Gra w łapki

Wojciech Surmacz
opublikowano: 24-03-2006, 00:00

Bydgoski sąd. Sprawa przeciw Jerzemu M., byłemu prezesowi Belmy. Krzyżują się zeznania świadków łapownictwa w polskiej zbrojeniówce. Kto grzęźnie w korupcyjnym bagnie?

Od kuchni? Wielkość produkcji firmy zbrojeniowej bywa wprost proporcjonalna do liczby nieformalnych spotkań z pewnymi oficerami, szefami departamentów, decydującymi o zamówieniach.

— Powiem tak: za każdym razem wódka i zabawa w Świętego Mikołaja — takie wędrówki po pokojach... — opowiada Emil Kulczycki, były szef rozwoju marketingu, później główny inżynier i prokurent Belmy.

Inaczej armia nie miałaby na wyposażeniu belmowskich min?

— Jeszcze inaczej: oni po prostu mają pieniądze i muszą je rozplanować. Kto skuteczniej walczy o swoje, ten je zagospodaruje. Przecież wojsko wszystkiego potrzebuje — prawda? Co roku jest określana pula środków finansowych dla MON. Oni zawsze mówią: „musimy coś za to kupić”. Myśli pan, że tam się ktoś zastanawia? Potrzebuję granat, to biorę granat. Nie... Muszą po prostu rozdysponować budżet. W przeciwnym razie za rok im go obetną… — nie ma złudzeń Kulczycki.

— Święta racja. Gdzie jak gdzie, ale w tej branży obowiązuje wyjątkowo brutalny marketing — komentuje były prezes jednej ze spółek rodzimej zbrojeniówki.

Maciej Wnuk, pełnomocnik ds. procedur antykorupcyjnych w Ministerstwie Obrony Narodowej (do niedawna ekspert Transparency International Polska, specjalista w zakresie dostępu do informacji publicznej oraz przejrzystości administracji):

— Może to zabrzmi przerażająco, ale wcale mnie te wiadomości nie szokują. Rzeczywiście zauważam dziwne indywidua, wałęsające się po korytarzach MON. Sukcesywnie staramy się skutecznie ukrócić ten ordynarny lobbing. Od tego roku oficerów zatrudnionych w ministerstwie obowiązuje składanie oświadczeń majątkowych. Żandarmeria Wojskowa wszystko dokładnie sprawdza...

Czy po korytarzach nadal kręci się ktoś z Belmy?

Wielki las

Przed asesor sądową Anną Gizińską-Kowalewską twardy orzech do zgryzienia. Prowadzi sprawę karną przeciw Jerzemu M. — byłemu prezesowi Bydgoskich Zakładów Elektromechanicznych (BZE) Belma. Prokurator Renata Macierzyńska-Jankowska zarzuciła mu tzw. łapownictwo bierne (art. 228 par. 4 k.k.). Niedawno — 28 lutego 2006 r. — odbyła się piąta rozprawa.

Pewien lokalny malkontent (na własną rękę śledzi postępowanie kolejnych zarządów Belmy) incognito komentuje krótko aktualny stan sprawy:

— Tutaj brakuje tego jednego sprawiedliwego. Wygląda, że każdy po trosze jest „umoczony”. Tracę nadzieję na sprawiedliwy wyrok.

Ma rację? Ta desperacka teza może się brać z analizy wielu tomów akt sprawy. Roi się w nich od sprzeczności i dziwnych insynuacji. Po uwypukleniu kilku motywów można odnieść wrażenie, że im głębiej w las, tym ciemniej. Ot, choćby fakt, że oskarżony Jerzy M. w toku prokuratorskiego śledztwa nie zaprzeczył, że początkowo godził się na warunki proponowane mu rzekomo przez Jacka Kurkusa i podjął negocjacje. Tłumaczył, że był to rodzaj gry korupcyjnej i sprawdzenia zamiarów osoby proponującej mu korzyść. Prokuratorka skwitowała to w akcie oskarżenia jednoznacznie: „Uznać należy, iż prezentowana przez podejrzanego jego wersja zdarzeń stanowi przyjętą przez niego linię obrony”.

Co ciekawe: świadek Jacek Kurkus nie przeczy, że złożył prezesowi M. propozycję. 22 marca 2005 r. zeznał — w obecności tejże pani prokurator: „(…) Powiedziałem, że daję mu szansę, że jeżeli jest w tym procesie w jakiś sposób uwikłany, to może z tego wyjść w sposób honorowy i ja powierzę mu misję tworzenia zarządu w nowej spółce, ale bez żadnych gwarancji”.

