Fundacja zrodzona z uśmiechu

opublikowano: 24-10-2019, 22:00

Przez lata rozśmieszał Polaków, obnażając na scenie absurdy PRL. W 1983 r. dostał zakaz wykonywania zawodu od kierownika Wydziału Kultury KC PZPR za skecz „Aaa tam, cicho być!”. Bohdan Smoleń, aktor kabaretowy, niegdyś filar kabaretu Tey, zmarł w 2016 r. Zostały po nim nie tylko nagrania, lecz także Fundacja Stworzenia Pana Smolenia, która organizuje hipoterapię dla niepełnosprawnych.

Bohdan Smoleń ukończył zootechnikę na Akademii Rolniczej w Krakowie. Jeszcze na studiach zaczął występować w krakowskim kabarecie Pod Budą. Został najlepiej zapamiętany z duetu z Zenonem Laskowikiem w poznańskim kabarecie Tey, w którym stworzył postać pani Pelagii, uwielbianej przez publiczność na przełomie lat 70. i 80. XX w. Klasyką stały się skecze „Pelagia”, „Z tyłu sklepu” czy „Aaa tam, cicho być!”. Współpracował też z kabaretem Długi, a jako listonosz Edzio występował w serialu komediowym „Świat według Kiepskich”.

Pomaganie z pasją

Na jego życiu prywatnym cieniem położyła się rodzinna tragedia. Jeden z synów artysty popełnił samobójstwo, a rok później zrobiła to żona. Bohdan Smoleń wycofał się wtedy na pewien czas z życia publicznego. Przez lata walczył z chorobą — przeszedł kilka udarów, po których przestał chodzić. Wielu artystów wzięło wtedy udział w koncertach charytatywnych, zbierając pieniądze na jego rehabilitację. Przed chorobą, w 2007 r., założył w Baranówku pod Mosiną (Wielkopolska) Fundację Stworzenia Pana Smolenia.

— Przyjaciółka mi powiedziała, że Bohdan Smoleń szuka kogoś, kto poprowadzi ośrodek. Miał wtedy jedynie ziemię, którą kupił. Przyjechałam i zakochałam się w tym pięknym miejscu. Potem wszystko poszło szybko — budowa domu, adaptacja stajni, zakup koni — wspomina Joanna Kubisa, wieloletnia przyjaciółka aktora, obecnie prezes fundacji.

Potrzeba pomocy innym wynikała zapewne z osobistych doświadczeń Bohdana Smolenia.

— Mama, będąca dla niego najważniejszą osobą na świecie, nie poruszała się o własnych siłach wskutek choroby Heinego-Medina. Może dlatego postanowił połączyć swoją przyrodniczą i zootechniczną pasję z działalnością na rzecz osób niepełnosprawnych — zastanawia się Joanna Kubisa.

Pierwsze fundacyjne konie to wykupiony „spod noża” sędziwy hucuł Kubuś i Neron — szybko nazwany Karym. Gdy przybywało pacjentów, a Kubuś z racji wieku nie mógł już pracować, nawiązali kontakt z hodowcami bardzo zrównoważonej rasy koni highland pony i do Baranówka przyjechała pierwsza klacz tej rasy — Orchidea.

— Bohdan służył za tzw. ciało. Nie był zapalonym jeźdźcem, ale pomagał w przygotowaniu zwierząt do zajęć, wykonując te wszystkie dziwne dla konia rzeczy — zgniatanie butelki, ciągnięcie za grzywę, piszczenie, machanie rękami — w ten sposób odczulamy zwierzę na niespodziewane zachowania dziecka. Lubił być wśród koni, pogadać z nimi, pogłaskać, pokarmić — opowiada prezes fundacji.

Teraz koni jest 15. Niektóre to przychówek, inne — wyratowane z trudnych warunków lub podarunki dla fundacji.

Pomocne stworzenia

Zwierzęta w Baranówku pomagają dzieciom i dorosłym. Oprócz hipoterapii niepełnosprawni uczą się także jeździć konno. Praca z koniem to nie tylko jazda konna — to przede wszystkim nawiązanie kontaktu ze zwierzęciem, opieka nad nim, budowanie relacji opartej na zaufaniu i poczuciu bezpieczeństwa.

