Niespodziewana dymisja ministra Ludwika Dorna (bo wicepremierem zostaje) jest dobitnym dowodem na to, że szumnie ogłaszana przez premiera ocena ministrów jest fikcją. Odchodzą najlepsi, jak Radek Sikorski, a od Ludwika Dorna też znalazłoby się paru gorszych, zostają słabsi. Niektórych nie można odwołać, bo spowodowałoby to kryzys w koalicji, inni zaś bez względu na to, co zrobią, cieszą się i tak zaufaniem premiera. Gorsza moneta wypiera lepszą. Ale premier w swoim expose zapowiedział przecież, że nikt go nie przekona, że białe jest białe, a czarne jest czarne. Jest więc przynajmniej konsekwentny.
Niepokoi to, że co do przyczyn tych dymisji jesteśmy zdani na spekulacje. Nie ma czytelnej i jednoznacznej polityki kadrowej, a można wręcz odnieść wrażenie, jak przy dymisji w Kancelarii Prezydenta RP, że głównym kadrowym tego rządu staje się Antoni Macierewicz. W przypadku ministra Dorna myślę jednak, że zadziałał inny mechanizm. Nie mam wprawdzie wiedzy na ten temat, ale znam z doświadczenia sytuację człowieka, który stoi na czele resortu mundurowego. Paradoksalnie może się okazać, że Ludwik Dorn wycofał się z obawy przed zbytnim radykalizmem rządzącej ekipy.
Proponowane przez Prawo i Sprawiedliwość projekty deubekizacji, jeżeli miałyby mieć szeroki zakres (a wszy-stko na to wskazuje), mogłyby uderzyć przede wszystkim w resort, którym kierował Dorn. Wielu funkcjonariuszy policji i straży granicznej może mieć w swoim życiorysie epizod pracy w SB. Groźba pozbawienia ich uprawnień emerytalnych może zakłócić funkcjonowanie tego resortu i być może Ludwik Dorn nie chciał brać odpowiedzialności za to zamieszanie.
Bronisław Komorowski
wicemarszałek Sejmu, polityk PO