Danuta Gaszewska, właścicielka spółki Dansztof, w rozmowie z „PB” potwierdziła niektóre informacje Andrzeja Czyżewskiego o roli urzędów skarbowych w działaniu mafii paliwowej.
Urząd Skarbowy i UKS w Zgorzelcu co najmniej od początku czerwca 2000 r. wiedziały o podejrzanych transakcjach paliwowych, jakie (za pośrednictwem Dansztofu) przeprowadzał łańcuszek firm, powiązanych ze szczecińską spółką BGM i TransSad — stwierdza Daszewska. Pisaliśmy o tym w tekście „Fiskus wiedział, nie powiedział” („PB” z 21 marca).
Pokrzywdzona czy winna?
— W czerwcu 2000 r., za radą Andrzeja Czyżewskiego, złożyłam doniesienie do US oraz UKS w Zgorzelcu o nieprawidłowościach, jakie odkryłam w spółce Dansztof. O tym, że moi wspólnicy Krzysztof Ch. i Artur S. — współpracując z grupą powiązanych ze sobą spółek paliwowych, podporządkowanych BGM (m.in: Unipol, Unires, Digger, WEBBO, Eko-Gaz, Polex) — sprzedawali lewe paliwo, prali pieniądze, czyścili faktury, wyłudzali kredyty — opowiada Gaszewska.
Jest przekonana, że — mimo powiadomienia organów skarbowych o sytuacji w spółce i przedstawienia dokumentów potwierdzających wspomniane przez nią nieprawidłowości — fiskus obciążył ją całą winą i złożył doniesienie do prokuratury, zamiast pieczołowicie zająć się ich wyjaśnieniem.
— To celowe działanie. Jeśli prokuratura prowadziła przeciw mnie dochodzenie, nie mogłam być wiarygodnym świadkiem... Ten zabieg stosowano wielokrotnie, także w stosunku do pana Czyżewskiego. Chcieli nas uciszyć. Wiedzieliśmy za dużo! — uważa Gaszewska i podaje kilka innych poszlak świadczących — według niej — że niektórzy urzędnicy urzędów skarbowych, UKS czy sądów mogli współpracować z mafią paliwową.
— 21 lutego 2000 r. sąd rejonowy w Jeleniej Górze, wbrew kodeksowi handlowemu (sąd ma obowiązek sprawdzenia każdego wniosku), zarejestrował zmiany w statutcie spółki, dokonane bez wiedzy rady nadzorczej. Nikt nie zauważył sprzeczności: spółka, z której dokumentów wynikało, że stoi na skraju bankructwa i — na dobrą sprawę — utraciła wiarygodność kredytową, decyduje się na 15-krotne zwiększenie kapitału zakładowego! — twierdzi Gaszewska.
Operację zaplanowano głównie po to, by wyłudzić kredyt z Kredyt Banku w systemie tzw. rolki (ten mechanizm wkrótce opiszemy).
— Ani aparat skarbowy, ani sąd rejestrowy nie zainteresowały się, skąd niewielka spółka z Bogatyni (miała straty idące w miliony złotych) z dnia na dzień znalazła 4 mln zł na podniesienie kapitału zakładowego. Być może wystarczyłoby więcej dociekliwości, by wówczas poznać jeden z najczęstszych sposobów prania pieniędzy przez spółki z paliwowej mafii — czyli fikcyjne podnoszenie kapitału — dziwi się Gaszewska.
A co to za metoda? Spółki paliwowe sprzedawały między sobą paliwo, najczęściej na papierze, a powstałe w ten sposób zadłużenia względem siebie wprowadzały do kapitału założycielskiego. W spółce Dansztof ten fortel sprawdził się dwukrotnie. Zdaniem Gaszewskiej urząd skarbowy czy UKS nie zareagowały.
Wielkie transakcje
Skąd u Gaszewskiej taka szczegółowa wiedza? Jej spółkę Dansztof 2 lata mafia paliwowa wykorzystywała do sprzedaży paliwa, czyszczenia faktur, prania pieniędzy i wyłudzania kredytów bankowych. Za sprawą wspólników, których Gaszewska przyjęła do spółki. Podkreśla, że długo nie była świadoma intencji partnerów. Po pewnym czasie do firmy zaczęło trafiać paliwo lub same faktury na paliwo z BGM oraz spółek jej podporządkowanych — m.in.: Erzet, Unipol, TransSad. Gdy się zorientowała, było za późno.
