy rozwój działalności?

To ludzie tworzą firmę. Dzięki wspólnemu zaufaniu i zaangażowaniu udało się zbudować tak duże przedsiębiorstwo. Zawsze powtarzałem, że mam szczęście do ludzi, że mam świetnych fachowców, ludzi kompetentnych i ambitnych.  Większość osób pełniących funkcje menedżerskie to nie są osoby z zewnątrz tylko pracownicy, którzy zdobywali doświadczenie i awansowali razem ze wzrostem firmy. Zawsze byłem zwolennikiem awansów oddolnych. Tak samo było z rodziną, którą stopniowo włączałem do biznesu. Córka z synem i bratankowie zaczynali przecież zawodowe życie właśnie w tej firmie.

 Coś jednak poszło nie tak?

W pewnym momencie okazało się, że mamy różne wizje rozwoju firmy. Moim głównym celem od zawsze była jej rozbudowa. Całą rodzinę ustawiłem i to na kilka pokoleń. Dlatego od lat nie biorę dywidendy ze spółki. Zyski z kolejnych lat przeznaczam na inwestycje. Rozbudowuję firmę, inwestuję w moce produkcyjne, nowoczesne zaplecze technologiczne, nowe produkty, ludzi. Jesteśmy dziś wiodącym producentem okien, drzwi i rolet w Europie, dzięki konsekwencji działania i jasnej strategii opartej na zdrowych fundamentach. 

I to było kością niezgody z moją córką czy zięciem. Oni oczekiwali od zawsze, że spieniężymy firmę i rozdzielimy pieniądze. Nigdy nie popierali moich planów rozbudowy, czy w momencie inwestycji we własne profile PVC czy budowy Europejskiego Centrum Stolarki. Kolejne inwestycje przekreślały ich plany wypłaty dywidendy. W efekcie część mojej rodziny postanowiła „wygryźć” mnie z mojego biznesu.

Oponenci podważają Pana prawo do dysponowania majątkiem i decydowania o losach firmy, czy niesłusznie?

Skład akcjonariatu spółki DRUTEX jest już dziś powszechnie znany. Moje dzieci Karolina i Jakub mają po 12,4 proc. akcji. Pierwotnie całe 24,8 proc. należało do Karoliny, która otrzymała je w 2005 r. za wniesione do spółki przedsiębiorstwo. W rzeczywistości aktywa tworzące cały ten wkład otrzymała w całości ode mnie. Następnie połowę z tych akcji za moją namową podarowała bratu – Jakubowi. Pozostałe ponad 75 proc. akcji należy do mnie, a 0,1 proc. do mojej żony Grażyny, z którą mimo że od lat pozostajemy w  separacji, to nasze relacje aż do ostatniego czasu były bardzo poprawne. Chociaż te akcje są w majątku wspólnym i wszelkie dochody z nich dzielone są zawsze na pół, to według KSH  tylko ja zawsze osobiście wykonywałem prawo głosu z posiadanych akcji. Przez przeszło szesnaście lat nikt z rodziny nie kwestionował, że jest inaczej. 

Kiedy trzeba było podejmować trudne decyzje to zawsze wszystko było na mojej głowie i wtedy nie było chętnych do dzielenia się odpowiedzialnością. Teraz, kiedy firma jest już taka duża nagle inni uzurpują sobie prawo, żeby zasiąść u sterów.

Podobno to majątek żony początkowo pozwolił na rozkręcenie biznesu?

Absolutnie nie jest prawdą, żeby podwaliny spółki zbudowane zostały na majątku żony, jej pieniądze nie były mi do tego potrzebne. Ja w żaden sposób nie chcę umniejszać jej roli w wychowaniu dzieci i prowadzeniu domu w tamtym czasie, ale akurat z zakładaniem firmy nie miała ona do czynienia ani osobiście ani finansowo.

Rodzina pomagała jednak w rozwoju biznesu?

Firma powstała w roku 1985, a córka przyszła do pracy dopiero w 1998 r., kiedy firma była już duża i zatrudniała kilkaset osób. Karolina zajmowała się sprawami administracyjnymi i finansami. Żona Grażyna, w ogóle nie interesuje się firmą. Jej pasją są podróże, była w każdym miejscu na ziemi, chyba tylko poza Antarktydą. 

Zasiadała jednak w radzie nadzorczej pełniąc funkcję przewodniczącej?

Rada nadzorcza w firmach rodzinnych to z reguły „sztuka dla sztuki”. W naszej radzie oprócz Grażyny zasiada także moja 90 letnia matka oraz moja siostra. Teraz oczywiście się to zmieni, bo nie zdawałem sobie sprawy jak groźny jest właśnie brak profesjonalnej rady. Grażyna za pełnienie tej funkcji otrzymywała 50 tys. zł miesięcznie, ale do firmy nigdy nic nie wnosiła, a w całym 2018 r. z tego tytułu oraz z innych źródeł związanych z firmą uzyskała prawie 2 mln zł.

