Gry terenowe

Jacek Konikowski, Monika Sobkiewicz
26-11-2004, 00:00

Orlen: „Kim (...) jest Krzysztof Fałek — ofiarą wielkiego koncernu czy sprytnym oszustem, chcącym zemścić się za wyrzucenie go z pracy za »chrzczenie paliwa« na swojej stacji?”. A kim są inni, też pozwalniani, ajenci?

Rankiem 4 lipca 1988 roku na stację CPN w Meszczach pod Piotrkowem Trybunalskim na motorowerze Komar zajechali dwaj mężczyźni. Za sekundę wpadli do budynku, wymachując dubeltówką. Kiedy pracownicy schronili się na zapleczu, bandyci plądrowali stację.

— W końcu postanowiłem wyjrzeć, czy już pojechali — mówi Krzysztof Fałek.

I wtedy z odjeżdżającego motoroweru padł strzał. Trzynaście śrutowych drobin trafiło go w brzuch. Lekarze z piotrkowskiego szpitala mówili, że otarł się o śmierć. W drzwiach, za którymi się chował, milicjanci odnaleźli ponad 100 śrucin. Dziennik Telewizyjny donosił: „Sprawcy napadu skradli magnetofon i 100 tys. zł. Milicja jest na tropie rabusiów”.

— To już historia — mówi Fałek, do niedawna ajent feralnej stacji 710 w Meszczach, na której przepracował kilkadziesiąt lat. I dodaje:

— Nigdy nie przypuszczałem, że przyjdzie mi jeszcze kiedyś przeżyć podobne napięcie. A przyszło...

Drozda zatankowany

— Zrobię panu taką kawę, jaką na stacji podawałem klientom. Dobra była, profesor Religa mówił, że najlepsza. Zawsze się u mnie zatrzymywał w drodze do Warszawy. I Kobuszewski też ją chwalił — mówi Fałek i sięga po grubą księgę wpisów w ozdobnej oprawie.

Kartka po kartce: Krzysztof Hołowczyc, Majka Jeżowska, Krzysztof Daukszewicz, Roman Kłosowski, Republika, Wiesław Kaczmarek… Ciepłe słowa. Dariusz Szpakowski: „Najlepsza benzyna na trasie katowickiej”. Potem: „Szczęścia waszej stacji, bo miła, Siema, Jurek Owsiak”. I jeszcze: „Smaczności, grzeczności, Jacek Kuroń”, „Z serdecznymi pozdrowieniami, róbcie swoje, Wojtek Młynarski”. Najzgrywniejszy wpis: „Kto ma dobrze w głowie, ten tankuje w Piotrkowie. Tadeusz Drozda — Zatankowany”.

Kto by teraz mógł i chciał takie grzeczności wypisywać na stacjach czy w sklepach, których pracownicy są sztywno uprzejmi i plastikowo uśmiechnięci, bo tak nakazują procedury, a nie zwyczajna życzliwość... Który właściciel stacji benzynowej buduje przy niej huśtawkę dla dzieci? A Fałek zbudował. Drzewa posadził, klomby porobił.

Ajentem stacji CPN w Meszczach był od ćwierci wieku, potem handlował w barwach Orlenu. Zatrudniał tuzin osób. Dyrekcja go chwaliła — miał największe obroty w okolicy.

— Dostałem nawet złotą odznakę zasłużonego pracownika CPN — mówi Fałek, wyjmując z puzderka odznaczenie, przypominające wyglądem Order Orła Białego.

I sięga po arkusz ocen ajenta Orlenu: I kwartał 2003 roku — dynamika sprzedaży paliw: 130 procent. To nie fuks. Miesiąc w miesiąc Orlen dawał mu 100 procent punktów za jakość obsługi klienta. Nic dziwnego, że wielu przyjeżdżało i podpatrywało, co i jak. Nawet późniejszy prezes Orlenu, Zbigniew Wróbel, zjawił się u niego kilka razy, gdy miał praktyki na sąsiedniej stacji w Piotrkowie, gdzie „uczył się nalewać paliwo z dystrybutora”.

W 1988 roku Fałek został prezesem Stowarzyszenia Użytkowników Stacji Paliw. W 2002 r. założył Ogólnopolski Związek Sprzedawców Produktów Naftowych PKN Orlen.

I wtedy coś się zaczęło zmieniać...

Prezes z postulatami

— Krzysztof nie jest typem niepokornego rozrabiacza, któremu wszystko przeszkadza. Po prostu: chciał poprawiać coś, co nie działało jak należy. Dla jednych to zaleta, dla innych — wada — mówi przyjaciel Fałka, ajent stacji paliw z okolic Łodzi.

