Jeszcze rano inwestorzy mogli mieć nadzieję, że po fatalnej sesji kolejna okaże się lepsza, a w ich portfelach pojawią się wreszcie nowe zyski. Rynek amerykański poddał się co prawda wczoraj korekcie, ale niewielka skala spadku świadczyła o zadziwiającej odporności Wall Street na złe wieści, których przecież nie brakowało. Widać było wyraźnie, że amerykańskie byki nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa.
Na GPW po ujemnym otwarciu ożywił się uśpiony popyt, a indeksy wyszły nad kreskę. Chociaż nie było widać szczególnego entuzjazmu do zakupów, można było przypuszczać, że rynek jednak w jakimś stopniu spróbuje zrehabilitować się za wczorajszą zmarnowaną sesję. Tak się jednak nie stało, a jako pierwsi zawiedli się akcjonariusze debiutanta – spółki Hardex. Jej akcje straciły na otwarciu 1 proc. W znacznie większych opałach znaleźli się jednak właściciele papierów obuwniczej spółki Wojas, która zaczęła giełdową karierę dzień wcześniej. Po wczorajszym niemal 10 proc. spadku stracili już łącznie 20 proc.
Dominująca na rynkach Europy niepewność przed publikacją ważnych wskaźników gospodarczych w USA nie sprzyjała ani wzrostom, ani aktywności. Inwestorzy stracili zainteresowanie handlem, a rynek osiągnął stan bliski hibernacji. Zmienność niemal od początku sesji była porażająco niska i gdyby nie rosnące powoli obroty można by było podejrzewać, że rynek stanął w miejscu. Cały czas jednak linia 3000 pkt. nie była poważnie zagrożona.
Po południu napłynęły jednak zza Atlantyku wyczekiwane raporty makroekonomiczne i oba mocno zaskoczyły inwestorów. Najpierw okazało się, że znacznie powyżej oczekiwań wzrosła w USA liczba nowych bezrobotnych, przekraczając psychologicznie ważny poziom 400 tys. Zasygnalizowało to utratę miejsc pracy i zwiększyło prawdopodobieństwo recesyjnego scenariusza. Giełdy zareagowały spadkami. Także GPW nie oparła się podaży i właśnie temu wskaźnikowi należy przypisać odpowiedzialność za dzisiejszą przecenę. Wig20 zszedł poniżej 3000 pkt. i już do końca go nie pokonał. W trakcie nowojorskich notowań nastroje nieco się poprawiły dzięki lepszemu od prognoz indeksowi koniunktury w sektorze usług, ale złe wrażenie po danych z rynku pracy nadal wywierało presję na indeksy. Spadek jednak nie jest duży, co daje nadzieję na poprawę sytuacji po korekcie.
Sytuacja może wyklarować się dopiero jutro, gdy inwestorzy poznają raport Departamentu Pracy o poziomie kreacji nowych miejsc pracy w ub. miesiącu. To bardzo ważny dla inwestorów wskaźnik, gdyż sprawna obsługa potężnych długów, jakimi obciążyli się Amerykanie przez lata prosperity jest niezwykle silnie zależna od poziomu zatrudnienia. Wzrost bezrobocia wywołałby falę indywidualnych bankructw, porzuceń niespłaconych domów, wzrost nieściągalnych należności na kartach kredytowych. To z kolei mogłoby doprowadzić do nowej fali implozji instrumentów dłużnych zabezpieczonych na tych należnościach, o dalszym spadku cen domów nie mówiąc.
Opublikowane w tym tygodniu dane spowodowały niebywały chaos. Dane z raportów Challengera i ADP nie dadzą się połączyć w spójną całość z dzisiejszą liczbą nowych wniosków o zasiłek. Ktoś tu się myli, a od odpowiedzi kto to jest zależy kierunek indeksów w najbliższych dniach. Warto więc może wspomnieć o analizie znanej firmy Trim Tabs. Wg. jej analityków amerykańska gospodarka już od pół roku jest w recesji, ale widać światełko w tunelu. Na podstawie bieżących danych podatkowych z urzędów skarbowych obliczyli oni przy użyciu modelu ekonometrycznego, że gospodarka stworzyła w marcu 48 tys. miejsc pracy. Niestety, nie zostaną one wykazane w jutrzejszym raporcie, gdyż Departament Pracy używa metodologii koncentrującej się na starszych danych. Dlatego Trim Tabs przewiduje, że jutro rządowy raport wykaże stratę od 75 do nawet 100 tys. miejsc pracy. W tej chwili zatem nawet optymiści spodziewają się jutro kiepskich danych. Zasadnicze pytanie teraz brzmi, czy rynek jest już gotowy na przełknięcie tej gorzkiej pigułki. Na razie wiele na to wskazuje.