Czy pozostała część rodziny również chce tylko wyciągnąć z firmy jak najwięcej pieniędzy?

Firmę budowałem po to, żeby wszyscy mogli z nią rosnąć i na tym skorzystać. Rodzina zawsze była dla mnie ważna i chciałem, aby była zabezpieczona na przyszłość, więc dzieci z dywidendy otrzymały już dotychczas kilkadziesiąt milionów złotych. Zainwestowali te środki głównie w nieruchomości. Bardzo dobrze zarabiali w Druteksie – od pół miliona do ponad miliona złotych rocznie w przypadku bratanków. Zawsze wszystkich dookoła wspomagałem nie zdając sobie sprawy, że ze strony części rodziny mam największe zagrożenie.

Może jednak głównym powodem konfliktu jest związek z Kamilą, nową partnerką życiową?

Z Kamilą znamy się od 2006 r. Mamy dwie cudowne córeczki, pierwsza ma ponad 2 lata, a druga 4 miesiące. Kamila już kilkanaście lat pracuje dla firmy. Jest dyrektorem operacyjnym i ma pełne kompetencje do pełnienia tej funkcji - zna trzy języki obce, ma doktorat z ekonomii na SGH. Wszystkie kwestie związane z reklamą, promocją, rebrandingiem są jej dziełem. Wciąganie jej do konfliktu jest tylko pretekstem, żeby w ten sposób ukryć prawdziwe motywy tzn. żądania finansowe części rodziny i usunięcie mnie z firmy.

Podkreśla pan, że głównym celem jest rozwój. Jakie są plany w tym zakresie?

Jesteśmy wiodącą marką europejską i jedną z największych firm w regionie. W zeszłym roku osiągnęliśmy ponad 900 mln zł przychodów, a w 2018 r. zapłaciliśmy około 85 mln zł podatków. Cały czas inwestujemy w firmę. Obecnie powstaje duża lakiernia, a w połowie roku wyposażymy ją w nowoczesne maszyny. Przygotowujemy się do wybudowania nowego dużego magazynu chemii, projektujemy duże silosy. W planach jest rozbudowa biurowca, a po drugiej stronie ulicy chcemy zabudować pod dachem 10 hektarów. Dzięki tym inwestycjom w ciągu trzech lat jesteśmy w stanie podwoić sprzedaż. Wymagać to będzie oczywiście dalszego zwiększenia zatrudnienia. W zakresie obsługiwanych rynków jesteśmy już praktycznie wszędzie. 

Jesteśmy też firmą odpowiedzialną społecznie. Wspieramy finansowo lokalne inicjatywy m.in. remont szpitala w Miastku, żłobek w Bytowie, wiele fundacji, jak np. Kiwanis, Ludzki Gest Jakuba Błaszczykowskiego, czy szkół i uczelni wyższych.

Część rodziny chce jednak usunąć prezesa, co wtedy stanie się z firmą?

Na szczęście jestem i los trzech tysięcy pracowników nie będzie zagrożony. Ja cenię firmę, a moja rodzina pieniądze. DRUTEX to dzieło mojego życia. Nie mogę pozwolić, żeby to zostało zaprzepaszczone.

Do kiedy chciałby pan zarządzać firmą?

Praca jest dla mnie wszystkim, to całe moje życie. Nawet podczas weekendu, zawsze przynajmniej w sobotę przyjeżdżam do pracy. Nie uważam się za ważnego szefa, nie zadzieram nosa. Z pracownikami mam dobre relacje, dużo wspólnie rozmawiamy, lubimy się pośmiać, przecież spędzam w zakładzie całe dnie. Ludzie mówią, że muszę żyć 120 lat, bo jak nie będzie prezesa to nie będzie firmy. To miłe. 

Szykuje pan sukcesję?

Przekonałem się właśnie bardzo boleśnie, że sukcesja nie jest ani łatwa ani automatyczna, trzeba na nią zasłużyć. Mam coraz większe wątpliwości czy można pozostawić firmę w rękach osób, które z punktu widzenia menedżerskiego i etycznego nie dorastają do wyzwań. Chciałbym, żeby firma mnie przeżyła i zachowała swój prorozwojowy kierunek. Będę się opierał na sprawdzonych menedżerach i pracownikach, wdrożę też mechanizmy gwarantujące ciągłość zarządzania i oraz funkcje wzmacniające społeczną odpowiedzialność firmy. Konflikt z częścią rodziny uświadomił mi zawczasu, że kwestii sukcesji nie mogę pozostawić naturalnemu biegowi wydarzeń. Wiem już, że moim obowiązkiem w stosunku do pracowników, klientów i otoczenia jest zabezpieczenie firmy przed nazwijmy to „właścicielem z przypadku”. Mam co robić. 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Artykuł sponsorowany

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu