To nie nakłady na politykę rolną są zbyt duże, to wspólny budżet jest za mały — uważa Danuta Hübner, komisarz UE.
„Puls Biznesu”: Pani komisarz, panuje powszechna opinia, że Polska nie ma zdolności absorpcyjnych. Tymczasem niedawno stwierdziła pani, że niemożność wykorzystania unijnych funduszy przez Polskę to mit. Co pani miała na myśli?
Danuta Hübner, komisarz ds. polityki regionalnej:Rzeczywiście krążą opinie, że nowe państwa UE bardzo źle wykorzystują fundusze strukturalne. Uważam je za mit, gdyż dziś, zaledwie półtora roku po rozszerzeniu Unii, jest zdecydowanie za wcześnie, by formułować takie opinie. Jeżeli porównamy ostatni rok wśród nowych członków wspólnoty i rok budżetowy 2000/2001 dla państw Piętnastki, to mamy do czynienia mniej więcej z porównywalnym poziomem wykorzystania środków pomocowych. Oczywiście są tu różnice pomiędzy poszczególnymi krajami, ale generalnie poziom wykorzystania funduszy jest praktycznie taki sam. Kluczowy dla oceny zdolności absorpcyjnych będzie dopiero koniec tego roku, gdy po raz pierwszy zadziała zasada n+2, która oznacza, że w ciągu dwóch lat od momentu rozpoczęcia realizacji danego programu niewykorzystane środki przepadają. To będzie prawdziwy weryfikator zdolności absorpcyjnej.
Skąd zatem biorą się takie opinie?
Programy są wieloletnie. Nie można oceniać wykorzystania całości środków już na początku funkcjonowania programu. W Brukseli oceniamy zdolności absorpcyjne według wielkości środków wydanych, które obliczamy na podstawie rachunków przekazanych z danego kraju. I do dzisiaj wypłaciliśmy Polsce 22,4 proc. całej kwoty, którą trzeba wydać do 2008 roku. Są może trzy kraje lepsze od Polski, a pozostali nowi członkowie są pod tym względem gorsi. Nie jest źle. Nie można jednak popadać w przesadny optymizm, gdyż najtrudniejsze dopiero przed nami.
Jak ocenia pani działania nowego rządu zmierzające do zwiększenia zdolności do absorpcji środków unijnych?
Pani minister Grażyna Gęsicka przygotowała rozsądną koncepcję skuteczniejszego wykorzystywania funduszy. Dotychczas niepotrzebnie czekano kilka miesięcy od momentu przyjęcia faktury na poziomie regionu do momentu parafowania przez resort finansów i przekazania jej do Brukseli. Można to zrobić w dwa tygodnie. W procedurach krajowych jest dużo niepotrzebnej zwłoki. To jest zresztą bolączka wszystkich nowych państw członkowskich.
Czyli teraz zdobywanie środków unijnych powinno pójść sprawniej?
Teoretycznie tak, są jednak pewne elementy ryzyka, które mogą ten proces opóźnić. Największym czynnikiem ryzyka są wybory samorządowe w ostatnim kwartale tego roku. Rola marszałków jako gospodarzy programów operacyjnych jest kluczowa i miejmy nadzieję, że kampania wyborcza, która wkrótce się zacznie, nie spowolni tego procesu.
Po czyjej stronie leży wina wolne przyswajanie środków unijnych?
Biurokracja brukselska, która od ponad 25 lat zajmuje się funduszami unijnymi, podejmuje wysiłki żeby uprościć wszelkie procedury. Jednak pewna jej doza musi istnieć, gdyż są to pieniądze publiczne i trzeba kontrolować ich przepływ oraz czuwać nad prawidłowością ich wydatkowania. Głównym problemem jest to, co zrobić, żeby państwa członkowskie nie dodawały do biurokracji unijnej swoich nadmiernie rozbudowanych struktur. Większość reguł została już określona w dokumentach unijnych. I właśnie uproszczenie administracji w krajach członkowskich i odejście od niepotrzebnych procedur może ułatwić absorpcję.
Z kogo zatem można brać przykład, jaki kraj jest najskuteczniejszy w tej dziedzinie?
Tradycyjnie najlepsza jest Hiszpania. Wynika to z wieloletniego doświadczenia i z bardzo sprawnej administracji. Zaczęło się tam podobnie jak w Polsce, od doskonałego bodźca w postaci wielkiego zapotrzebowania na środki inwestycyjne. Hiszpania też przechodziła wielką restrukturyzację, zwłaszcza infrastruktury transportowej, tak potrzebnej na przykład dla rozwoju turystyki. Ale Hiszpanie, w przeciwieństwie do Polski, mają bardzo dobre tradycje administracji publicznej, sięgające wręcz średniowiecza. W Polsce jest równie silna motywacja i mamy podobną potrzebę przebudowy. Liczę na to, że silna motywacja wpłynie nie tylko na społeczeństwo, ale także na nasz system administracyjny. I w efekcie wykorzystamy każde euro.
A ile otrzymanych już dotacji kraje są zmuszone zwracać z różnych powodów?
Nie mamy jeszcze obliczeń za 2005 rok, ale po 2004 roku, na skutek nieprawidłowości czy też zasady n+2, zażądaliśmy zwrotu znacznie poniżej 1 procenta przyznanych środków. Są to więc śladowe wielkości. A rok 2005 był chyba jeszcze lepszy, wydano powyżej zaplanowanych 99 proc. środków.