— Staramy się w jak największym stopniu usamodzielnić podopiecznych. Jeśli ktoś jest w stanie, może samodzielnie prowadzić konia. Te niezwykłe zwierzęta świetnie wyczuwają ludzkie emocje, reagują na nie. To powoli wpływa na jeźdźca i niweluje jego ograniczenia. Przy profesjonalnym wsparciu efekty są widoczne niekiedy już po krótkim czasie — wyjaśnia Joanna Kubisa.

Z zajęć korzysta ponad 150 osób, fundacja zatrudnia dwie osoby na stałe, pozostali albo prowadzą działalność gospodarczą, albo pracują na zlecenia. To siedmioro terapeutów, a także wolontariusze — młodzież z okolicy i podopieczni zakładu poprawczego w Poznaniu. Podczas terapii powstaje zespół: koń, dziecko i terapeuta, wolontariusze często są potrzebni do asekuracji, prowadzenia koni, więc przy jednym dziecku pracują jednocześ- nie nawet cztery osoby. To nie tylko fizjoterapia, najczęściej to praca psychologiczna z elementami logopedii. Odpłatność za zajęcia wynosi 30 zł, chyba że fundacja realizuje jakiś projekt — wtedy są bezpłatne.

— Trzeba mieć bardzo dużo empatii w stosunku do pacjentów i koni. Dla dzieci z nieprawidłowym wzorcem chodu lub niechodzących siedzenie na końskim grzbiecie to jedna z najlepszych metod usprawniania. Zwierzęta muszą być ufne, spokojne, odczulone na bodźce. Pracujemy, bazując na zrozumieniu języka końskiego, hierarchii w stadzie — mówi Joanna Kubisa.

Hipoterapia to niejedyna działalność — fundacja sprowadza z zagranicy sprzęt rehabilitacyjny, który trafia do potrzebujących. Sprowadziła już i rozdała — nieodpłatnie — sześć TIR-ów pełnych wózków, wózków elektrycznych, balkoników, krzeseł toaletowych, podnośników wannowych, łóżek. Działalność fundacji to także organizowanie imprez dla dzieci i młodzieży — warsztatów cyrkowych, Dnia Dziecka, pokazów i zawodów. Niespotykane jest to, że jej podopieczni mogą się także uczyć powożenia. To mało popularna w Polsce konkurencja, niestety nie ma u nas zawodów w parapowożeniu.

1646e18c-8c31-11e9-bc42-526af7764f64
Puls Biznesu po godzinach
Newsletter, który pozwoli odpocząć od codziennych newsów. Sylwetki ludzi biznesu, trendy, reportaże i podcasty
ZAPISZ MNIE
Puls Biznesu po godzinach
autor: Marcin Goralewski
Wysyłany raz w tygodniu
Marcin Goralewski
Newsletter, który pozwoli odpocząć od codziennych newsów. Sylwetki ludzi biznesu, trendy, reportaże i podcasty
ZAPISZ MNIE

Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa.

Kliknij w link w wiadomości, aby potwierdzić subskrypcję newslettera.
Jeżeli nie otrzymasz wiadomości w ciągu kilku minut, prosimy o sprawdzenie folderu SPAM.

— Marzy się nam zorganizowanie takich. Naszym zawodnikom idzie bardzo dobrze, dwie osoby startują w zawodach towarzyskich i zajmują coraz lepsze miejsca, mimo że mierzą się ze zdrowymi — twierdzi prezes fundacji. Są też kolejne pomysły, np. projekt sali terapeutycznej, by można było zaoferować inne formy rehabilitacji: integrację sensoryczną, porady logopedy i psychologa, dogoterapię. Fundacja planuje także możliwość pobytu dziennego dla osób niesamodzielnych.

Dziedzictwo

Fundacja Stworzenia Pana Smolenia funkcjonuje głównie dzięki wpływom z jednego procenta. Koszty utrzymania koni są niemałe, zwłaszcza że wszystkie mają zapewnione dożywocie, a sporo funduszy pochłania ich leczenie. W finansowaniu zajęć pomagają pieniądze z projektów powiatowych i Poznania, ostatnio fundacja realizowała także dwuletni projekt z PFRON. Nieocenione są wolontariaty pracownicze, dzięki którym łatwiej utrzymać i modernizować ośrodek. Bohdanowi Smoleniowi bardzo zależało na rozwoju fundacji: „i będę to robił, bo to jest dobre” — mawiał.

— Kochał te nasze fundacyjne konie. Gdy był już bardzo chory, z pomocą przyjaciół transportowaliśmy go na wózku inwalidzkim do stajni. Jechał obok boksów, sam karmił każdego konia — wspomina prezes fundacji.

Pamięć o ludziach ucieka, ale gdy Joanna Kubisa rozmawia z tymi, którzy do Baranówka przyjeżdżają, mówią jej — i powtarzali to Bohdanowi Smoleniowi — że dzięki niemu i kasetom z nagraniami jego występów przetrwali najgorsze historyczne chwile. Kabaret Tey dużo zrobił dla ludzi, dla kraju… Kiedy przychodzi choroba i niemoc, okazuje się, kto jest naprawdę blisko. Gdy Bohdan Smoleń chorował, środowisko artystyczne bardzo go wsparło — organizowano koncerty na jego rzecz. Wiele było też inicjatyw wspierających fundację. Część odwiedzających Baranówko oczekiwała, że Bohdan Smoleń w życiu prywatnym jest tą samą postacią co na scenie.

— Nie możesz być cały czas osobą, która bawi innych. On miał dar cudownej puenty, objawiający się w najbardziej zaskakujących momentach. Mówił „mądry z mądrym dwa słowa, a uczony z uczonym — spojrzenie” — wspomina Joanna Kubisa.

Pamiętamy to jego spojrzenie… Promykiem ostatnich dni aktora był Lucky — piesek rasy border collie.

— Wybrał go sobie w internecie, a gdy wrócił ze szpitala, to urodzinowy prezent — puszysta kuleczka — czekał już na łóżku. Bohdan powiedział wówczas, że jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Dużo radości mu jeszcze dostarczył ten psiak — mówi Joanna Kubisa.

Żywy pomnik

Rocznie w fundacji odbywa się 2,5-3,5 tysiąca zajęć. Zadaniem, jakie postawili przed sobą prowadzący, jest zadbanie także o rodziców i opiekunów niepełnosprawnych dzieci.

— Udało się stworzyć miejsce, z którego pacjenci nie spieszą się po terapii do domu. Rodzice też chętnie zostają dłużej, mają możliwość porozmawiania, złapania chwili oddechu, gdy dzieci korzystają z zajęć. Mogą się wzajemnie wspierać i wymieniać informacjami — twierdzi prezes fundacji.

Prowadzenie fundacji i opieka nad końmi to praca, w której nie ma wakacji. Joanna Kubisa, choć często bardzo zmęczona, uważa jednak, że warto.

— Cały czas pamiętamy, że jest grupa ludzi, którzy oddali serce Bohdanowi. Chciałabym, żeby to dziedzictwo jak najdłużej służyło tym, o których myślał. To miejsce jest żywym pomnikiem Bohdana, on wciąż tu jest w każdym posadzonym krzaczku, kamieniu, każdej istocie, która się tu pojawia. W przyszłości chcę stworzyć ścieżkę z tabliczkami informującymi, skąd przyjechała konkretna roślina — po niektóre jeździł naprawdę daleko — zapowiada Joanna Kubisa.

Wśród przewijających się przez Baranówko istot są dzieci, które — ku zdumieniu i wzruszeniu rodziców — zaczynają się uśmiechać, wyciągając rączki do koni. Jest Lucky, biegający między końmi. Ita — suczka chętnie pakująca się do bagażników samochodowych. Jest też kotka Rudka, która każdemu daje się pogłaskać.

— Bohdan dawał przez lata śmiech ze sceny. Dziś jego fundacja daje uśmiech dzieciom i rodzicom. Myślę, że byłby szczęśliwy, widząc, jak to wszystko się rozwinęło — mówi Joanna Kubisa. Również z uśmiechem na twarzy.

EWA TYSZKO

Dziennikarka łódzkiej Telewizji Toya specjalizująca się w tematyce społecznej i kulturalnej, reportażystka, której materiały można również oglądać w ogólnopolskim kanale Zoom Tv. Publikuje w „Pulsie Biznesu Weekend” i „Angorze”. Absolwentka PŁ, Wydziału Dziennikarstwa UŁ i Wydziału Realizacji PWSFTv i T. Strzela westernowo, chodzi po górach, pływa na kajakach i pod żaglami.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Ewa Tyszko

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu