Gdańsk liczył na bajkowy lunapark wzorowany na kopenhaskim Tivoli. W rzeczywistości ma szansę na o wiele mniejszy obiekt. O ile w ogóle...
Kiedy powstawały plany wybudowania pod Gdańskiem parku rozrywki pod patronatem duńskiego potentata branży rozrywkowej — Tivoli, mieszkańcy oczyma wyobraźni widzieli lunapark z hotelami, basenami, barami, restauracjami, salami kinowymi i scenami koncertowymi, gdzie zatrudnienie w sezonie znalazłoby 2 tys. osób. Obiekt miał powstać w ciągu dwóch lat, a kwota inwestycji sięgnęłaby wówczas kilkudziesięciu milionów euro. Rzeczywistość zaczyna mocno odbiegać od marzeń. Okazało się bowiem, że niekoniecznie możemy liczyć na obiekt podobny do kopenhaskiego.
Zmiana koncepcji
— Nie przesądziliśmy jeszcze ostatecznego kształtu ewentualnej inwestycji w Polsce. Być może będzie to park letni albo centrum rozrywki dla dzieci, i to niekoniecznie pod szyldem Tivoli — mówi Stine Lolk, rzecznik Tivoli.
Negocjacje trwają już drugi rok, mimo że zaproponowane przez miasto 100 hektarów po poligonie w Jasieniu bardzo Duńczykom odpowiada.
— Zależy nam na czasie i chcemy sfinalizować rozmowy jeszcze w tym roku — podkreśla Marcin Szpak, zastępca prezydenta Gdańska ds. polityki gospodarczej.
Dla Tivoli nie jest to jednak równie pilna sprawa.
— Rozważamy różne lokalizacje i aspekty tego typu inwestycji. Ostateczna decyzja zapadnie najwcześniej w pierwszym kwartale przyszłego roku — wyjaśnia Stine Lolk.
Nie ma tego złego...
Miastu bardzo zależy na współpracy z Duńczykami, jednak nie uzależnia realizacji projektu od Tivoli.
— Jeśli negocjacje nie powiodą się, rozważymy poszukiwanie innego operatora — zapowiada Marcin Szpak.
Samo Tivoli także rozgląda się za innymi lokalizacjami.
— Jednocześnie badamy możliwości powstawania parków w Grecji, Włoszech, Korei czy Wietnamie — mówi Stine Lolk.
Opóźnienie realizacji parku może wyjść jednak Gdańsku na dobre.
— Żeby tego typu lunapark przynosił zyski, to ceny biletów muszą wynosić 13-25 EUR (55-105 zł). Obecnie Polaków nie stać na taki wydatek, dlatego parki rozrywki z prawdziwego zdarzenia zaczną mieć rację bytu dopiero za kilka lat — ocenia Leszek Rajchert, właściciel Rajnetu, firmy doradczej w zakresie projektowania i budowy profesjonalnych parków rozrywki.