Giełda, prezes i... dzwon

Kazimierz Krupa
opublikowano: 2005-02-02 00:00

Jubileusze, ze swoim szczególnym scenariuszem — klapa, rąsia, buźka, goździk — nie bardzo, a tak naprawdę to wcale nie pasują do rynku kapitałowego. Ale trzytysięczna sesja Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie z pewnością jest okazją do wypicia lampki szampana, chwili wspomnień, a przede wszystkim powodem do satysfakcji dla jej twórców: a jednak się udało i „się kręci”.

Rynek finansowy, kapitałowy, ogromnie lubi stabilizację, niezmienność zasad i... ludzi. Jeżeli chodzi o zasady, nasza giełda, jako rynek nowy, tworzący się, ulegała, bo musiała ulegać, nieustannym przeobrażeniom. Zwyczajnie: rosła, chociaż fundamentalne zasady pozostawały niezmienne. Jeżeli chodzi o ludzi: prezes Wiesław Rozłucki był tam od pierwszego dnia, od pamiętnego 16 kwietnia 1991 r., kiedy korytarze wybudowanego siłami całego narodu Domu Partii — przewodniej siły narodu, stały się siedliskiem kwintesencji znienawidzonego do niedawna kapitalizmu — giełdy papierów wartościowych.

No, i jeszcze dzwon, którym potrząsał prezes, najpierw ogłaszając wyniki kolejnych sesji, a później rzadziej, przy różnych okazjach, ale zawsze równie radośnie — też tam był... od zawsze. Budynek się zmienił, koniunktura zmieniła się wielokrotnie, cały świat się zmienił — ale prezes i dzwon pozostali ci sami. Choć nie tacy sami.