Premier Francji Manuel Carlos Valls podał w poniedziałek swój rząd do dymisji. Prezydent Francois Hollande powierzył mu misję utworzenia nowego rządu. Skład nowego gabinetu ma zostać przedstawiony we wtorek. Valls miał najwyraźniej dosyć popularnego, chętnie występującego w mediach ministra Montebourga po jego niedzielnych wypowiedziach, w których krytykował otwarcie politykę ekonomiczną rządu.
Na jednej z partyjnych imprez Montebourg nawoływał do zmiany strategii gospodarczej, krytykując „dogmat rygorów budżetowych” i „obsesję redukcji deficytu” panującą nie tyle we Francji, co w całej Uii Europejskiej pod presją Niemiec. W otoczeniu premiera od razu zapowiedziano podjęcie działań w odpowiedzi na deklaracje ministra, ale dymisja rządu zaskoczyła większość obserwatorów.
„Wszyscy spadliśmy tutaj z krzeseł. Jest to bardzo ryzykowne i odważne posuniecie, ale Valls nie znosi, gdy ktoś podważa jego autorytet i w tym kontekście jego krok jest całkiem logiczny - ocenia w rozmowie z PAP politolog, wykładowca na Instytucie Nauk Politycznych w Paryżu, Thomas Guenole.
"Valls, gdy tylko został premierem, położył nacisk na spójność rządu i działania wszystkich jego członków w jednym, wspólnym kierunku. W przeciwieństwie do swojego poprzednika Jean-Marca Ayrault ostrzegał wyraźnie, że nie będzie tolerował kopania dołków pod własnym rządem przez ministrów. Słowa dotrzymał”, dodaje dla PAP inny politolog w Instytucie Nauk Politycznych w Paryżu Bruno Cautres.
Nieuwzględnienie Montebourga w składzie nowego rządu było nieuniknione. „Jak można sobie wyobrazić, by prezydent Francois Hollande spojrzał kanclerz Niemiec Angeli Merkel prosto w oczy na najbliższym szczycie UE, skoro jego minister gospodarki wygłasza poglądy wbrew polityce ekonomicznej rządu i atakuje w tym wszystkim naszego głównego partnera, Niemcy" - mówi Cautres.
"To kwestia wiarygodności całego rządu - podkreśla Guenole. - Hollande i Valls nie mogą zachować w swoich szeregach kogoś, kto podważa zasadność tej polityki”.
Pytany jeszcze w niedzielę o komentarz po wypowiedziach Montebourga prezydent Hollande bagatelizował sprawę stwierdzając, ze „jest zawsze miejsce na debatę” a „różnice zdań w rządzie są czymś normalnym”. Dopiero groźbą dymisji Vallsa miała przekonać prezydenta (we francuskim ustroju szefa rządu) do obrania bardziej zdecydowanych kroków.
„Prezydent wykorzystuje teraz sytuację, by wrócić do gry. Zależy mu na przywróceniu swojego autorytetu i pozycji politycznego lidera - uważa Cautres. - Hollande chce pokazać, ze jest nieugięty i polityki nie zmieni. Chce być prezydentem, który na koniec swojej kadencji będzie mógł powiedzieć, ze przywrócił wiarygodność gospodarczą Francji i zmniejszył deficyt publiczny”.
Hollande liczy też na to, ze konieczność zwrócenia się do Zgromadzenia Narodowego o votum zaufania dla nowego rządu zmobilizuje socjalistów do zjednoczenia się ponad wewnętrznymi podziałami i w ten sposób zapobiegnie on frondzie lewego skrzydła partii. Hollande ma w zanadrzu straszaka w postaci prawa rozwiązania parlamentu, a niewątpliwie wśród socjalistów nikomu dziś nie zależy na przedwczesnych wyborach.
Jednak nawet w przypadku uzyskania votum zaufania, rząd nie będzie mógł liczyć na stabilna większość parlamentarną. Grupa 40 buntowników z lewego skrzydła partii, która wstrzymała się od głosu przy votum zaufania dla pierwszego rządu Vallsa, popiera poglądy niechcianego ministra Montebourga.
„To jest poważny problem. Nie wiadomo co będzie z tegoroczna ustawa budżetową. W obecnym układzie socjaliści nie maja żadnej gwarancji jej przyjęcia. A jeśli się to nie uda, rządowi grozi paraliż” - przestrzega Thomas Guenole.
Na 577 posłów w Zgromadzeniu Narodowym, socjaliści mają 290 mandatów, czyli teoretycznie maja jeszcze większość. Jednak jeśli odjąć od tego nieprzewidywalną frakcję 40 „niezadowolonych”, rząd ma rzeczywiście powody do zmartwień” - przestrzega Cautres.
Skład nowego rządu ma być ogłoszony we wtorek.