Motyw sumienia

Śledztwo — wszczęte 14 czerwca 2004 r., po zawiadomieniu Jerzego M. w sprawie „działalności na szkodę Bydgoskich Zakładów Elektromechanicznych Belma w Bydgoszczy w latach 1999-2001 przez członków byłego zarządu spółki”, co w konsekwencji prowadziło do „szkody majątkowej wielkich rozmiarów w kwocie co najmniej 18 mln zł” — umorzyła 13 grudnia 2004 r. Renata Macierzyńska-Jankowska, prokurator z Prokuratury Rejonowej Bydgoszcz- Południe (ta sama, która postawiła Jerzemu M. zarzuty o korupcję i nadzorowała śledztwo wszczęte przeciwko niemu 4 maja 2004 r. przez ABW Bydgoszcz). Były prezes Belmy odwołał się (bezskutecznie), podtrzymując wszystkie zarzuty — w tym oskarżenie o defraudację 1,3 mln zł dotacji z Ministerstwa Gospodarki (MG) w 2001 r. Nakłady na remonty w Belmie — według dokumentów zebranych przez M. — opiewały na kwotę 2,1 mln zł (w tym dotacja). Koszt rzeczywisty — zdaniem trzech rzeczoznawców, powołanych przez Jerzego M. — nie przekroczył jednak 400 tys. zł. Tezy tej nie potwierdziły ani dwukrotna kontrola NIK, ani postępowanie sprawdzające Ministerstwa Gospodarki. Kto tu się myli? W piśmie do prokuratury prezes M. apelował: „Świadkowie Emil Kulczycki, Andrzej Winiewicz i Stanisław Wiśniewski gotowi są zeznać, że ani inspektor NIK, ani przedstawiciel MG nie weryfikowali wykonanych prac. Ograniczyli się jedynie do przeglądu dokumentów”.

Przemysław Wypijewski, ówczesny wiceprezes Belmy, zeznał w prokuraturze, że dotację z Ministerstwa Gospodarki wydatkowano na prace remontowo-adaptacyjne, prowadzone przez wykonawców zewnętrznych, oraz na zakup maszyn. Wystawione faktury były zgodne z ofertami przetargowymi i faktycznie wykonanymi pracami. Kontrola MG nie stwierdziła nieprawidłowości, a prezes M. nie miał zastrzeżeń do protokołu pokontrolnego.

Więcej światła na sprawę rzuca Emil Kulczycki:

— Pan Kurkus pod koniec 2001 r. postanowił scalić zaplecze produkcji cywilnej i wojskowej. Po co? Dla mnie jasne — by ściągnąć dotacje na te cele. I Belma dostała pieniążki. Jaka korzyść? Kupiło się jakieś maszyny, zrobiło jakieś remonty, adaptacje pomieszczeń. Dużo tego było. W ramach dotacji wybudowano pomieszczenie w zachodnim stylu. Za ile? Nie wiem, nie rozliczałem.

Zauważmy, że — jak donosi prokuratorowi Jerzy M. 3 października 2005 r. — dokumentację z polecenia MG sprawdzał płk Tadeusz K., radca z Departamentu Programów Offsetowych. Ten sam, któremu łódzka prokuratura zarzuciła łapówkarstwo oraz ujawnienie tajemnicy służbowej.

Tadeusza K. zatrzymali w grudniu 2003 r. funkcjonariusze łódzkiej ABW w związku ze śledztwem, dotyczącym wyłudzenia ponad 4 mln zł państwowych dotacji dla łódzkiego zakładu zbrojeniowego Wifama-Prexer. Pułkownika oskarżono m.in. o przyjęcie w latach 1996-2000 łapówek (co najmniej 127 tys. zł). Według prokuratury, urzędnik inkasował datki w związku z pełnioną wówczas funkcją wicedyrektora w Centralnym Urzędzie Planowania oraz w resorcie gospodarki, gdzie odpowiadał za tworzenie Centralnego Planu Mobilizacji Gospodarki. Na podstawie tego programu tworzono listy przedsiębiorstw (według Jerzego M. — na jednej z nich widniała Belma), otrzymujących dotacje budżetowe. Jak wykazało śledztwo, w zamian za łapówki od firm urzędnik wydawał korzystne dla nich decyzje, związane z udzielaniem państwowych dotacji. Tadeusz K. przyznał się do zarzucanych mu czynów. Proces trwa.

— W czasie postępowania przeciwko pułkownikowi K. nie pojawił się motyw Belmy. Nie mieliśmy też sygnałów z Bydgoszczy — informuje mjr Wojciech Barański, rzecznik prasowy łódzkiej delegatury ABW.

Ciszę tę tłumaczy Renata Macierzyńska-Jankowska z Prokuratury Rejonowej Bydgoszcz-Południe:

— K.? Nie przypominam sobie nazwiska. W toku śledztwa na pewno się nie pojawiło. Przy analizie dotacji dla Belmy dysponowaliśmy protokołami pokontrolnymi NIK. Każdy wątek został sprawdzony bardzo skrupulatnie. Decyzję o umorzeniu podjęłam na podstawie zebranego materiału dowodowego — w zgodzie ze zdobytą wiedzą i własnym sumieniem.

Jerzego M. zdumiewa ta indolencja bydgoskich organów ścigania — nawet nie przesłuchano skorumpowanego pułkownika.

Widzenie Kurkusa

Poruszony korupcyjnymi pomówieniami Jacek Kurkus, prezes i współwłaściciel spółki Belma Accessories System (tej wydzielonej z zakładu produkcji blach BZE Belma), zaprezentował własny punkt widzenia. Najpierw o swoim autorytecie — Kazimierzu Kurkiewiczu, pierwszym prezesie bydgoskiej spółki (Belmę przekształcono w jednoosobową spółkę skarbu państwa 25 sierpnia 1994 r.):

— To człowiek wysoko ceniony w Bydgoszczy za etykę zawodową i profesjonalizm. Bycie jego zastępcą to dla mnie wielkie wyróżnienie i świetne przygotowanie do samodzielnego zarządzania — akcentuje Kurkus. I dodaje z naciskiem:

— Restrukturyzacja firmy pod naszą wodzą odbywała się zawsze czysto i w zgodzie ze społecznością belmowską. Za naszych czasów w Belmie nigdy nie było strajku!

Pod koniec 1999 r. zarząd Belmy (Kurkiewicz — Kurkus) opracował plan przekształcenia spółki w rentowne przedsiębiorstwo. Początkowy bilans? Był przykry. Brakowało dwóch rzeczy: kapitału i kontaktu z rynkiem europejskim. Wyszło im, że do radykalnej zmiany na lepsze trzeba 35 mln zł. Absolutne minimum dla realnego rozwoju Belmy wymagało — zdaniem prezesów — powiększenia zasobów finansowych (do 24 mln zł do 2004 r.) — głównie z przeznaczeniem na modernizację linii produkcyjnych. Wydzielili ze spółki pięć podstawowych tzw. profit centrów: produkcję sygnałów dźwiękowych, blach, narzędziownię oraz produkcję urządzeń górniczych i materiałów zbrojeniowych. Do restrukturyzacji — pierwsze trzy. Główny cel strategiczny: pozyskanie branżowych inwestorów, wnoszących kapitał na rozwój i nowoczesne technologie. Taki program zaakceptował organ właścicielski — Ministerstwo Gospodarki.

Kurkiewicz z Kurkusem nie zasypiali gruszek w popiele. 18 stycznia 2000 r. sprywatyzowali dział produkcji sygnałów dźwiękowych. Powstała spółka FER Belma — z udziałem niemieckiego FER Fahzegelektrik z Eisenach. Na jej czele stanął Kazimierz Kurkiewicz. Jego miejsce w Belmie zajął zaś dawny zastępca — Jacek Kurkus. Nic zdrożnego?

— Pan Kurkiewicz odszedł wpierw na zasłużoną emeryturę — skończył 60 lat. Ale Niemcy bardzo wysoko cenili jego wartość. Powiedzieli: „pomóż nam rozruszać tę firmę”. Nie odmówił. Wykonał zadanie i po roku odszedł. Co w tym złego? — nie kryje irytacji Kurkus.

Następca Kazimierza Kurkiewicza kontynuował realizację planu: 19 września 2001 r. — na podwalinach działu obróbki blach — powstała spółka BAS (Belma Accessories Systems) z udziałem niemieckiego EFB Elektronik z Bielefeld. Kilka miesięcy później Jacek Kurkus objął w niej zarząd. Jego zdaniem, Belma była już wtedy „biznesowo poukładana”. Miała udziały w spółkach córkach (FER i BAS), mogła je zbyć, zasilić się finansowo i spożytkować środki na rozwój tej najważniejszej części — specjalnej.

