Inwestorów denerwuje ostatnio sprawa Korei Północnej. Tego zagrożenia nie traktowałbym poważnie — to tylko zaproszenie do rozmów. Trzeba jednak pamiętać, że usunięcie jednego z zagrożeń wywoła oddech ulgi i wzrosty.
Z Ameryki
W tym miesiącu są jeszcze dwie sesje, ale już można powiedzieć, że tak złego grudnia nie było od dawna. W ostatnich 16 latach tylko dwukrotnie (w 1986 i 1996) grudzień przyniósł niewielkie spadki. W tym roku DJIA spadł o 6,6 proc. i w niektórych serwisach już mówi się, że może to być najgorszy grudzień od 1931 roku (minus 17,0 proc.). Niewątpliwie źle o stanie rynku świadczy to, że nie było rajdu św. Mikołaja i klasycznego „windows dressing”. Owszem, można się pocieszać, że wzrost trwający od października wyprzedził te cykliczne zwyżki, ale to wątpliwa pociecha. Nadchodzący tydzień powinien być bardziej normalny niż ostatni, kiedy obroty były znikome, a wszyscy żyli świętami. Jednak liczba sesji będzie taka sama (4), a nastrój dalej świąteczny, więc wcale się nie zdziwię, jeśli fundusze odłożą decyzje na następny tydzień, a wolumen nadal będzie mały. To właśnie wolumen (50 proc. normy) stawia pod znakiem zapytania prognostyczne znaczenie spadku indeksów.
Dane makro w ostatnim tygodniu nie wniosły niczego nowego do obrazu sytuacji. To, że przed świętami ludzie więcej wydają i mają nieco lepsze nastroje jest oczywiste. Poza tym to „więcej” i „lepiej” wcale nie było tak duże, by rynek wpadał w euforię. Jeden raport był dosyć zaskakujący — spadły zamówienia na dobra trwałego użytku w listopadzie. To parametr, który potrafi się zmieniać bardzo gwałtownie, ale niewątpliwie można traktować te dane jako sygnał ostrzegawczy: konsument powoli przestaje ratować gospodarkę. Informacje ze sklepów potwierdzają tę diagnozę. Większość spółek zajmujących się sprzedażą detaliczną (np. Target, Wal-Mart czy Best Buy) poinformowały, że obroty są mniejsze od prognozowanych, co zapewne da w wyniku najgorszy od 30 lat sezon świątecznych sprzedaży.
Konsumenci boją się, bo sytuacja geopolityczna nie jest dobra. Nie widzą więc potrzeby, by śpieszyć się z zakupami. Inflacja im nie grozi, a firmy prześcigają się w promocjach. To rzeczywiście może w końcu doprowadzić do deflacji. Tylko na jednym rynku ciągle trwa hossa: nieruchomości. Amerykanie uwierzyli, że na tym polu im nic nie grozi — sprzedaż nowych domów w listopadzie znowu była rekordowa. Jest oczywiste, że to skończy się podobną katastrofą jak na rynku akcji, ale jeszcze sporo czasu zostało do pęknięcia tego balonu.
W nadchodzącym tygodniu dane makro będą bardzo istotne. Warto spojrzeć na grudniową sprzedaż samochodów. Od pewnego czasu analitycy obawiają się, że sytuacja w tej branży będzie miała negatywny wpływ na PKB. W Sylwestra dowiemy się (przynajmniej tak podaje jeden z serwisów), jakie było w grudniu zaufanie konsumentów oraz jak rozwijała się gospodarka w rejonie Chicago. W czwartek dowiemy się, jaka była liczba nowo zarejestrowanych bezrobotnych w ostatnim tygodniu — jednak w ostatnim tygodniu roku to będzie informacja o małym znaczeniu. Ciekawy będzie grudniowy indeks aktywności części produkcyjnej gospodarki (ISM). Prognozy mówią, że nieznacznie przekroczy 50 pkt — wartość uznawaną za granicę między rozwojem, a cofaniem się gospodarki. Gdyby tak było to rynek mógłby chwilowo zapomnieć o geopolityce, a na tym polu dzieje się bardzo dużo. Skutki tego widać zarówno na rynku towarowym jak i walutowym, a prognozy są coraz gorsze. Jednak o tym napiszę jutro w specjalnym, noworocznym odcinku „Subiektywnej oceny sytuacji”.