— Gdy 4 lata temu CPN zmieniał się w Orlen, chcieliśmy pomóc w budowaniu nowych struktur koncernu. Tym bardziej, że zaczęło się dziać źle. Na własnej skórze odczuwaliśmy coraz gorsze działanie struktur terenowych firmy. A jeszcze we wrześniu 2001 roku zarząd wprowadził nowe umowy ajencyjne, znacznie gorsze od poprzednich. Mieliśmy dwa wyjścia: zrezygnować i poszukać innego partnera albo uczestniczyć w tworzeniu koncernu — tak Fałek tłumaczy powody powstania stowarzyszenia.

Przystało do niego kilkuset ajentów. Początkowo koncern liczył się z ich postulatami. Gdy stowarzyszenie zwróciło uwagę na wysokość kosztów utrzymania stacji, których niekiedy nie udawało się pokryć z bieżących przychodów, Orlen wziął na siebie ich część.

Stowarzyszeniu udało się też — w pewnej mierze — uporać z problemem „dozwolonych ubytków”. Wcześniej ajenci ponosili całkowitą odpowiedzialność za towary należące do Orlenu. Długo byli rozliczani nawet z najdrobniejszych kradzieży, których dopuszczali się klienci. Niby nic złego: odpowiedzialność musi być. Ale w większości tego typu umów handlowych tkwi zapis o tzw. dozwolonych ubytkach.

— Orlen dopiero w zeszłym roku — po wieloletnich naciskach stowarzyszenia — zgodził się je umieścić w umowach ze swoimi ajentami. Ale określił wielkość ubytków na 0,1 proc. — twierdzi Fałek.

Realna ich skala na stacjach benzynowych w Polsce waha się od 0,1 do 0,4 proc. (dopiero w tym roku, koncern „na papierze” ją podniósł — nasza opowieść rozgrywa się jednak nadal w 2002 roku).

Fałek, prezes stowarzyszenia wielokrotnie informował kierownictwo o nieprawidłowościach i sprawach, które warto by zmienić wraz ze zmianą nazwy z CPN na Orlen. Współpraca z kolejnymi zarządami koncernu układa się różnie — raz dobrze, raz źle.

Ale od czasów wiceprezesa firmy Sławomira Golonki — sumuje Fałek — koncern zaczął traktować ajentów jak pracowników, a nie jak autonomiczne podmioty gospodarcze, którymi w istocie byli.

— Niektórzy członkowie stowarzyszenia zaczęli donosić o dziwnych kontrolach: rewizjach osobistych, przeszukiwaniach samochodów, próbach zastraszania ich pracowników. Koncern kontrolował i karał naszych pracowników! Jego funkcjonariusze wydawali im polecenia z pominięciem nas — ich szefów! A umowy ajencyjne zaczęły przypominać umowy o pracę. Zmiany w zapisach wprowadzano jako aneksy, a nie w postaci nowych, uzupełnionych umów. Kilku ajentom wymówiono je z prozaicznych powodów... Na nasze zapytania koncern przestał odpowiadać. Zapanowała psychoza strachu — wspomina Fałek.

Ajenci narzekali, że kontrole były nieobiektywne, że obciążano ich wirtualnymi ubytkami (braki te powodują utratę części prowizji dla ajenta).

— Wychodziło tych ubytków średnio 700-800 zł miesięcznie — i o tyle mniejsze były moje zarobki. Wiele zaczęło zależeć od humoru kontrolera. Kiedyś zapytałem Leonarda Karolaka, kierownika nadzoru sieci, dlaczego mam 30 pkt, a nie 36, które mi się należą. Pokręcił nosem — i dodał mi 3... Procedury sobie, a on — sobie. Ręczne sterowanie. Terenowi urzędnicy koncernu działali jak udzielni książęta, którzy zrobią wszystko, by się wykazać efektywnością dochodów. Naszym kosztem... — uważa Krzysztof Fałek.

Zarząd Stowarzyszenia Użytkowników Stacji Paliw uchwalił wotum nieufności wobec Leonarda Karolaka, obwiniając go o brak obiektywizmu podczas kontroli, uznaniowość, nieobiektywne potrącanie prowizji, przez zaniżanie tzw. współczynnika oceny stacji, wystawianej przez koordynatora — wskutek czego stacja otrzymywała mniej pieniędzy za sprzedaż sklepową.

24 lipca 2003 roku Fałek poinformował o uchwale władze koncernu — w tym lokalnych urzędników: Krzysztofa Żukowskiego, kierownika Zespołu Obsługi Klienta i Sprzedaży PKN Orlen oraz Rafała Wisiałkowskiego, nowo obranego dyrektora Regionalna Dyrekcja Handlu Detalicznego (RDHD) w Łodzi.

Obaj adresaci wiadomości 5 sierpnia 2003 spotkali się z Fałkiem w siedzibie RDHD.

— Zaczęło się dziwnie. Pan Żukowski zapytał wprost: na czyj wniosek sformułowano treść uchwały? Byłem zaskoczony, bo spodziewałem się, że zapyta raczej o meritum, a nie o to, kto za nią stoi — wspomina Fałek.

Sądzi, że od chwili, gdy jako prezes stowarzyszenia wystąpił przeciwko urzędnikowi koncernu, nad jego głową zaczęły się zbierać czarne chmury.

3 sierpnia na stacji Fałka zjawiła się kontrola: wystawiła mu wyjątkowo kiepskie noty. Stacja 710, dotychczas stawiana za wzór innym ajentom, nagle — w oczach Orlenu — stała się jedną z najgorszych. Na arkuszu ocen działalności stacji widniało już nie 100 — jak zazwyczaj — lecz 50 procent punktów za obsługę klienta i wielkość obrotów.

— Obroty oceniono tylko na podstawie rolek z jednej kasy fiskalnej. A na każdej stacji, również mojej, stoją dwie... Jakim cudem tak o tym zapomnieli? — dziwi się Fałek.

Kilka dni później na stację Fałka przyszedł transport paliwa. Było upalne lato, a petrochemia przysłała mu cysternę z… zimowym paliwem! (świadectwo jakości).

23 sierpnia w hotelu w Strykowie doszło do spotkania ponad 120 ajentów Orlenu z dyrektorem Rafałem Wisiałkowskim. Temat: niewłaściwe traktowanie ajentów. Usłyszał niejedno.

Dostawa nr 7945/03

Trzy dni później Fałek z rodziną był na wczasach w Mielnie. Wcześniej, zgodnie z procedurą, poinformował lokalnego koordynatora Orlenu, że bierze urlop. W tym samym dniu, rankiem na stację w Meszczach przyjechała cysterna Orlenu z 25 tys. l ekodiesla Plus 50. Pracownik stacji zgodnie z procedurą sprawdził jego jakość, nalewając do butelki próbkę paliwa i patrząc, czy coś w nim nie pływa, czy kolor i gęstość są takie jak zwykle (paliwo jest własnością Orlenu, więc — od biedy — nie musiał robić nawet tego). Paliwo było „czyste”. Sprzedaż ruszyła.

O godzinie 13 zadzwonił do Fałka pracownik: jeden z kierowców, który zatankował na ich stacji, stanął po kilkuset metrach i nie może ruszyć z miejsca. Twierdzi, że przez paliwo. Co się stało? Przecież od 5 godzin trwała sprzedaż nowej dostawy, poszło już ze 3000 l! Po chwili: kolejny klient z unieruchomionym autem. I jeszcze jeden... Fałek polecił: wstrzymać sprzedaż paliwa i powiadomić lokalnego koordynatora Orlenu. Sam spakował manatki i wrócił do Piotrkowa.

Koło 23.30 był na miejscu. Stacja zamknięta. Kontrola. Na miejscu jest już Robert Mikulski, przedstawiciel centrali Orlenu z Warszawy z trzyosobową, uzbrojoną ochroną, oraz lokalni urzędnicy koncernu, w tym dwóch koordynatorów i dyrektor Rafał Wisiałkowski. Dyrektor osobiście zaczął liczyć… wódkę i papierosy. Według Fałka, kontrolerzy nie doliczyli się paczki papierosów i butelki wódki. Paliwa nie sprawdzali.

— W podobnych sytuacjach zazwyczaj wstrzymuje się sprzedaż paliwa, ale nie zamyka sklepu i baru — bo i po co... Pytam dyrektora Wisiałkowskiego, dlaczego stacja jest zamknięta. Odpowiada, że „akcją” kieruje pan Mikulski z Warszawy. On ma klucze od stacji i od kasetki z pieniędzmi. Ale przecież to ja odpowiadam za stację, jestem podmiotem gospodarczym, partnerem Orlenu! Tymczasem ktoś zamyka mi firmę i kładzie łapę na kasie. Każdy mój krok kontroluje ochroniarz, nawet kiedy idę do kibla, w mojej własnej firmie! — dziwi się Fałek.

Zostawia na stacji pracownika (miej wszystko na oku), sam wsiada w samochód i wraca do domu. Przespać się.

— Rano, o siódmej, wracam na stację. Dopiero wówczas ekipa z Łodzi zaczyna sprawdzać paliwo. Wyciągają wodę z dna zbiornika. W każdym jest tzw. stan martwy paliwa — jak woda w zęzach statku. Tam się osadza woda z paliwa i ciężkie frakcje. Do baku to nie wchodzi, bo wtedy wstrzymuje się sprzedaż i czeka na dostawę. Wyciągają 200 l wody i 200 l substancji emulgowanej — czyli w normie. Próbki pobrane, paliwo zastąpiono nowym... Kiedy chce ruszyć ze sprzedażą, w południe na stację wjeżdża komisja inwentaryzacyjna. W jakiej sprawie? A koordynator: „Inwentaryzacja, zdanie stacji jest”. „Pan chyba żartuje” — mówię, na to on: „Nie, zaraz przyjdzie do pana wypowiedzenie” — relacjonuje Krzysztof Fałek.

Konsekwencje

Za co? Dlaczego? Przez tę wodę — ale skąd się, do diabła, wzięła w zbiorniku? Fałek dzwoni do centrali w Warszawie, do dyrektora Wojciecha Radomskiego, odpowiedzialnego w Orlenie za detal. Za kwadrans będzie odpowiedź faksem — usłyszał. Ale żadne pismo nie nadeszło.

— Pozostała mi tylko Łódź i dyrektor Wisiałkowski. Dzwonię, urzędnik mówi: „Jeśli Warszawa się zgodzi, nie widzę problemu” — opowiada Fałek.

Po dwóch godzinach na stacji pojawia się samochód z Łodzi z wypowiedzeniem dla Fałka. Powód: braki gotówkowe, towarowe, zawodnienie paliwa. Fałek go nie podpisuje. Komisja inwentaryzacyjna od rana czeka, ale Fałek nie ustępuje — nie będzie żadnej inwentaryzacji czy zdania. Pat trwa do 17.00.

— 5 godzin stałem bezradny, nie wiedząc, o co chodzi, co robić ani do kogo zwrócić się o informację czy pomoc. Dziecko we mgle... Rozpaczliwe telefony: do posłów, do Sejmu, gdzie się da... — wspomina Fałek.

Wisiałkowski powiedział przez telefon, że decyzji jednak nie zmieni; powodów nie podaje. Fałek: skoro tak, to dzwonię na policję gospodarczą, by zabezpieczyła stację. W końcu zjawiają się policjanci. Fałek przez całą noc liczył towary na stacji, którą zdał następnego dnia około 17.00.

— W tym czasie ochrona nie odstępowała mnie na krok. Stali z rozstawionymi nogami i rękoma na broni przy każdych drzwiach i żeby przejść, trzeba było ich przepraszać — mówi pracownik Fałka.

— Ten napad sprzed wielu lat, to była pestka w porównaniu z tym, co psychicznie przeżywałem w tamtych dniach. Najgorszemu wrogowi nie życzę... — mówi Fałek.

Facet jak dąb, ale z oczu ciekną mu łzy.

Po zdaniu stacji cały zgromadzony na stacji towar Fałek musiał natychmiast wynieść.

— Prosiłem, by część towarów zostawić. Co miałem robić na przykład z lodami z chłodni? Mój dom przypominał wielką hurtownię... — wspomina.

Nazajutrz PKN Orlen zablokował Fałkowi fakturę za świadczenie usługi (na 18 tys. zł). Tym samym jego pracownicy zostali bez pensji. Ryszarda Torombosia, z zawałem serca, karetka w ostatniej chwili dowiozła do szpitala.

— Baliśmy się, że z tego nie wyjdzie... Wiele godzin spędziliśmy na zmianę w szpitalu. Na szczęście przeżył — wspomina Fałek.

To koniec pierwszej odsłony.

Inne spojrzenie

I początek drugiej, kiedy to Fałek stara się udowodnić, że jest niewinny i że padł ofiarą „zemsty lokalnych urzędników PKN Orlen — za to, że wytknął im nierzetelność i nieuczciwość”.

Stawia na stole dwa opasłe segregatory pełne dokumentów, ekspertyz, opinii, listów i faksów. Ponad 120 pism, wystosowanych przez 366 dni: od września 2003 roku do dziś. Wychodzi średnio 1 pismo na trzy dni.

Ponieważ nikt z kierownictwa Orlenu nie chciał z nim rozmawiać, Fałek idzie na policję. Zaczyna się dochodzenie i prowadzący sprawę policjant po 3 miesiącach występuje do prokuratury o przedłużenie śledztwa (chciał jeszcze wezwać na przesłuchanie Mikulskiego i Wiesiałkowskiego — najważniejsze osoby w sprawie). Prokurator nie zgodził się jednak przedłużyć śledztwa i zawiesił postępowanie. Fałek odwołuje się do Prokuratury Okręgowej w Piotrkowie, ale sąd nie przychylił się do jego wniosku.

— Prokurator argumentował przed sądem, że nie ma pieniędzy na ekspertyzy... — mówi zbulwersowany Fałek.

Dochodzenie zamknięto. Z Orlenu wyszedł pozew przeciwko niemu, obciążający za zaginione towary i złe paliwo. W sumie — na 21 tys. zł. Na żądanie o uzasadnienie tej kwoty, koncern przysłał dokument wewnętrzny (notę księgową podpisaną przez Ryszarda Walczaka, dyrektora biura finansowego PKN Orlen w Łodzi) i powiadomił, że uzasadnienie... nie jest konieczne.

Potem przyszła druga nota — już na 26 tys. Tym razem Orlen z wyszczególnieniem: „holowanie pojazdu klienta”, „naprawa samochodu klienta”, „zwrot klientowi za zawodniony produkt”, „przewóz oleju napędowego ze stacji do bazy w Koluszkach, jego wyładunek i transport”, „ochrona stacji” (3 dni — prawie 7 tys. zł), „straty z tytułu postoju stacji”. Notę podpisała Elżbieta Około-Kułak, specjalista ds. organizacji i nadzoru sieci.

Fałek nadal zabiegał o spotkanie z władzami Orlenu. 25 listopada 2003 roku napisał do prezesa Wróbla, opisując zdarzenia: „Od dłuższego czasu zabiegam o spotkanie z panem prezesem, ale bezskutecznie, dlatego zdecydowałem się napisać do pana e-mail, przytaczając niewielką część krzywd i upokorzenia, jakie mnie spotkały. Z nadzieją oczekuję na właściwą reakcję pana prezesa”.

15 grudnia Fałek jedzie do Warszawy. Czekają na niego Sławomir Golonka, wiceprezes zarządu PKN Orlen, Robert Mikulski, odpowiedzialny za „akcję” na stacji oraz Tomasz Grzela, zastępca dyrektora ds. zarządzania siecią.

Prezes Golonka, na powitanie, pyta Fałka, jak może mu pomóc.

— Ponieważ procedury sprawdzające nie wykazały mojej winy, proszę cofnąć mi wypowiedzenie i przywrócić do pracy — mówię. Na co Golonka wypalił: Panie Krzysztofie, gdybym tak zrobił, stworzyłbym precedens, takich jak pan przyszłoby więcej, jak ja bym pana na nowo przyjął, to mnie by zwolnili. Po czym zwraca się do Mikulskiego: co to było? Były jakieś braki towarowe? Mikulski: nie. W kasie były jakieś braki? Mikulski: 500 zł. To nie ma o czym mówić... I co jeszcze? Mikulski: zawodnione paliwo. I tylko to? Mikulski: tak. Wtedy Golonka zwrócił się do mnie: „To niech mi pan da jakąś ekspertyzę” — relacjonuje były ajent.

Fałek nie zastanawiał się, dlaczego ma udowadniać w ekspertyzie obecność wody w paliwie będącym własnością koncernu. Następnego dnia pojechał z pobraną przez pracownika (tego, co tak oglądał pod światło paliwo z feralnej dostawy) próbką do laboratorium przy Politechnice Łódzkiej. Opinia wskazuje, że woda powstała wskutek zaciągnięcia jej podczas napełniania ze zbiornika magazynowego do cysterny. Fałek dla pewności w Warszawie robi kolejną ekspertyzę — w Wojskowym Ośrodku Badawczo-Rozwojowym. Ta opinia w zasadzie potwierdza poprzednią. „Nie można jednoznacznie określić pochodzenia wody w zbiorniku na stacji 710” i dalej: „Może zaistnieć sytuacja, że do pierwszej tankowanej komory w cysternie samochodowej najpierw trafiła woda, potem mieszanina paliwa i wody, a następnie, na końcu, czyste (bezwodne) paliwo” — brzmi końcowy fragment ekspertyzy, podpisanej przez ppłk. dr. inż. Jerzego Bączka, kierownika Zakładu Paliw Płynnych WOBR. Dwie niezależne ekspertyzy sugerują, skąd mogła się wziąć woda w sprzedawanym na stacji paliwie i z czyjej winy. Wiele wskazuje, że zawodnione paliwo wyjechało w cysternie Orlenu wprost z rafinerii.

Fałek, zgodnie z prośbą prezesa Golonki, chce mu przedłożyć oba dokumenty, raptem wicedyrektor Grzela, przekazuje mu, że decyzje w jego sprawie dawno już zapadły. I żadne ekspertyzy nic już nie zmienią.

A w Żyrardowie...

3 września 2003 roku jeden z kierowców tankujących paliwo na stacji PKN Orlen nr 570 w Żyrardowie zgłasza reklamację: po zatankowaniu samochód ujechał kawałek i stanął. Stację zamknięto i sprawdzono paliwo: zawodnione! Po kilku godzinach stacja nadal działała — i działa po dziś dzień. Wobec jej ajenta nie wyciągnięto konsekwencji, mimo że historia była kalką tego, co zdarzyło się raptem kilka dni wcześniej w Meszczach.

— Dzisiaj już wiem, skąd ta woda. Gdybym przeczekał pół godziny aż opadnie do martwej strefy w zbiorniku stacji, może problemu by nie było... Ale wtedy tego nie wiedziałem — żałuje Fałek.

A Stowarzyszenie Użytkowników Stacji Paliw? Po odejściu Fałka nie odbywają się już zebrania z zarządem koncernu. Nie ma nikogo, kto by je inicjował, walczył o interesy ajentów, koordynował działania organizacji terenowych. Nie ma już chętnych.

Krzysztof Fałek do dziś chce się oczyścić z zarzutów, których nikt mu oficjalnie nie postawił, ale za które poniósł karę.

Zdaniem koncernu

— Nie wolno mi udzielać informacji. Proszę skontaktować się z biurem prasowym. Oni mają tam już gotowe oświadczenie dla prasy. Powiem tylko, że temat Krzysztofa Fałka nie jest w koncernie tabu. Zna go już każdy, aż po radę nadzorczą. Generalnie: nie ma racji i w jego sprawie nic się już nie ruszy, bo jest ona jasna i oczywista — twierdzi dyrektor Wisiałkowski z Regionalnej Dyrekcji Handlu Detalicznego w Łodzi.

Paweł Poręba z biura prasowego PKN Orlen uważa, że Fałek po prostu nie mówi wszystkiego, że niektóre fakty celowo zataja, by się wybielić, a snuje spiskowe teorie.

Czego nie powiedział nam Fałek? Paweł Poręba wskazuje, że całą prawdę zawierają protokoły pokontrolne (ale nie są do publikacji) i że kontrola na stacji 710 miała zupełnie inny przebieg.

To Fałek — na wieść o przybyciu Mikulskiego na stację — przyjechał z własnymi ochroniarzami, od tyłu budynku, na zgaszonych światłach. Mikulski się go przestraszył i wezwał ochronę. Jakie kwity znaleźli na Fałka kontrolerzy Orlenu? Prócz zawodnionego paliwa, wykryli wiele nieprawidłowości w działaniu stacji — w tym na przykład: „kij bejsbolowy na niegrzecznych klientów”.

A co z wodą w paliwie? Zdaniem Poręby, nie ma możliwości, by znalazła się w cysternie Orlenu, z której zlewano paliwo do zbiorników stacji. Musiała być już w nich.

— To ewidentna wina Fałka, bo — jako ajent — to on odpowiadał za stację. Ponoć na własną rękę robił jakieś badania tego paliwa w różnych laboratoriach, które jedno po drugim jednoznacznie odrzucały jego tezę, że zawodnione paliwo trafiło na stację z rafinerii — mówi Paweł Poręba.

W oficjalnym oświadczeniu w sprawie Fałka, otrzymanym z PKN Orlen, czytamy: „(…) Kim więc naprawdę jest Krzysztof Fałek — ofiarą wielkiego koncernu czy sprytnym oszustem, chcącym zemścić się za wyrzucenie go z pracy za »chrzczenie paliwa« na swojej stacji? Skoro twierdzi, że padł ofiarą Orlenu, to dlaczego właśnie on i tylko on jeden?”.

A może niejeden? Poszliśmy tym tropem.

Ci inni

Grzegorzem Kuriata był ajentem orlenowskiej stacji paliw w Niemodlinie koło Opola.

— W środę 4 sierpnia tego roku, koło 9 rano na stację wjechały opel i peugeot, z których wyskoczyło kilku facetów, w tym dowodzący „akcją” pan Mikulski. Pobiegli na zaplecze. Wyglądało jak napad. Po chwili goście oznajmili, że są z Orlenu i że mam zamykać stację, bo teraz jest kontrola. Machnęli przed nosem kserem jakiegoś dokumentu, podpisanego przez byłych prezesów. Sporządzili protokół, który chciałem dokładnie przeczytać. Wtedy próbowali mi go wyrwać z ręki. Doszło do szamotaniny i kilka razy dostałem w głowę. Pracownicy stali jak sparaliżowani i patrzyli, jak mnie obijają o ścianę. W końcu udało mi się włączyć alarm i na stację przyjechała policja. Gdy się okazało, że to nie napad, lecz „kontrola”, radiowóz odjechał. Po chwili dostałem wypowiedzenie umowy — relacjonuje Kuriata, który zgłosił sprawę do prokuratury w Opolu.

Jako powód wypowiedzenia podano „niedopuszczenie do przeprowadzenia kontroli”. Po wizycie kontrolerów Kuriata przez 2 tygodnie miał nogę w gipsie, od sierpnia przebywa na zwolnieniu lekarskim, pod stałą obserwacją neurologa.

Próbowaliśmy skontaktować się z Robertem Mikulskim, kierownikiem działu kontroli sieci stacji, ale — na razie — bez rezultatu.

— Stację paliw prowadziłem 10 lat. W zeszłym roku na 1450 stacji Orlenu moja okazała się najlepsza, a pod względem obsługi klienta — zajęła III miejsce w kraju. Rok w rok nagrody dostawałem... Orlen organizował u mnie szkolenia dla pracowników i innych ajentów. 8 grudnia 2003 roku koło 21 na stację przyjechały 3 samochody z kontrolerami Orlenu, dowodzonymi przez Mikulskiego. Mnie wtedy na stacji nie było, więc dowiedziałem się o tym z relacji pracowników. To wyglądało na napad! Jeden z kontrolerów natychmiast pobiegł wyłączyć monitory, rejestrujące, co dzieje się na stacji, a pozostali zablokowali wyjścia, usunęli klientów i zaczęli kontrolę. Zrywali kłódki z szafek pracowników, grzebali w ich rzeczach osobistych, a gdy ktoś szedł do toalety, to kontroler mu towarzyszył. Pan Mikulski „coś znalazł”: faktury na paliwo, których klienci zapomnieli zabrać, a które trzymaliśmy — wiedząc, że po nie wrócą. O wypowiedzeniu nikt jeszcze nie mówił. Kilka tygodni później, na zebraniu ajentów z regionu, opowiedziałem 150 ajentom, jak przebiegała kontrola. Oj, błąd... Nie zapanowałem nad nerwami i wypaliłem, że Mikulski zachował się jak cham. Kilka dni później dyrektor Brygała z oddziału olsztyńskiego dał mi wybór: albo podpiszę wymówienie za porozumieniem stron i ocalę pracowników, albo ich zwolni. Podpisałem... Oni chcieli, by moja żona dalej stację prowadziła... Sądzę, że temu Mikulskiemu ktoś to kazał robić celowo... Pan wie, jak go się bali dyrektorzy oddziałów terenowych, którym podlega obszar niekiedy wielkości kilku województw?! — opowiada Daniel Soborski, kiedyś ajent z Inowrocławia.

