Krajowe fundusze inwestycyjne wszystko robią za swoich klientów. Zagraniczne — tylko inwestują. O podatki każdy musi zatroszczyć się sam.
Czy przyjąć sprawozdanie zarządu i raport biegłego rewidenta oraz sprawozdanie finansowe za ostatni rok obrachunkowy? Czy wypłacić dywidendy za ostatni rok obrachunkowy? Czy udzielić dyrektorom absolutorium za wykonanie obowiązków w ostatnim roku obrachunkowym? Czy ponownie wybrać Donalda Burke’a, Jamesa Charringtona, Franka Le Feuvre’a, Nicholasa Halla, Emilio Novela Berlina oraz Geoffreya Radcliffe’a na stanowiska dyrektorów? Czy zatwierdzić wysokość ich wynagrodzeń? A wreszcie czy firma PricewaterhouseCoopers dalej winna być biegłym rewidentem funduszu oraz czy zmienić pierwszy ustęp artykułu 23 statutu w celu ustalenia, że wartość aktywów netto funduszu może być wyliczana do tylu miejsc po przecinku, do ilu fundusz uzna za właściwe?
To tylko wybrane spośród pytań, na które w początku 2010 r. mogli odpowiedzieć polscy nabywcy tytułów uczestnictwa jednego z zagranicznych funduszy inwestycyjnych dopuszczonych do obrotu w Polsce. Jako podmiot prawa luksemburskiego działa on jako rodzaj spółki (SICAV) i w przeciwieństwie do polskich funduszy inwestycyjnych otwartych, zwykli nabywcy jednostek uczestnictwa mają w nim prawo wypowiadać swoje opinie na temat uchwał walnych zgromadzeń.
— SICAV to spółka akcyjna o zmiennym kapitale. O ile więc polskie fundusze inwestycyjne otwarte emitują jednostki uczestnictwa, o tyle fundusze luksemburskie de facto emitują akcje. Stąd wynikają prawa uczestników. W praktyce, zwykli nabywcy jednostek funduszy luksemburskich, nie wysyłają jednak pełnomocnictw dla zarządzających ze wskazówkami co do sposobu głosowania w ich imieniu. Decyzje walnego zgromadzenia zapadają więc w drugim terminie, w którym nie jest już wymagane kworum, a decydują najwięksi inwestorzy instytucjonalni, którzy ulokowali swoje środki w funduszu — wyjaśnia Grzegorz Świetlik, dyrektor sprzedaży BNP Paribas Investment Partners.
— Teoretyczną możliwość wypowiadania się na temat polityki inwestycyjnej przez wszystkich uczestników przewidują statuty niektórych polskich funduszy zamkniętych. Nie spotkałem się jednak z przypadkiem zastosowania tej możliwości w praktyce — dodaje Krzysztof Polak, dyrektor biura maklerskiego Alior Banku.
To, że w funduszach zagranicznych jest to praktyka powszechna, wskazuje jednak jak dalece ich funkcjonowanie różni się od działalności polskich odpowiedników. Fundusze zagraniczne wymagają po prostu dużo bardziej świadomych decyzji ze strony inwestorów.
Podatkowy zawrót głowy
Kluczową różnicą w funkcjonowaniu obu rodzajów funduszy jest sposób rozliczania podatku od zysków kapitałowych. W przypadku polskich funduszy wylicza go i odprowadza za swojego klienta towarzystwo funduszy inwestycyjnych (TFI). Po umorzeniu jednostek funduszy zagranicznych, wszystkie rachunki trzeba przeprowadzić samemu. Samemu trzeba też opłacić podatek. W przeciwieństwie do funduszy krajowych kwota która wpłynęła na rachunek klienta funduszu po umorzeniu jednostek, nie jest pomniejszona o należny podatek. Ten uiszcza się tak jak podatek od zysków z akcji lub dopłatę z tytułu podatku dochodowego od osób fizycznych — do 30 kwietnia danego roku.
— Klientom składającym formularz PIT-38 doradzamy by w nim uwzględniali podatek od zysków z funduszy zagranicznych. Jeśli ktoś tego nie robi, a osiąga dochody ze stosunku pracy, może podatek od zysków z funduszy zagranicznych uwzględnić w formularzach PIT-36 lub PIT-36L. W formularzach obowiązujących w rozliczeniach za rok 2009 nie wpisywało się przy tym wysokości samego zysku, a jedynie kwotę należnego podatku. Podatek od zysków kapitałowych pomniejszał więc nadpłatę, albo powiększał niedopłatę — informuje Adam Mariuk, dyrektor w spółce Deloitte Doradztwo Podatkowe.
Samodzielne obliczanie podatku sprawia, że wszystkie potwierdzenia transakcji jakie otrzymuje się z zagranicznego funduszu należy trzymać latami. Fiskus ma bowiem do sześciu lat na weryfikację zobowiązań podatkowych.