Gaszewska twierdzi, że już w grudniu 1998 r. i styczniu następnego roku do Dansztofu kierowano dostawy oleju opałowego od szczecińskiej spółki BGM, który potem jej wspólnik Krzysztof Ch. sprzedał jako olej napędowy.
— BGM już wtedy działał z dużym rozmachem, sprzedając wielkie — jak na tak małą spółkę — ilości paliwa. To mnie zaintrygowało. Wynajęłam agencję detektywistyczną z Poznania i zleciłam jej zbadanie tej spółki oraz kilku innych widniejących w dokumentach Dansztofu — twierdzi Gaszewska.
To, co znaleźli detektywi, przeszło najśmielsze oczekiwania. BGM powstał z wręcz symbolicznym kapitałem założycielskim, lecz niemal od startu miał na koncie mnóstwo wielkich i kosztownych transakcji, z miesiąca na miesiąc podnosił obroty. Raport był tak intrygujący, że później — twierdzi Gaszewska — skorzystali z niego również funkcjonariusze ABW i CBŚ. A to oznaczałoby, że służby państwowe wcześnie miały informacje o BGM, na podstawie których narzucał się co najmniej jeden wniosek: trzeba skontrolować. Tymczasem nic się nie stało.
— Wówczas nikt nie mówił o mafii paliwowej — i mnie też nie przyszło do głowy, że to może być zorganizowana grupa przestępcza o takim zasięgu i takich powiązaniach — mówi Gaszewska.
To nie tajemnica!
Potem wspólnicy — wspomina Gaszewska — grozili śmiercią jej i rodzinie. Gaszewska i jej syn dwukrotnie uniknęli zamachu. Pod samochodem syna wrocławska policja znalazła ładunek wybuchowy. Nieznani sprawcy próbowali podpalić dom Gaszewskiej w Bogatyni.
Dlaczego ktoś groził, szantażował i nastawał na jej życie? Za ujawnienie informacji o kulisach działalności spółki. O urzędzie skarbowym była już mowa. Gaszewska twierdzi też, że gdy nabrała pewności i zebrała odpowiednie dowody, w 2002 roku — za pośrednictwem Andrzeja Czyżewskiego i profesora Z. (nazwisko znane redakcji) — przekazała Krzysztofowi Janikowi, ówczesnemu ministrowi spraw wewnętrznych, dokumenty, dotyczące m.in. działalności mafii paliwowej, jej powiązań i szkodliwości dla skarbu państwa.
— Zawieźliśmy komplet informacji do kancelarii premiera Millera oraz do ministerstw: sprawiedliwości i MSW. Wiedział też o tym prokurator krajowy. Wszyscy byli przez nas poinformowani. Bez odzewu... — mówi Gaszewska.
— Nie znam Czyżewskiego, nie widziałem go ani nie rozmawiałem z nim. Może i pisał, ale do nas trafiają tysiące pism, więc mam prawo nie pamiętać właśnie tego. Jeżeli dokumenty nadeszły, sekretariat — prawdopodobnie — skierował je do pionu prokuratorskiego. Słyszałem, że Czyżewski kontaktował się z niektórymi prokuratorami. Ponoć ma list gończy, ale nie wiem za co... — mówi Karol Napierski, prokurator krajowy.
— O Czyżewskim dowiedziałem się niedawno — przy okazji jego przesłuchania przez sejmową komisję. Nie przypominam sobie, by pismo od niego i w tej sprawie trafiło na moje biurko. Zapewne nie trafiło w ogóle, bo sekretariat mógł je przesłać do jednostki organizacyjnej, stosownej do rozpoznawania tego typu donosów. MSW, zgodnie z prawem, nie może reagować na takie doniesienia, a jedynie kierować je np. do prokuratury czy komendy głównej policji — i to bez sugestii co do sposobu załatwienia sprawy. Prokuratura mogła się zająć sprawą Czyżewskiego choćby na wniosek Rapackiego — mówi Krzysztof Janik.
Czy poinformował gen. Adama Rapackiego, szefa CBŚ o piśmie Czyżewskiego?
— Nie przypominam sobie takiej rozmowy. Pewnie dlatego, że — jak wspomniałem — sekretariat przekazał jego pismo do właściwego organu z pominięciem mnie — twierdzi Janik. I dodaje:
— Czyżewski to dziwna postać. Trochę konfabuluje. Zastanawia zwłaszcza, skąd u człowieka, który musiał nagle uciekać z kraju, tyle ton dokumentów...
O innych wątkach w sprawie mafii paliwowej podawanych przez Andrzeja Czyżewskiego — napiszemy już niebawem.