Ponieważ na giełdach niewiele się działo i ciężko oczekiwać, by w przyszłym tygodniu było dużo lepiej, spójrzmy na obraz rynku widziany przez pryzmat analizy technicznej. Widać wyraźnie, że w grudniu trwała korekta całego wzrostu, który zaczął się w październiku. Najczęściej taka korekta przyjmuje trzyfalową strukturę ABC. Wydaje się, że jesteśmy w podfali C. Na DJIA ta fala powinna kończyć się w okolicach 8050 pkt., a jeśli zakończy się wcześniej, to przy wzroście oporem jest poziom 8630 pkt. Na S&P 500 powinna kończyć się w okolicach 850 pkt. przy czym kluczowy jest poziom 875 pkt. osiągnięty w piątek. Jego pokonanie przyspieszyłoby spadek — odbicie doprowadzi do ponownego testu 910 pkt. Na NASDAQ korekta powinna kończyć się w okolicach 1260 pkt., a przełamanie 1320 pkt. odegrałoby taką samą role jak pokonanie 875 na S&P 500.
Można powiedzieć z całą pewnością jedno: indeksy osuwały się w minionym tygodniu wyłącznie z powodu geopolityki. Szczególnie zdenerwowała inwestorów sprawa Korei Północnej. Trzeba jednak pamiętać, że usunięcie jednego z zagrożeń (najszybciej prawdopodobne jest to w Wenezueli) wywoła oddech ulgi i wzrosty. Koreańskiego zagrożenia nie traktowałbym na razie poważnie. To jedynie swoiste zaproszenie do rozmów. Poważne zagrożenie to jedynie wojna z Irakiem.
Podstawowe pytanie, które zadają sobie inwestorzy to: czy będzie „efekt stycznia”? Jest tak dużo zagrożeń, że wcale się nie zdziwię, jeśli taki wzrost wystąpi dopiero w lutym. Cóż to bowiem praktycznie jest „efekt stycznia”? To okres wzrostu indeksów na początku roku, kiedy fundusze przebudowują portfele i uzupełniają je o spółki, które uznają za najbardziej perspektywiczne. To może wyglądać niezbyt rozsądnie, ale często w końcówce roku portfele odchudzane są ze spółek, które w ciągu roku przynosiły najwięcej strat, a na początku roku są znowu kupowane, jeśli zarządzający uznają, że mogą przynieść zyski. Taki proces podnosi kursy i indeksy, ale wcale nie musi nastąpić w styczniu, a z całą pewnością niekoniecznie na początku stycznia. Prowadzę do tego, że oczekiwanie na 27.01 (raport inspektorów ONZ w sprawie Iraku) powinno hamować wyraźniejsze ruchy funduszy. W tej chwili wydaje się, że jeśli wojna się rozpocznie, to w lutym. Po co więc wyprzedzać wydarzenia? Do chwili wybuchu wojny rynek będzie już zmęczony i w pełni zdyskontuje scenariusz pozytywny (szybkie zakończenie wojny). Wtedy będzie czas na napełnianie portfeli. Zakładam, że tak właśnie będzie wyglądało rozumowanie zarządzających. Jaki wniosek? „Efekt stycznia” w pełnym zakresie (przynajmniej dwa tygodnie wzrostu) w styczniu nie powinien wystąpić, ale możliwy jest w postaci szczątkowej na samym początku roku.
Z Polski
W ubiegłym tygodniu w Polsce były tylko dwie sesje, na których łączny obrót nie wystarczyłby na jeden, w miarę normalny dzień handlu. Wygląda na to, że spekulacyjny kapitał zagraniczny nas opuścił, a sterowanie znowu przejęły nasze fundusze, które robiły klasyczny „windows dressing”.
Udawało im się to znakomicie i bez żadnego oporu ze strony podaży. Nie wyciągałbym jednak z tego żadnych wniosków. Jedna sesja może zmienić sytuację o 180 stopni. Czy nadchodzący tydzień może być już normalny? Prawdę mówiąc wątpię.
