Korekta w USA, do której warszawscy inwestorzy zaczęli przygotowania już dwa tygodnie temu, jak na złość nie chce nadejść. Dow Jones co rusz testuje szczyty hossy, rozwiewając obawy o szybkie nadejście realizacji zysków. Wygląda na to, że duzi inwestorzy z warszawskiej giełdy zaczynają zdawać sobie sprawę, że omija ich ogólnoświatowa hossa. Licząc na rychłe spadki cen w USA, tracą tylko czas. Początek obecnego tygodnia stoi więc pod znakiem nadrabiania zaległości GPW względem czołowych rynków świata, z amerykańskim na czele.
We wtorek tradycji stało się zadość. WIG20 wiernie naśladował ruchy indeksów giełd zachodnioeuropejskich. Po południu uwaga graczy skupiła się na pierwszej godzinie notowań na Wall Street. Koniunktura u zachodnich sąsiadów oraz za oceanem dopisywała, więc na zamknięciu WIG20 wzrósł o 1,83 proc., do 3632,27 pkt. Do historycznego rekordu 3697,38 pkt z 4 maja brakuje mu zwyżki o kolejne 1,8 proc.
Rekordy wszech czasów poprawiły natomiast WIG i mWIG40. Indeks szerokiego rynku zwyżkował o 1,2 proc., osiągając na finiszu pułap 61 782,82 pkt. Wskaźnik koniunktury giełdowych średniaków wyśrubował swój szczyt po raz trzeci z rzędu, wspinając się do poziomu 5351,45 pkt. Inwestorom windującym jego wartość zaczyna chyba jednak brakować sił, bo we wtorek mWIG40 poszedł w górę tylko o 0,1 proc. Giganci wyraźnie przyćmili resztę rynku.