Po sukcesie negocjacyjnym i słynnym „yes, yes, yes!” premiera Marcinkiewicza usłyszeliśmy, że sukces sukcesem, ale przede wszystkim procedury będą łatwiejsze. Co premier miał na myśli?
Procedury rzeczywiście będą łatwiejsze, przede wszystkim w samej Polsce. To, co robi obecnie minister Gęsicka to krok w dobrym kierunku. Zmienia prawo o zamówieniach publicznych, które jest nie tylko u nas źródłem znacznych opóźnień. Natomiast po stronie unijnej zaproponowaliśmy nowe regulacje prawne, które znacznie uproszczą i zdecentralizują system. Będą większe uprawnienia, ale i większa odpowiedzialność na poziomie narodowym i na poziomie regionów. Będzie też mniej papierów, mniej podpisów.
Czy dla pani porozumienie budżetowe to też sukces?
Myślę, że nie trzeba chwalić dnia przed zachodem słońca. Budżet jeszcze jest w Parlamencie Europejskim. Ale nie przypuszczam, by pojawiły się jakiekolwiek zagrożenia dla środków przyznanych Polsce. Mamy otrzymać około 60 mld euro i jest to kwota bardzo duża i zarazem bardzo potrzebna. Pełne i mądre wykorzystanie takich środków będzie wymagało wielkiej mobilizacji. Mam nadzieję, że będzie to nie tylko infrastruktura, ale podniesiemy dzięki temu i innowacyjność, i konkurencyjność polskiej gospodarki. Musimy wszystkie dziedziny rozwijać równocześnie, a czasu mamy dużo mniej niż inni.
Ale są sprawy pilniejsze i mniej pilne?
Z trzech priorytetów, które zaplanowała Komisja Europejska, pierwszym jest dostępność regionów, czyli przede wszystkim infrastruktura transportowa i telekomunikacyjna. Drugim obszarem jest wszystko, co służy innowacyjności, konkurencyjności i przedsiębiorczości. A trzecim jest inwestowanie w zasoby ludzkie. Wśród dziesięciu najbiedniejszych regionów znajdują się regiony polskie, szczególnie cała część wschodnia. Mam nadzieję, że w tych regionach będzie więcej inwestycji, gdyż tam tkwi największy potencjał.
Priorytety, o których pani mówi, są zbieżne z tezami strategii lizbońskiej. Jak pani ocenia dotychczasowe dokonania w tej dziedzinie?
Tu kraje Piętnastki powinny bić się w piersi. Od 2000 roku, a więc od podjęcia decyzji o chęci budowania Europy konkurencyjnej i innowacyjnej, nie uczyniono zbyt wiele. Stąd w zeszłym roku Komisja postanowiła ożywić tę ideę i dopasować ją do obecnych wyzwań. Jednak ku naszemu zdziwieniu nowe kraje członkowskie odwracają się tyłem do strategii lizbońskiej. Grudniowy szczyt zdecydował, żeby do 75 proc. funduszy w krajach piętnastki przeznaczać na cele związane ze strategią lizbońską. Taką możliwość, tylko na poziomie 60 proc. i w charakterze zobowiązania dobrowolnego, zaproponowano też nowym członkom UE. Lecz z dyskusji wynika, że niektórzy nowi członkowie nie chcą tej opcji przyjąć. Jest to niewytłumaczalne: dlaczego nie chcą inwestować w swoją przyszłość? Dlaczego chcą być Europą drugiej kategorii? Mam nadzieję, że zmienią zdanie. Jestem też przekonana, że Polska odegra czołową rolę w realizacji agendy lizbońskiej.
Pani komisarz, czy obecna polityka, włączając w to strategię lizbońską, będzie Europę zbliżała do świata, czy raczej oddalała?
Europa jest małym kontynentem, lecz by wykorzystać swój potencjał, musi być silna ekonomicznie. Silna gospodarka decyduje o sile politycznej. Równocześnie kraje UE powinny mówić jednym głosem w ważnych sprawach dotyczących całego świata. Bez jedności nawet liderzy Europy, tacy jak Niemcy, nie są równorzędnym partnerem dla Stanów Zjednoczonych. Trzeba robić wszystko, by wzmocnić i gospodarkę, i jedność pomiędzy krajami Europy.
A jak się ma ta jedność chociażby do polityki rolnej?
Tu też jest wiele mitów. Przede wszystkim jest to polityka, która przeszła wielką reformę. Swoje rolnictwo chroni nie tylko Europa. Ale jeśli chcemy żyć w Europie zielonej i pięknej, w której nie ma zamkniętych na głucho chałup na wsiach, to wsparcie dla obszarów wiejskich zawsze będzie potrzebne. Dlatego ważne jest, żeby wydatki na rozwój obszarów wiejskich rosły. Dyskusja o polityce rolnej wybucha zawsze przy okazji budżetu i wszyscy się dziwią, że ten udział jest tak duży. A to nie udział jest duży, lecz po prostu budżet jest mały. Czas sobie uświadomić, że ten 1 proc. wytwarzanego w Europie bogactwa, jako wspólny budżet unijny to po prostu za mało.