Nawet przejęcie Andersena przez inną z firm „wielkiej piątki” nie uchroni partnerów w spółce przed osobistymi stratami finansowymi – donosi dziennik The New York Times. Andersen działa na zasadach spółki cywilnej, a zostanie jej wspólnikiem przez lata było marzeniem każdego ekonomisty. Partnerzy zarabiali setki tysięcy dolarów rocznie, mieli stabilną pracę, a na emeryturę przechodzili bardzo wcześnie.
Bez względu na to, czy Andersen znajdzie nabywcę, partnerzy stracą pieniądze wniesione do firmy. Dotychczas wspólnicy otrzymywali wypłatę z zysku firmy, a następnie ułamek zarobków oddawali spółce. Po przejściu na emeryturę kapitał ten, z wyłączeniem środków przeznaczanych na pokrycie kosztów operacyjnych, wpływa stopniowo przez 10 lat na rachunek emeryta. Można było także wypłacić posiadany kapitał, na przykład w przypadku zmiany pracy.
Po upadku Enrona, nad Andersenem ciążą pozwy karne i cywilne, których firma nie udźwignie. Kapitału zebranego przez partnerów wycofać się nie da, gdyż groziłoby to amerykańskim sądem. Straty mogą być mniejsze, jeżeli przy połączeniu z inną firmą audytorską, były wspólnik Andersena „wkupi” się w rolę partnera nabywcy. Dlatego m.in. Andersen tak chętnie rozmawia z konkurencyjnymi KPMG, Deloitte Touche i Ernst & Young.
ONO