GPW stanęła na czerwonym świetle

Włodzimierz Uniszewski
opublikowano: 2008-05-08 17:44

Po wczorajszym solidnym, popartym znacznym obrotem wzroście warszawskich indeksów warunki do kontynuacji tego ruchu wydawały się niemal idealne. Do czwartej z rzędu zwyżki zapewne by doszło, gdyby na przeszkodzie nie stanęły okoliczności zewnętrzne.

Znowu niestety zemściło się wcześniejsze zerwanie synchronizacji GPW z rynkiem amerykańskim. Gdy w Warszawie przystąpiono w końcu do nadrabiania zaległości, za oceanem przyszedł czas na korektę.

Przez bez mała miesiąc wspinaczkę amerykańskich indeksów tylko sporadycznie przerywały płytkie i krótkie korekty. Akcje cieszyły się niesłabnącym powodzeniem mimo oznak gospodarczej słabości i drożejącej w szaleńczym tempie ropy. W ciągu miesiąca jej notowania wzrosły aż o 20 proc. Inwestorzy ignorowali to, aż rynek dotarł do silnego oporu i przez kilka dni nie potrafił go pokonać. Pojawiło się zniecierpliwienie, a nowy rekord na rynku ropy posłużył w końcu jako pretekst do większej wyprzedaży akcji.

Wczoraj po raz pierwszy od 11 kwietnia amerykańskie indeksy zanotowały tak mocny spadek. Jego skutki dały o sobie znać dzisiaj rano na głównych rynkach Europy, gdzie indeksy wystartowały pod kreską. Spadki nie były jednak tak duże jak za oceanem, gdyż rynek terminowy sugerował możliwość korekcyjnego odbicia w Nowym Jorku. Spadkowe otwarcie przypadło w udziale także GPW. Podaż zdołała nawet ściągnąć Wig20 poniżej bariery 3000 pkt., ale nie była dostatecznie zdeterminowana, by wyrządzić większą szkodę. Po szybkim odbiciu już do końca sesji linia wsparcia była bezpieczna.

Rano pewne nadzieje można było wiązać z opublikowanymi przed sesją wynikami Pekao, BZWBK i PKO BP, które nadal sugerowały dobrą koniunkturę w sektorze bankowym. Bankowe akcje nie pomogły jednak indeksom. Chociaż BZWBK stracił o połowę mniej niż Wig20, to PKO BP było już gorsze, a zupełnie fatalnie wypadło Pekao, tracąc ponad 3 proc. W przypadku ostatniego z wymienionych banków notowaniom nie pomogła zapowiedź przedstawienia w czerwcu nowej strategii spółki oraz plany zakładające znaczący wzrost przychodów z obsługi małych i średnich firm. Słabiutko wypadł też BRE, na którym realizowano zyski. Nagroda za dobre wyniki nie ominęła za to Polimeksu Mostostal, który okazał najsilniejszym blue chipem.

Niemal cała sesja upłynęła pod znakiem konsolidacji i niewielkich wahań. Nawet wzrostowe otwarcie na Wall Street nie ożywiło handlu w Warszawie, gdzie obroty zmalały o blisko 500 mln. zł w porównaniu z rekordową pod tym względem środą. Niemal 1 proc. stracił mWig40, co mogło rozczarować przy wynoszącej 1,2 proc. stracie Wig20. Mniejsze spółki niewiele ostatnio wzrosły, ale mimo to nie uniknęły presji podaży. W tym segmencie rynku brak kapitału daje się odczuć szczególnie dotkliwie. 

Kłopoty amerykańskiego rynku z pokonaniem oporu mogą zapowiadać okres nieco gorszej koniunktury. Brakuje katalizatora wzrostów. Większość spółek za oceanem podała już wyniki, a ze strony Rezerwy Federalnej nie można się teraz spodziewać żadnego ruchu. Pomóc mogłaby silniejsza korekta na rynku ropy, ale na razie na to się nie zanosi. W takich warunkach dalsze wzrosty na GPW staną pod dużym znakiem zapytania.

Mimo korekty po nieudanej próbie przełamania oporu amerykańskie byki nie stoją jeszcze w obliczu poważnego zagrożenia. Ostatnie wzrosty porządnie wystraszyły niedźwiedzie, a do chóru śpiewającego pieśń o przejściu apogeum kryzysu dołączają coraz to nowe głosy. Wczoraj był to o dziwo sam George Soros, który stwierdził, że najbardziej bolesna faza kryzysu już minęła. Podobnie wypowiedział się też szef Merrill Lyncha John Thain, były prezes nowojorskiej giełdy.

Analitycy studiują pilnie swoje modele wycen akcji i też zgodnie twierdzą, że tak tanio dawno nie było. Jedna z firm analitycznych, Ford Equity Research doszła do wniosku, że obecnie aż 40 proc. amerykańskich akcji jest niedowartościowanych, podczas gdy średnio stanowią one tylko 19 proc. ogółu. W okresie zaczynającym się w roku 1970 tylko dwukrotnie odsetek ten był wyższy – w 1998 r. i w latach 2000-2002. Takie informacje z pewnością krzepią serca amerykańskich inwestorów. Problem tylko w tym, że np. szacując wartość akcji wg. prostego wskaźnika relacji kapitalizacji spółki do jej wartości księgowej najtańszy jest rynek w Tokio, gdzie dla wielu firm jest on niższy od 1. Nic dobrego z tego jednak nie wynika dla kursów tych akcji. Za wirtualną wartością muszą iść realne pieniądze, a z tym bywa ciężko. Na razie jednak trudno ogłaszać koniec zwyżki w USA i zapewne wkrótce zobaczymy ponowną próbę ataku na uparty opór.