Piotr Grabowski z Włocławka stację prowadził wraz z całą rodziną od ćwierć wieku. 2 lata temu z dnia na dzień i on, i krewni poszli na bruk.

August Augustyniak, ajent z Łodzi nie wytrzymał presji sytuacji. Popełnił samobójstwo.

— Taki „komandos” może napluć ajentowi w twarz, a ten nie może nic zrobić, bo straci pracę. A najgorsze, że ktoś w zarządzie dawał na to przyzwolenie — mówi Soborski.

Trudno uwierzyć? Trudno. Nam też. Ale usłyszeliśmy podobne relacje ajentów m.in.: z Oleśnicy, Wrocławia, Warszawy, Łodzi, Włocławka, Inowrocławia. Niektórzy boją się mówić — choć chcieliby. Inni potwierdzają, że koncern stosował mobbing. Wszyscy utracili swe stacje między 2002 a 2004 rokiem. I prawie wszyscy mówią to samo: koncern nie grał z nimi fair, wykorzystywał pozycję silniejszego, obarczał własnymi obowiązkami oraz odpowiedzialnością za jakość własnych produktów i celowo rugował ajentów z najlepszych stacji, aby przekazać je swoim ludziom.

Najbardziej dopiekły ludziom te dzikie kontrole, przypominające najazd czy napad:

— Pod moją nieobecność przyjechała kontrola i zaraz po niej dostałem wypowiedzenie, bez żadnego uzasadnienia. Nie wiem, dlaczego straciłem stację... Mam 63 lata i kto mnie teraz weźmie do pracy? Pisałem odwołania. Na próżno. Prawnik radzi mi, by pójść do sądu, bo wygraną mam w kieszeni. Jak się układała współpraca z Orlenem? Traktowali nas jak pracowników, a nie jak przedsiębiorców, z którymi podpisali przecież umowy. No, a skoro już byliśmy tymi przedsiębiorcami, to zachęcali, by inwestować w stacje — np. w instalacje do sprzedaży autogazu. No i budowaliśmy je... Na początku mogliśmy jeszcze kupować gaz od kogo chcieliśmy, ale w końcu zakazali nam tego, zmuszając do zakupu gazu wyłącznie z Orlenu. W czasach wolnego rynku! Musieliśmy kupować go drożej niż u innych dostawców. Ledwośmy zarabiali na siebie, a tu nagle raz, drugi pisemko przysłali, że podnoszą opłatę dzierżawną za teren — no i zyski diabli brali. Na paliwo narzucali własne ceny — sztywne, nie można było ich obniżać, nawet gdy u sąsiadów z konkurencji było taniej. Jakby nadal byli CPN-em, monopolistą... Kiedy ktoś próbował protestować, zabierali mu stację, w którą inwestował z własnych pieniędzy — mówi Stanisław Paryska, do niedawna prowadzący stację PKN Orlen w Białobrzegach.

— Przepracowaliśmy na stacji prawie 20 lat. Nagrody, wyróżnienia... Byliśmy w pierwszej dziesiątce najlepszych stacji w regionie. Tyle lat nikt nigdy nie miał zastrzeżeń do naszej pracy. 2 lutego 2004 roku, koło godziny 18 przejeżdżaliśmy obok naszej stacji i ze zdziwieniem zauważyliśmy wygaszone światła. Stacja była zamknięta. Co się stało??? Na stacji była kontrola, która nakazała wstrzymanie sprzedaży. Tak postanowił człowiek, który ją prowadził z upoważnienia Orlenu — pan Mikulski. To nas zastanowiło, bo byliśmy przedsiębiorcami, więc jak ktoś może zamykać nam firmę i rozkazywać naszym pracownikom? Jeden z nich stawiał się, więc go wulgarnie potraktowano... Nas przez pewien czas nie chciano wpuścić na stację. Kazano nam podpisać protokół kontrolny, ale nie dano jego kopii. Potem pan Mikulski zadzwonił do dyrektora regionalnego i po kilku dniach otrzymaliśmy wypowiedzenie. Jedyny zarzut? „Brak nadzoru nad pracownikami”. Okazało się, że jeden z nich zamiast wręczać klientom paragony fiskalne, wyrzucał je do śmieci, bo żaden z klientów ich nie żądał ani nie zabierał — opowiada Anna Wesołek z Inowrocławia.