— Uważałem działki wojskową i górniczą za tak sobie bliskie i strategicznie ważne, że decyzja o prywatyzacji obu musiała należeć do właściciela. W marcu 2002 r. odszedłem — relacjonuje Jacek Kurkus.

Dlaczego?

— Główny proces restrukturyzacji uznałem za zakończony. Całe życie budowałem swą pozycję etycznie nienagannie. Chciałem się sprawdzić w realiach wolnego rynku europejskiego. Dostałem propozycję. Nowy właściciel uważał, że sprostam nowym wyzwaniom... Czysta gra! — klaruje szef BAS.

Kilka tygodni po jego odejściu stanowisko prezesa Belmy objął Jerzy M. W opinii Kurkusa to „człowiek przywieziony w teczce”, który „przyszedł do Belmy rozeznać się co do możliwości uzyskania prywatnych korzyści”. Miał stwarzać wokół siebie mit osoby nie do ruszenia, wspierać się silnym zapleczem SLD. Na rozprawie 28 lutego 2006 r. Jacek Kurkus doprecyzował: chodziło o aktualnych posłów — Grażynę Ciemniak i Janusza Zemke. Prawda czy tylko zasłona dymna?

— Nie chcę oceniać jego kompetencji, wiedzy i umiejętności. Jedno pewne: pokazał mi, jak brutalny może być człowiek. Złożył korupcyjną propozycję, po czym publicznie ogłosił, że to ja chciałem go przekupić. Dzisiaj pan M. jest oskarżony, a ja jestem świadkiem. Wierzę w sprawiedliwość i cierpliwie czekam na wyrok sądu — puentuje wywód Jacek Kurkus.

Pełny magazynek

Adwersarze Kurkus i M. zarzucają sobie nie tylko korupcję czy nadużycia finansowe, ale i niegospodarność. Szczególnie w „wojskówce”. Z wypowiedzi Kurkusa można wysnuć wniosek, że gdyby nie on i jego poprzednik — Kazimierz Kurkiewicz, Belma nie miałaby dziś zamówień Ministerstwa Obrony Narodowej. W jego opinii bydgoskie przedsiębiorstwo żyje z produkcji min — w wyniku restrukturyzacji dokonanej za ich kadencji. I żadna w tym zasługa Jerzego M.: ten tylko kombinował, zamiast gospodarzyć. W ripoście M. pokazuje prokuratorowi liczby: jako prezes Belmy czternastokrotnie zwiększył sprzedaż wyrobów wojskowych Belmy! I zarzuca poprzednikom wyrafinowaną politykę, skazującą Belmę na upadłość: „celowo nie rozwijali technologii konstrukcji pod aktualne i przyszłe potrzeby wojska”.

Ale dopiero za rządów aktualnego prezesa Artura Łysakowskiego bydgoski producent min stanął na nogi. Chociaż... Czy to jego zasługa? Bydgoskie Zakłady Elektromechaniczne Belma stały się liczącym graczem w polskim przemyśle zbrojeniowym 23 czerwca 2005 r. Wtedy podpisano trzy umowy między Ministerstwem Obrony Narodowej a BZE o produkcji dla wojska sprzętu minowego. Kontrakty gwarantują spółce obroty na poziomie 12--13 mln zł rocznie. Ich wartość w najbliższych sześciu latach sięgnie kwoty 70 mln zł. Umowy sygnowali: dyrektor Departamentu Zaopatrywania Sił Zbrojnych — gen. bryg. dr Roman Polak oraz obecny prezes zarządu BZE Belma — Artur Łysakowski. W uroczystości uczestniczył ówczesny sekretarz stanu w MON Janusz Zemke. Skarb państwa reprezentował dyrektor Departamentu Spraw Obronnych MSP Józef Nawolski. „Express Bydgoski” napisał wtedy: „Tajemnicą poliszynela jest, że wpływ na zawarcie kontraktu właśnie z Belmą miał pochodzący z Bydgoszczy wiceszef MON, Janusz Zemke”. W Bydgoskiem mówi się, że to w ramach zbliżającej się wówczas kampanii wyborczej do parlamentu…

— Przecież te miny są magazynowane. Tylko znikoma część trafia na ćwiczenia. Dla polskiej armii systemy minowania są praktycznie bezużyteczne. Jakich my mamy wrogów, by je stosować? Zresztą wojskowe magazyny od lat są pełne niepotrzebnego uzbrojenia. Najpierw się je zamawia, potem tłumaczy potrzebę składowania. A wszystko kosztuje… — wyjawia Emil Kulczycki, były szef rozwoju marketingu, później główny inżynier i prokurent Belmy.

W czasie naszej rozmowy wypalił paczkę papierosów. Emocje. Gorycz. Pracował w Belmie 42 lata, raczej na „górnej półce”. Miał możliwość przejścia na przedwczesną emeryturę trzy lata temu. Jacek Kurkus doradził mu, by został. Dziś jest bezrobotny. Bo prezes Artur Łysakowski go zwolnił:

— Wielokrotnie się narażałem. Jeździłem do Warszawy, by przedstawić pewne sprawy. Naiwny byłem... Innym razem prezes Łysakowski próbował się dogadać z Kopeksem co do produkcji górniczej Belmy. Zaprotestowałem. Powiedziałem: „Znam Kopex, wiem, jak do sprawy podchodzą”. Na szczęście nic z tego nie wyszło — kończy Kulczycki.

Gestia sądu

Kolejne dziwne wydarzenie w burzliwym czasie belmowskich rządów Jerzego M. to zajście z 1 marca 2004 r. Otóż oświadczył on i w prokuraturze, i przed sądem, że pierwszy poinformował organa ścigania o korupcji w Belmie: „1 marca 2004 r. o godzinie 9 złożyłem w ABW zawiadomienie o tym, że została mi złożona oferta korupcyjna, czego świadkiem był Wypijewski (…). Rozmawiałem z panem Jackiem Sobeckim, który miał pilny wyjazd, mieliśmy sporządzić protokół później. Spieszył się, nie sporządził żadnej notatki z naszego spotkania. Przedtem miałem spotkanie z dyrektorem L. [chodzi o pułkownika Piotra L., byłego szefa bydgoskiej ABW, któremu Prokuratura Okręgowa w Poznaniu postawiła zarzuty w związku z tzw. aferą Orlenu — od red.] i jego zastępcą. L. powiedział, że nie chce znać szczegółów i wezwał osobę, która nadzorowała Belmę (pana Sobeckiego). Nie wiem, co dalej stało się z moim doniesieniem”.

Jak było naprawdę?

Na rozprawie 28 lutego — Jacek Kurkus: „1 marca, ani w ogóle, oskarżony nie poinformował mnie o tym bezpośrednio, żeby cokolwiek przekazał do ABW (...)”. Prokurator Macierzyńska–Jankowska w uzasadnieniu do oskarżenia: „W toku (...) śledztwa wersja zdarzeń podana przez Jerzego M. nie znalazła potwierdzenia w zgromadzonym w sprawie materiale dowodowym”.

Prawdopodobnie zeznania oficera ABW Jacka Sobeckiego w aktach sprawy istnieją (być może to notatka urzędowa k. 616 w wykazie dowodów do przeprowadzenia na rozprawie). Są ponoć utajnione... Czy to ślad po wizycie M. w ABW? Jakiś musi przecież istnieć — choćby w postaci wpisu w księdze wejść. Co na to Zuzanna Mrozowska, rzeczniczka bydgoskiej delegatury ABW?

— Sprawę przekazaliśmy Prokuraturze Bydgoszcz-Południe — tam przeprowadzono postępowanie przygotowawcze. I tam też proszę pytać o szczegóły — ucięła.

Renata Macierzyńska-Jankowska w urzędowym tonie:

— Prokuratora obowiązują procedury… Nie udzielę odpowiedzi. Wszystkie materiały przekazaliśmy do sądu. Teraz sędzia jest gospodarzem. W jego gestii leży, czy i kiedy ujawni określone dowody. Być może odpowiedź na frapujące pytania padnie w czasie kolejnych rozpraw…

Tymczasem finał tej z 28 lutego 2006 r. okazał się dla oskarżonego korzystny. Na wniosek Jerzego M. sąd postanowił uchylić środki zapobiegawcze, zastosowane wobec niego wskutek postanowienia prokuratury: poręczenie majątkowe w kwocie 20 tys. zł i zakaz opuszczania kraju z jednoczesnym zatrzymaniem paszportu. Następna rozprawa — 5 kwietnia

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wojciech Surmacz

Organizator

Puls Biznesu

Autor rankingu

COFACE

Partner

KRD

Patroni honorowi

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu