Duet Fronczewski-Fąfel zasłużył na roczną premię. W całym 2008 r. na depozyt Getinie klienci wpłacili 7,6 mld zł, z czego w IV kwartale, gdy wojna na procenty rozgorzała na dobre, lokaty banku urosły o 3,2 mld zł — do 14,5 mld zł. Oczywiście kampania reklamowa to nie wszystko. Dla deponentów najbardziej liczyły się procenty, które w Getinie prawie zawsze były wyższe niż na rynku. Niektórzy analitycy zachodzili nawet w głowę, jak można tak przepłacać za depozyty.
— Nigdy nie płaciliśmy powyżej kosztów finansowania tzw. marży płynności na alternatywnym rynku długu obcego, np. obligacji. Poza tym dla nas najważniejszym wskaźnikiem jest koszt pozyskania klienta, a w Getinie jest on znacznie niższy niż u konkurentów — wyjaśnia Michał Handzlik, prezes banku.
Szacunkowo, ściągnięcie klienta detalicznego to wydatek dla banku średnio
100-200 zł (koszt reklamy, płaconych prowizji i rezygnacji z opłat), natomiast
zamożnego — 500-700 zł. Michał Handzlik mówi, że Getin wydaje co najwyższej
połowę tego. Bank płacił, płaci i będzie płacić z gestem także dlatego, że w tym
roku paliwem napędzającym akcję kredytową staną się wyłącznie depozyty klientów.
Nie będzie zaciągał nowych długów na rynku papierów dłużnych (szczególnie przy
obecnym zastoju na rynkach finansowych), a te, które ma, chce jak najszybciej
spłacić. Już zaczął. W maju przypada termin zapadalności 350 mln euroobligacji.
Część z nich Getin skupił i będzie skupował, jeśli tylko pojawią się chętni do
wcześniejszej odsprzedaży.
Jak zatrzymać klienta
Czy depozytów wystarczy, żeby utrzymać dynamikę sprzedaży z poprzednich lat, mierzoną dwucyfrowym tempem? Prezes zapewnia, że również w tym roku bank będzie dynamicznie się rozwijał, choć w nieco inny sposób niż dotąd.
Więcej o planach Getin Banku dowiesz się z dzisiejszego Pulsu Bizensu.