Vegard Skirbekk, wykładowca prestiżowego Uniwersytetu Columbia, napisał książkę pozornie optymistyczną. Wydana w 2022 r. publikacja pt. „Decline and Prosper! Changing Global Birth Rates and the Advantages of Fewer Children” ma zadanie przekonać, że zmniejszenie liczby rodzących się dzieci jest procesem niosącym wiele korzyści. Emancypacja i równouprawnienie kobiet, lepsza edukacja, większa akumulacja kapitału ludzkiego, wyższe dochody – to są zjawiska, które są związane ze spadkiem dzietności i które współczesne społeczeństwa słusznie sobie cenią. Do niskiej dzietności lepiej się przystosować, niż ją zwalczać.
Kłopot polega na tym, że Vegard Skirbekk argumentuje, że spadek dzietności jest dobry jeżeli nie jest za głęboki. W krajach rozwiniętych pożądana liczba dzieci wynosi około dwóch w przeliczeniu na kobietę. Z punktu widzenia wzrostu gospodarczego optymalna dzietność zawiera się między 1,5 a 1,7 dzieci na kobietę. Jeżeli dzietność spada znacznie niżej, tak jak w Polsce, sytuacja staje się niekorzystna z punktu widzenia dobrobytu. Co gorsze, z niskiej dzietności może być trudno wyjść, bo ona się przenosi z pokolenia na pokolenie. Skirbekk jest pesymistycznie nastawiony do projekcji pokazujących odbicie dzietności w krajach, w których jest ona bardzo niska.
Najciekawsze z mojej perspektywy fragmenty jego książki dotyczą tego, dlaczego tak się dzieje, dlaczego ludzie mają mniej dzieci, niżby chcieli. Norweski demograf uważa, że budowanie statusu w społeczeństwach rozwiniętych jest dziś tak trudne i długotrwałe, że odbywa się kosztem budowania związków, szczególnie małżeńskich, a tym samym też posiadania dzieci. Szczególnie dotyczy to społeczeństw o bardzo szybkiej zmianie statusu kobiet – zmianie odbywającej się szybciej niż w przypadku mężczyzn.
Na początku wszystko wygląda dobrze. Przejście ze świata wysokiej dzietności, w którym przeciętnie kobieta rodziła znacząco więcej niż dwójkę dzieci, do świata niskiej dzietności jest naturalną i pożądaną konsekwencją – a do pewnego stopnia też przyczyną – rozwoju gospodarczego. Najważniejszym czynnikiem jest w tym procesie edukacja. Ludzie sami dłużej się edukują i więcej zasobów poświęcają na edukację swoich dzieci. To sprawia, że sami w okresie rozrodczym mają mniej czasu i środków na zakładanie rodziny, a jednocześnie chcą, by ta rodzina miała ograniczoną wielkość. Za tym idzie wzrost dochodów i osobistej niezależności, który sprawia, że rośnie tzw. koszt alternatywny posiadania dzieci: trzeba dokonać większych niż w przeszłości wyrzeczeń finansowych, by dzieci mieć. Towarzyszy temu też spadek religijności, który przekłada się na niższą skłonność do posiadania potomstwa. Jest to skrócony opis tego, co we wszystkich krajach rozwiniętych działo się w pewnym momencie ostatnich 100-150 lat. W Polsce bardzo mocno to zjawisko przyspieszyło po transformacji 1990 r. Niska dzietność i bardzo szybki rozwój gospodarczy były ze sobą splecione.
Ale obraz staje się smutniejszy, gdy spadek dzietności się nie zatrzymuje nieznacznie poniżej dwójki dzieci w przeliczeniu na kobietę. Wiele czynników, które pchają dzietność dalej w dół, jest już przez społeczeństwo niepożądanych, ale staje się wypadkową procesów, nad którymi ludzie tracą trochę kontrolę.
Wiele osób przekłada decyzję o posiadaniu dzieci na czwartą dekadę swojego życia (30-40 lat), żeby najpierw zbudować sobie pozycję finansową. Vegard Skirbekk przekonuje jednak, że większość z tych osób nie zdaje sobie sprawy, że płodność w tym okresie życia zaczyna szybko spadać. Bezdzietność jest stanem w dużej części niepożądanym.
Przekładanie dzietności jest pochodną odkładania momentu wchodzenia w związek, a tym samem spadku liczby związków. Wynika on z wielu przyczyn, a z tego, co pisze Skirbekk wynika, że jednym z głównych powodów jest to, że rosnący status społeczny kobiet (zjawisko pożądane) współwystępuje z ich tradycyjną skłonnością do poszukiwania partnerów o wysokim statusie społecznym, ekonomicznym i też fizycznym. W naturalny sposób zawęża to potencjał budowania związków. Nawet w najbardziej rozwiniętych krajach panuje przekonanie, że mężczyzna powinien być opiekunem i chlebodawcą (ang. breadwinner) – podzielają je również kobiety. Preferowana kultura wyrównywania statusów kobiet i mężczyzn nie idzie w parze z tym, jak ludzie faktycznie poszukują partnerów.
Vegard Skirbekk w wielu miejscach książki pisze o tym, że ewolucja nie podążyła za rozwojem kultury. Ludzie cały czas angażują się w grę statusową, dążąc do wysokiej pozycji społecznej, ponieważ przez tysiące lat wysoki status zapewniał przetrwanie. Kiedyś to ludzie o wysokim statusie mieli więcej dzieci. Dziś kraje rozwinięte zapewniają bezpieczeństwo prawie wszystkim obywatelom i status nie jest warunkiem przetrwania potomstwa. A mimo to walka o status pochłania ogromny wysiłek, pchając ludzi do przekładania potomstwa, a później wielu z nich do niepożądanej bezdzietności.
Na to wszystko nakładają się czynniki czysto ekonomiczne. We współczesnych rozwiniętych społeczeństwach młody człowiek, w okresie najwyższej płodności, najczęściej znajduje się w okresie największej niepewności zatrudnienia. We współczesnym kapitalizmie mieszkania to drogie aktywa, możliwe do zdobycia tylko na kredyt i przez to cechujące się niską dostępnością. To wszystko pcha dzietność poniżej poziomu zgodnego z deklarowanymi preferencjami.
Jest w Internecie słynne zdjęcie małej koparki, która próbuje uwolnić kontenerowiec z mielizny w Kanale Sueskim. Tak mniej więcej wygląda nasz program 800+ w zetknięciu z opisanymi wyżej siłami. Książkę Vegarda Skirbekka zacząłem czytać w poszukiwaniu nadziei, że możemy z niską dzietnością i malejąca populacją spokojnie żyć, ale skończyłem ją czytać raczej przygnębiony.
