Gospodarka sobie, rynki sobie

Przemysław Gerschmann Deutsche Bank PBC
opublikowano: 12-09-2012, 00:00

Większy wpływ na giełdowe kursy zdają się mieć wypowiedzi ważnych polityków oraz decyzje banków centralnych, a nie dane makro.

Podjęta w minionym tygodniu decyzja o uruchomieniu programu skupu obligacji przez Europejski Bank Centralny (EBC) rozbudziła w inwestorach podupadającą nadzieję na to, że uda się wreszcie rozwiązać problemy fiskalne starego kontynentu. Na rynkach finansowych od dawna mówiło się, że aby gospodarka Eurolandu wróciła na właściwe tory, konieczne będzie luzowanie ilościowe na miarę tego, jakie przeprowadził amerykański Fed. Dlatego czwartkowa konferencja Mario Draghiego została przyjęta przez inwestorów z dużym entuzjazmem.

W równaniu, którego wynikiem są zwyżki indeksów giełdowych, brakuje jeszcze kilku niewiadomych. Pierwsza z nich to zgodność unijnych funduszy z niemiecką ustawą zasadniczą. Wyrok w tej sprawie wyda dziś rano tamtejszy trybunał konstytucyjny i jego ewentualne veto może mocno skomplikować całą operację. Ponadto w czwartkowym komunikacie była mowa o tym, że EBC planuje poszerzyć zakres instrumentów, które europejskie banki będą mogły używać w zastaw. Co ważne, mogą być one denominowane w różnych walutach, także w złotym, co może się przełożyć na dalszy wzrost cen polskich obligacji. Ich popularność w ostatnich miesiącach rosła, gdyż cechują się względnym bezpieczeństwem, przy wyższej rentowności niż choćby papiery dłużne Niemiec.

Kolejną niewiadomą jest czwartkowa konferencja Fedu, przed którą kolejny raz rosną oczekiwania na sygnał planowanej trzeciej rundy luzowania ilościowego w Stanach Zjednoczonych. Nadzieję na takie posunięcie rozbudziła niska liczba nowych miejsc pracy, jakie amerykańska gospodarka utworzyła w sektorze pozarolniczym w sierpniu. Warto jednak mieć na uwadze, że zbliżające się wybory oddalają wizję tak znacznego posunięcia, jakim byłby program QE3. Niemniej Fed może się zdecydować na użycie innych środków stymulujących, co już wcześniej zapowiedział.

Amerykańskie indeksy zdają się stać u progu nowej hossy.

S&P500 zdołał dotrzeć do poziomów z 2008 r., a indeks VIX znajduje się na minimach. Podobnie Nasdaq Composite oraz Dow Jones Industrial Average także znajdują się na wysokości lokalnych szczytów, co może zapowiadać rychły przełom. Z drugiej strony maleją obroty na giełdach, co wskazuje na to, że znaczna część inwestorów realokuje aktywa w kierunku bezpieczniejszych, które jednak dają mniejsze zyski niż potencjalna hossa na Wall Street.

Wiele amerykańskich spółek utrzymuje nadwyżki na kontach, obawiając się dalszych inwestycji i przeznaczając kapitał na skup akcji własnych bądź wypłaty sowitych dywidend. Warto jednak zwrócić uwagę na postępujące zjawisko dekorelacji indeksów giełdowych z danymi makroekonomicznymi.

Obecnie większy wpływ na giełdowe kursy zdają się mieć wypowiedzi ważnych polityków oraz decyzje banków centralnych, podczas gdy dane makroekonomiczne nie są odzwierciedlane w cenach w takim samym stopniu jak przed wybuchem kryzysu. Słabe dane z rynku pracy, zamiast pogrążyć rynki, podtrzymują wzrost w nadziei na kolejne interwencje centralne.

Niestety, bezrobocie w USA zdaje się z cyklicznego zmieniać w strukturalne, czyli trudniejsze i długoterminowe. Dlatego nawet jeśli Fed zdecyduje się na dalsze luzowanie ilościowe, to potrzebne będą jasne sygnały, że pomoże ono nie tylko Wall Street, ale również bezpośrednio pozytywnie wpłynie na stan koniunktury.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Przemysław Gerschmann Deutsche Bank PBC

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu