Nie sprawdziło się powiedzenie: "W maju sprzedaj i uciekaj". Na rynku było zbyt dużo wolnej gotówki, która przegapiła dwa miesiące wzrostów i czekała na korektę, żeby taniej kupić akcje. Poza tym wszyscy wciąż czekali na poprawę w realnej gospodarce. Już pierwsza dekada maja była na Wall Street korzystna dla byków. Potem było nieco gorzej, ale maj to jednak trzeci miesiąc zwyżki indeksów.
Cieszono się, że dane makro są nieco lepsze od prognozowanych, bo to może zapowiadać bliskie zakończenie spadku aktywności gospodarczej, ale jeśli spojrzy się na nie krytycznie, trudno się cieszyć. Choć indeks ISM dla sektora usług wzrósł mocniej, niż się spodziewano, znaczy to tylko
tyle, że ten sektor (ponad 80 proc. gospodarki USA) kurczy się już siódmy miesiąc z rzędu z nieco mniejszą, niż oczekiwano, dynamiką. Furorę zrobił indeks zaufania konsumentów podawany przez Conference Board. Rzeczywiście, wzrósł z 40,8 pkt. do 54,9 pkt. Przypominam jednak, że konsumenci bardzo często co innego mówią, a co innego czynią (widać to w słabych
danych o sprzedaży detalicznej). Po drugie, poziom, na którym wylądowały indeksy w maju, jest nadal bardzo niski. W 2007 r. sięgał 110 pkt., na przełomie stuleci przekroczył 140 pkt. a w maju ledwo przekracza 50 pkt. Ekscytowano się też, że ubyło "tylko" 539 tys. miejsc pracy, a spodziewano się około 100 tys. więcej. Stopa bezrobocia (w USA mniej miarodajny miernik) wzrosła jednak z 8,5 do 8,9 proc. — to największe bezrobocie od 26 lat.
Na ryku obligacji pojawił się "angielski" problem, czyli obniżenie przez agencję ratingową Standard Poor’s perspektywy ratingu kredytowego Wielkiej Brytanii ze "stabilnie" do "negatywnie". Polityka gospodarcza i monetarna USA jest bardzo zbliżona do tego, co robią rząd i bank centralny w Wielkiej Brytanii, więc zaczęto spekulować, że niedługo taki sam los czeka USA. To musiało zaszkodzić obligacjom. Potem jednak agencja ratingowa Moody’s zapewniła, że nawet znaczne zwiększenie zadłużenia przez USA nie spowoduje straty ratingu AAA. Nic dziwnego — kto by się odważył
go obniżyć? Uspokojenie nie trwało długo.
Kolejne aukcje długu USA (w tym roku rząd ma sprzedać obligacje na kwotę 1800 mld USD, a w przyszłym na 1000 mld USD) niepokoiły graczy coraz bardziej.
Rentowność odnośnika, na którym opiera się wycena kredytów hipotecznych, czyli obligacji dziesięcioletnich, gwałtownie rosła. Sięgnęła poziomu sprzed siedmiu miesięcy. Podawany przez Mortgage Bankers Association indeks kredytów hipotecznych spadł na początku czerwca o 16 proc., a indeks refinansowania o 24 proc. W połowie miesiąca wzrósł indeks rynku kredytów hipotecznych (1,1 proc.), ale znowu spadł (o 11,8 proc.) indeks refinansowania kredytów. Powodem załamania akcji kredytowej jest duży skok oprocentowania kredytów. Średnia cena 30-letniego kredytu hipotecznego skoczyła w ciągu dwóch tygodni czerwca z 4,81 do 5,57 proc. To największy skok od października 2008 r. Przyczyną jest wzrost rentowności obligacji. Dlatego należy zakładać, że niedługo Fed zwiększy liczbę kupowanych obligacji rządowych, co uspokoi rynek obligacji, ale w dłuższym okresie zwiększy ryzyko inflacji.