Poważny kapitał nadal nie powinien się angażować. Nadzieje na „efekt stycznia” mogą rynkowi nieco pomagać o ile na świecie będzie względnie spokojnie. Skoro tak nie wiele się działo, a przyszły tydzień nie zapowiada się dużo lepiej, jeśli chodzi o obroty, to popatrzmy na analizę techniczną.
W Eurolandzie sytuacja była dużo gorsza niż u nas. Tam, podobnie jak w USA, nie było widać nawet podciągania kursów. Może jednak taka sytuacja wystąpić w poniedziałek i wtorek, a w sprzyjających okolicznościach przeciągnąć się na pierwsze dni stycznia (szczątkowy „efekt stycznia”). To pomogłoby dodatkowo naszemu rynkowi. Na niemieckim XETRA DAX i francuskim CAC-40 od poprzedniego piątku wiele się zmieniło. Szczególnie nieciekawy jest wygląd DAX, który przełamał z impetem (minus 5,4 proc.) niezwykle ważny poziom 3000 pkt. Przełamanie tego poziomu wygenerowało sygnał sprzedaży, a indeks może spaść nawet do 2550 pkt. testując październikowe dno. Możliwy jest jednak wcześniej ruch powrotny ku 3000 pkt. BUX — wskaźnik pomocniczy dla naszego rynku (bardzo często fundusze zagraniczne wykonują na Węgrzech i w Polsce podobne ruchy) znowu zawrócił z poziomu 7750 pkt. Teoretycznie w dalszym ciągu możliwy jest scenariusz z dojściem przynajmniej do 8800 pkt. — przełamanie 8120 pkt. sygnalizowałoby, że tak właśnie będzie, ale staje się to mało prawdopodobne. Powrót pod 7750 pkt. załamałby formację, utworzył spadkową formację podwójnego szczytu, a to już oznacza sygnał sprzedaży.
A jak wyglądają nasze indeksy? WIG ostatnim dwóm sesjom pokonał opór na 14300 pkt. To w niczym nie zmieniło układu technicznego. Numeracja głównych fal elliottowskich na razie potwierdza się sygnalizując, że możemy mieć do czynienia z dużą podfalą piątą. Jeśli indeks spadnie poniżej 13772 to cała numeracja traci sens, bo fala 4 nie może zachodzić na 1. Wtedy wracamy do bessy.
Pokonanie oporu na 14650 pkt. traktowałbym jako sygnał, że będziemy mieli do czynienia z falą piątą, która może sięgnąć nawet 15700 pkt. Wsparciem jest okno hossy na 14050 pkt. Mamy do czynienia z korektą wzrostów od października tego roku. Jeśli tak to 50 proc. zniesienie jest na wysokości 13800 pkt. Jeśli fala A byłaby równa C to spadek powinien sięgnąć okolic 14000 pkt. Skoro tam leży okno hossy to w okolicach 14050 pkt. korekta powinna się była zakończyć. Jeśli tak nie jest to dostaniemy bardzo poważne ostrzeżenie. Najbliższym oporem jest 14500 pkt.
WIG20 wygląda bardzo podobnie, chociaż nieco gorzej. Jeśli A=C to należy oczekiwać końca korekty w okolicach 1140 – 1150 pkt. I tam rzeczywiście indeks się zatrzymał i zaczął wzrastać. Wszystko byłoby zgodne z teorią tylko ten mały obrót nie potwierdza wzrostu i każe zachować ostrożność. Poza tym pokonanie oporu na 1175 pkt. nastąpiło przede wszystkim dzięki piątkowemu wzrostowi TPSA. Przełamanie 1148 pkt. zapowiadałoby testowanie 1125 pkt.
Rynek jest na rozdrożu i będzie zdecydowanie reagował podobnie jak inne giełdy zagraniczne, chociaż ze względu na wiodącą rolę naszych funduszy może być nieco mocniejszy. Tak jak w przypadku rynku amerykańskiego trudno mi uwierzyć w prawdziwy efekt stycznia, ale ten tydzień może dać coś, co optymiści uznają za jego początek.