Zobowiązanie podatkowe związane z inwestycją w fundusz powstaje w momencie umorzenia jednostek uczestnictwa. By jednak do tego doszło trzeba je najpierw nabyć. A to mogło nastąpić rok, dwa, a nawet 10 lat przed umorzeniem jednostek. Potwierdzenia tych operacji też trzeba mieć. Zysk z funduszu to przecież różnica między kwotą wynikającą z umorzenia i nabycia jednostek uczestnictwa. Obie wartości trzeba więc udowodnić przed fiskusem.
Należy pamiętać, że większość funduszy zagranicznych notyfikowanych w Polsce nie przyjmuje wpłat w złotych, a do celów podatkowych wszystkie operacje w walutach obcych rozlicza się po średnim kursie NBP z ostatniego dnia roboczego przypadającego na dzień wykonania transakcji.
— To bardzo istotne, bo zysk w złotych nie jest tożsamy z zyskiem w walucie obcej, co oznacza, że ekonomiczny wynik inwestycji może się różnić od wyniku będącego podstawą do naliczenia podatku — podkreśla Adam Mariuk.
Fundusze zagraniczne funkcjonują jako tzw. parasole. Oznacza to, że od strony formalnej mamy jeden fundusz podzielony na subfundusze i momentem powstania zobowiązania podatkowego jest moment wypłaty środków na rachunek bankowy klienta funduszu. Umorzenia związane z przenoszeniem pieniędzy między subfunduszami nie powodują powstania zobowiązania podatkowego. Dokumenty potwierdzające takie operacje też jednak należy przechowywać. Zwłaszcza jeśli konwersje między subfunduszami nie obejmują całej wartości inwestycji, a tylko jej część i końcowa wypłata z funduszu nie wiąże się z umorzeniem wszystkich jednostek uczestnictwa.
— Gdyby wszystkie operacje były wykonywane na całej kwocie inwestycji to obliczenie podatku byłoby dość proste. Ale kolejne konwersje i wypłata części środków komplikują sytuację. Na potrzeby urzędów skarbowych warto więc trzymać nie tylko dokumenty otrzymywane z funduszu, ale też własne rachunki w oparciu, o które wyliczyło się kwotę podatku. Jeśli fiskus postanowi sprawdzić podatnika, po kilku latach może być mu po prostu trudno odtworzyć tok myślowy, którym kierował się obliczając należny podatek — dodaje Adam Mariuk.
Dywidenda w Polsce nieznana
To co różni fundusze zagraniczne od krajowych to także wypłacanie dywidend. W polskich funduszach pieniądze wypłacane im przez spółki, których akcje posiadają są reinwestowane. Większość funduszy zagranicznych dostępnych w Polsce robi to samo, ale niektóre raz do roku wypłacają te dywidendy swoim klientom.
— Tylko niektóre typy zysków mogą być wypłacane przez fundusze w formie dywidend. Są to np. odsetki od obligacji lub dywidendy ze spółek, w które fundusze zainwestowały — informuje Grzegorz Świetlik.
Praktyka rynku obligacji powoduje więc, że dywidenda z funduszu może być pokaźną częścią zysku uczestnika. Zarówno w funduszach obligacyjnych jak i akcyjnych, wypłacana przez nie dywidenda może też powodować, że uczestnik otrzyma na swoje konto pieniądze mimo iż nie umorzy jednostek uczestnictwa a sama ich wartość spadnie.
W przypadku dywidend funduszy luksemburskich, wypłata kwalifikowana jako dywidenda jest opodatkowana w Luksemburgu i na mocy postanowień umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania jest wyłączona z opodatkowania w Polsce. Nie trzeba jej również deklarować w zeznaniu rocznym.
Sęk w tym, że zdarzają się fundusze, które jako wypłatę dywidendy traktują każdą wypłatę z funduszu niezwiązaną z umorzeniem wszystkich jednostek uczestnictwa konkretnego klienta.
— W tej sytuacji, same fundusze zalecają zasięgnięcie porady u doradcy podatkowego lub uzyskanie pisemnej interpretacji organów skarbowych. Jeśli zaś chodzi o typowe dywidendy wypłacane przez fundusze zarejestrowane w Luksemburgu to nie są one w Polsce opodatkowane. Rozwiązanie to stosuje się od lat i nie pojawiły się dotychczas informacje by klienci funduszy SICAV mieli z tego tytułu jakieś problemy — zaznacza Marek Arent, analityk rynków finansowych w spółce Expander Advisors.
Być może jednak warto zadać sobie "okołopodatkowy" wysiłek związany z inwestycjami w fundusze zagraniczne. Instytucje te dają bowiem możliwości niespotykane w funduszach krajowych. Inwestują w określonych częściach świata lub w konkretne sektory gospodarki, a takiej strategii nie da się w Polsce powtórzyć choćby ze względu na płytkość krajowego rynku finansowego. Inwestycja w określony sektor gospodarki mogłaby się bowiem sprowadzić do kupna akcji jednej czy dwóch spółek.
