Flyjini wyjeżdżają, ale wiśnia kwitnie

Rafał Tomański*
opublikowano: 07-04-2011, 16:39

Pamiętacie serial „Szogun” z Richardem Chamberlainem? Historia dzielnego pilota Johna Blackthorne’a, którego los rzucił do feudalnej Japonii była jednym z najbardziej znanych seriali w polskiej TV w latach 80. Nauczyliśmy się wtedy słowa „anjin san” czyli „pan pilot”, „nawigator”, bo tak Japończycy nazywali głównego bohatera (nazwisko Blackthorne było zdecydowanie za trudne do przełożenia na kilkadziesiąt sylab języka japońskiego.

Kilka dni temu w Japonii powstał nowy termin, o którym warto wiedzieć – flyjin. Kto to taki? Podzielmy słowo na kawałki. Fly to latać, a jin to po japońsku człowiek. Dlaczego latający człowiek? Po pierwsze dlatego, że rymuje się z gaijin  - japońskie słowo oznaczające cudzoziemca (zewnątrz + człowiek = ktoś z zagranicy), przeważnie o niezbyt pochlebnym znaczeniu. A po drugie dlatego, że dotyczy cudzoziemców, którzy na wieść o nuklearnym wypadku zamawiają taksówkę na najbliższe lotnisko. 
Flyjin powstał najprawdopodobniej 17 marca (6 dni po trzęsieniu ziemi) na Twitterze. Stworzył go jeden z użytkowników, chcąc jakoś określić cudzoziemców, którzy zaczęli masowo wyjeżdżać z Tokio. Na wieść o możliwym skażeniu stolicy Japonii kraje przenosiły pracowników ambasad do Osaki, Kobe czy Hiroshimy (zrobiła tak Szwajcaria, Niemcy i Austria), zamykały je całkowicie (zdecydowały się na to 23 państwa), zalecały wyjazd (Francja – jeżeli mocarstwo atomowe zaleca wyjazd, może lepiej się posłuchać), czy wreszcie ewakuując rodziny dyplomatów i wojskowych (jak USA). Zjawisko wymagało nowego określenia i dość szybko rozprzestrzeniło się wśród dziennikarzy i użytkowników w mediach społecznościowych.

W światowej prasie coraz częściej komentuje się historie flyjinów. Pojawiają się opowieści wprost z japońskich korporacji: Goldman Sachs grożący utratą pracy za wyjazd z biura w Tokio; japońskie firmy, które sprawdzają, czy zagraniczni pracownicy są rzeczywiście obecni na spotkaniach i zagraniczni pracownicy, którzy z kolei bawią się w ciuciubabkę z japońskimi firmami, przylatując do tokijskich biur tylko na spotkania. Można się zastanawiać nad wiarygodnością tych historii, ale fakty pozostają nieubłagane.

Wyjazdy z Tokio stały się coraz częstsze, japońskie władze imigracyjne mówią już nawet o 160 tysiącach cudzoziemców, którzy opuścili Japonię w ostatnim czasie (jest to o 140 tysięcy więcej niż dla analogicznego okresu w 2010 roku – do takich danych dotarł „Economic Times”). Zmalał także ruch turystyczny do Japonii. Najnowsze badania z tego tygodnia pokazały, że między 11 a 31 marca  na tokijskie lotnisko Narita przybyło o 75% mniej turystów niż rok wcześniej. Japońska Agencja Turystyki liczyła na kolejny znakomity rok, w 2010 kraj odwiedziła rekordowa liczbą 8,61 miliona cudzoziemców. Na 2011 prognozowano blisko 11 milionów, ale już wiadomo, że ten poziom trzeba będzie znacznie obniżyć.

Flyjini wyjeżdżają, ale życie w Japonii toczy się dalej. Wczoraj na dziedzińcu słynnej świątyni Yasukuni w Tokio zakwitło już ponad 90% wzorcowej wiśni (z najpopularniejszego gatunku somei yoshino).  To właśnie na jej podstawie Japońska Agencja Meteo oznajmia, że pora kwitnienia rozpoczyna się na dobre.  

* Rafał Tomański jest japonistą, autorem książki o Japonii i Japończykach pt. "Tatami kontra krzesła"
 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Rafał Tomański*

Polecane