Gdy Janusz Kubit postanowił produkować jogurty, mieszkańcy jego rodzinnych Szaflar pukali się w czoło. Dziś Magda jest jednym z największych zakładów w gminie.
Szaflary. Niewielka miejscowość, kilka kilometrów od Nowego Targu. Senne życie, niewielkie gospodarstwa i góry. Wśród nich zakład produkcji jogurtów Magda, który w niczym nie przypomina wielkich zakładów przetwórni mleczarskich. Łatwo dać się zwieść pozorom.
Amerykański sen
Janusz Kubit do przemysłu mleczarskiego nie trafił przez przypadek. Miał za sobą kilkadziesiąt lat pracy, najpierw w mleczarni w Zakopanem, potem w Nowym Targu. Później wyjechał do USA. Za chlebem. Do siostry. Wrócił po trzech latach. Już do innej Polski. Zarobione pieniądze postanowił zainwestować.
— Pomyślałem — po co szukać daleko, skoro mogę robić to, na czym się znam, w Polsce — wspomina Janusz Kubit, właściciel Zakładu Produkcji Jogurtów Magda.
Wybór padł na jogurty. Miał kontakty w branży mleczarskiej. Orientował się w tym rynku.
— Był rok 1991 r. Wtedy w Polsce właściwie nie było jogurtów poza tymi sprowadzanymi z Niemiec. A one miały trzymiesięczny termin przydatności do spożycia. Czyli żadnych bakterii — uzasadnia swoją decyzję Janusz Kubit.
Od garażu do zakładu
Niezbędny sprzęt do produkcji odkupił od wojska, homogenizator w Szwajcarii. Zainstalował to wszystko w garażu, 150 metrów od obecnej siedziby.
— Zaczynaliśmy w garażu, ale warunki były dobre, kafelki, higiena — opowiada Janusz Kubit.
To na początek miało wystarczyć. Zresztą i tak inwestycja miała się zwrócić dopiero po kilku latach.
— Liczyłem, że pieniądze zwrócą mi się po czterech latach. Tymczasem udało się to już po sześciu miesiącach — podkreśla z dumą Janusz Kubit.
Gdy Janusz Kubit uruchamiał produkcję, w rodzinnych Szaflarach nie traktowano go zbyt poważnie.
— Ludzie pukali się w czoło. Śmiali się — kupił sobie pracę za swoje pieniądze. Nie wierzyli, że takie przedsiębiorstwo ma szansę przetrwać — wspomina Kubit.
Z czasem rolnicy zaczęli przekonywać się do nowego zakładu i coraz chętniej współpracowali z jego właścicielem. Zwłaszcza że Kubit szybko udowodnił, że trafił w dziesiątkę. Jogurty szły jak świeże bułeczki i trzeba było pomyśleć o inwestycjach.
— Po trzech latach kupiłem teren, na którym stał rozlatujący się budynek paszowni. Wyremontowałem go i przenieśliśmy się tu —mówi o współczesnym zakładzie Janusz Kubit.
Po rozpadającej się paszowni nie ma już śladu. Zadbane pomieszczenia biurowe, kafelki w zakładzie i nowoczesna technologia. Gdy zagląda się przez szybkę, dwie panie zapamiętale pakują kolejne jogurty na palety.
Problem z przyszłością
— Na początku działalności mieliśmy tylko cztery smaki i produkowaliśmy jogurty o jednej zawartości tłuszczu. Teraz jest już nie tylko 60 rodzajów jogurtów, ale też kefiry, serki oraz śmietana. Od 1998 r. nasza oferta wzbogaciła się o jogurty probiotyczne — mówi Janusz Kubit.
Jednak nie ma róży bez kolców. Mleko do produkcji jogurtów zakład skupuje od rodzimych producentów. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że gospodarstwa na Podhalu są niewielkie, a to sprawia, że produkcja rolna jest nieopłacalna. Nic więc dziwnego, że młodzi ludzie wyjeżdżają do miast w poszukiwaniu pracy. Właścicielowi Magdy może zabraknąć dostawców.
Ktoś może powiedzieć — wystarczy kupić ziemię i samemu hodować krowy. Ale i to nie jest takie proste.
— Szukałem ziemi. Nie tylko w okolicy. Ale kupienie w okolicy działki wielkości 100 ha graniczy z cudem. Tutaj nie było pegeerów, tylko od początku niewielkie, rodzinne gospodarstwa.
Ale na razie dostawcy jeszcze są, tak jak i kupcy.
— Ten zakład powstał dzięki dużemu zainteresowaniu jogurtami. I dzięki niemu dobrze sobie radzi — podkreśla Janusz Kubit.
