Gołota, Polak ze złota

opublikowano: 18-10-2018, 22:00

W jednym rogu ringu machina jakby na prąd, w drugim synowie sąsiada z bloku obok. Pojedynek stoczą na aukcji 24 października.

Starcie poezji z paryskiego bulwaru z prozą życia w poświecie mrugającej jarzeniówki zaplanowane jest na środowy wieczór w stołecznej Piękna Gallery, która wśród wybranych na aukcję obiektów zaprezentowała m.in. prace Tytusa Dzieduszyckiego-Sasa i Marcina Maciejowskiego, ambasadora bezgranicznie polskiego. Twórczość pierwszego wyceniana jest zdecydowanie ostrożniej, w przedziale 20-40 tys. zł, jako dorobek prawie nad Wisłą nieznany i jakby zaklęty w kamień — wystawiony na licytację mechanizm koloru rdzy i patyny poruszał w latach 60. pręcikami, wydając na przekór wrzawie Pól Elizejskich delikatne dźwięki, kiedy tylko ktoś się do niego zbliżył. Czary, na które rodak stąpający twardo po lastriko będzie za stary?

Grających w karty kojarzyć można z rekordem świata, dlatego że motyw
podjęty przez Paula Cézanne’a kosztował katarską arystokrację blisko 250 mln
USD. W wersji Marcina Maciejowskiego gracze wydają się trochę synami sąsiada, a
spodziewana cena na aukcji dochodzi do 140 tys. zł.
Wyświetl galerię [1/2]

DOBRA KARTA:

Grających w karty kojarzyć można z rekordem świata, dlatego że motyw podjęty przez Paula Cézanne’a kosztował katarską arystokrację blisko 250 mln USD. W wersji Marcina Maciejowskiego gracze wydają się trochę synami sąsiada, a spodziewana cena na aukcji dochodzi do 140 tys. zł. Fot. Piękna gallery

Lem, czyli Sas

Kiedy dzieło opisuje uwierający zlepek „bez tytułu”, a linijka pod spodem dopowiada kąśliwie, że to asamblaż, Kowalski lubi pokazać, jak tęgi ma dystans do tzw. sztuki współczesnej. W kontekście tego, jak bolesna jest powszechna nieznajomość autora, prace Tytusa Dzieduszyckiego-Sasa mają do stoczenia niewdzięczną walkę o należny im rynkowy popyt.

Asamblaże, czyli dzieła złożone z przedmiotów jak przestrzenne kolaże, miewały ziemistą, szorstką fakturę minerałów, czasami miękkość ludzkich włosów albo tkanin, innym razem tłusty połysk starannie wypolerowanego drewna. Eleganckiej, toczonej nogi artysta pozbawił jakieś łóżko, pukle prawdopodobnie trafiły do jego prac spod nożyczek fryzjera, a ze sklepu często potrzebne były różnej głębokości chochle, które grały w zelektryfikowanych mechanizmach srebrnymi półsferami jak hełmy astronautów. Uśpione obecnie eksperymenty wystawiane były na paryskich wystawach, a Barbara Dzieduszycka-Sas — żona nieobecnego już artysty — do dzisiaj odtwarza, który drgał, a który zapalał się lampką, wodząc dłonią po szkicach mylnie czytanych jako barwna abstrakcja.

Niektóre z pozostawionych przez autora prac są wyłącznie treściwą sztuką form i faktur, inne pamiętają burzę oklasków, którą potrafiła rozpętać elektronika reagująca ruchem, dźwiękiem i światłem na podchodzącego widza. Tytus Dzieduszycki-Sas zapełnił samymi rysunkami i projektami cybernetycznych dzieł całe walizki, a na czarno-białych zdjęciach chochle uparcie przypominają, jak kiedyś w rytm muzyki nocnego klubu wybrzuszały księżycowe góry na podczepionych do sufitu panelach z białego skaju. Instalacje ucichły pierwszego dnia wiosny 1973 r., kiedy autor odszedł niezapowiedzianie w wyniku samochodowego wypadku — środowa aukcja pokaże, czy dojrzeliśmy do nich jako Kowalscy sportretowani na następnym wystawionym obrazie.

Sami swoi

Kowalskimi stajemy się od lastriko, paproci zwieszających się zielonymi pasami z białej ściany, jarzeniówek nad kuchennym blatem, bezrobocia i sukcesów w sporcie, ortalionu ze ściągaczem, pełnych stadionów i głośnych aresztowań w prasie. Piękni, jak w piosence, mają być z romansu tła, a zmęczeni tylko z gazet — dlatego malarstwo Marcina Maciejowskiego podaje nam skondensowaną w ramach codzienność, odtwarzając powielane w mediach kadry z podpisami: Gołota jako „Polak ze złota”, niemiecka modelka jako „Natürlich Blond” z reklamy farby do włosów, a twarze jak z osiedlowego sąsiedztwa w roli młodych, którzy „nie chcą się uczyć ani pracować”.

Wyceniany na 100-140 tys. zł prawie dwumetrowy obraz wystawiony zostanie na licytację w Piękna Gallery jako jedna z tych pocztówek z kraju — „Two man playing cards” ma w tle lamperię o obowiązkowej barwie budyniowej masy, a pudełko na stole wysyła jasny komunikat: margaryny nie przekłada się do maselniczki, tylko prosto na kanapkę. Sztuka Marcina Maciejowskiego jest niezawiła i czytelna, dlatego nie igra z nerwami niecierpliwego odbiorcy, nie spłycając jednocześnie przekazu — kiedy autor tworzył w grupie z Rafałem Bujnowskim i Wilhelmem Sasnalem dopasowano do tego termin banalizm.

W czerwcu ubiegłego roku na aukcji w londyńskim Sotheby’s jeden z tych nieskomplikowanych obrazów sprzedany został za 87,5 tys. GBP (427 tys. zł) mimo spodziewanej ceny w przedziale 10-15 tys. GBP (49-73 tys. zł), dowodząc — nie pierwszy raz — głębokiego uznania dla portrecisty Kowalskich poza naszymi granicami. Dobrze zabrzmiałoby w towarzystwie, że to taka sztuka, która ujmuje nas w krzywym zwierciadle, ale malarstwo Maciejowskiego ustawia się raczej lustrem — w przedpokoju, pod pawlaczem i bez komentarza rodem z wernisaży, na które zamiast grubych okularów wystarczy założyć same oprawki. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Wyniki spółek / Gołota, Polak ze złota