Wraz z mężem Adamem są na kuroniówce. Mają po 50 lat i niewielkie szanse na znalezienie pracy.

— Wynajęliśmy prawnika, by zachować twarz... Dobre imię. I on od razu przyznał, że nasze zwolnienie odbyło się niezgodnie z prawem — dodaje Adam Wesołek.

Grzegorz Pruski czuje się oszukany, ale i zły sam na siebie — za naiwność. W domu w Oleśnicy z dumą pokazuje puchar Złotej Dziesiątki Przedsiębiorców z Oleśnicy i wyróżnienie przyznane mu przez burmistrza miasta i lokalną gazetę. Na stacji przepracował 17 lat, w tym jako ajent — prawie 12. Kiedyś uratował ją przed wybuchem, gdy chory psychicznie samobójca oblał się benzyną z węża i chciał się podpalić.

— 3 lata temu sam miałem ochotę to zrobić, gdy dałem się wyrzucić ze swej stacji... — mówi Grzegorz Pruski z Oleśnicy. I opowiada:

— W 2002 roku, rankiem, koło 10.00, w momencie dostawy, na stacji pojawił się Mikulski. Machnął upoważnieniem podpisanym przez prezesa Wróbla i zaczął się czepiać drobiazgów — jakby w ogóle nie znał się na prowadzeniu stacji. Pytał, gdzie ukryłem kanistry z lewym paliwem. Wkurzył się, że nic nie znalazł, trzasnął drzwiami i pojechał. Wkrótce potem dostałem telefon od znajomego z centrali, że on wróci na stację w nocy. Rzeczywiście, o 1 w nocy zadzwonił do mnie pracownik, mówiąc, że „jakiś palant niszczy stację”. Szybko przyjechałem — i widzę, jak Mikulski niszczy obudowę kompresora. Pytam: co pan robi, a on, że dobrze wie, że tu są ukryte kanistry. Potem już na stacji liczył, przeszukiwał... Nic nie znalazł. Żadnego protokołu pokontrolnego nie zostawił. Nawet ludzie z centrali Orlenu byli zaszokowani metodami Mikulskiego. Kilka dni później dyrektor Falęcki, szef regionu zaprosił mnie i kazał podpisać wymówienie za porozumieniem stron. Zostałem bez środków do życia... Przez jakiś czas pomagała mi rodzina. Teraz powoli staję na nogi. I dziwię się, dlaczego się mnie pozbyli. Przecież sprzedaż miałem dobrą... Ale to nikogo nie obchodziło... Kilka dni później moją stację dostał młody chłopak, któremu wystarczyło 1200 zł miesięcznie. Moja umowa pozwalała mi zarobić znacznie więcej.

Przed trybunałem

Może ajenci chcą się zemścić? Cóż w tym złego, że Orlen ich się pozbył, skoro — zdaniem kontrolerów — nie byli wystarczająco dobrzy, profesjonalni czy uczciwi. Takie czasy: liczą się efekty. Może dziś „burzą” się, bo sami mają niejedno na sumieniu? Ale czy sądy też się mylą?

— Na stacji przepracowałem 20 lat. Dostawałem nagrody. Wszystko się zmieniło, gdy na stację zjechał pan Mikulski z kontrolą. Szukali długo, nic nie znaleźli. Już chcieli wracać, gdy Mikulski nagle przyniósł dowód winy: stare, przedarte paragony, które znalazł chyba w śmieciach. Po dwóch tygodniach dowiedziałem się, że w protokole pokontrolnym pojawił się zarzut o nieużywaniu kasy fiskalnej. Zamiast protokołu dostałem do ręki wypowiedzenie — twierdzi Bogdan Gołębiewski z Poznania.

Półtora roku temu pozwał Orlen do sądu. Jego adwokat dowiódł, że koncern niesłusznie wypowiedział z nim umowę.

— Dyrektor RDHD nie ma prawa do rozwiązywania umów z ajentami, o czym nie wiedzieli ani sami dyrektorzy, ani nawet prawnicy z centrali Orlenu — mówi Gołębiewski.

W lipcu 2004 roku zapadał wyrok. Sąd nakazał Orlenowi zapłacić byłemu ajentowi 75 tys. zł odszkodowania (za 18 miesięcy pozostawania bez pracy) i zwrot kosztów — w sumie 100 tys. zł.

— Radca prawny Orlenu zaproponował polubowne załatwienie sprawy: przywrócenie do pracy w zamian za zrzeczenie się odszkodowania. Zgodziłem się... — mówi Gołębiewski.

Radość nie trwała długo. Po 17 dniach dostał 3-miesięczne wypowiedzenie...

Grzegorz Kuriata też ma wygraną w kieszeni, ale boi się losu Gołębiewskiego.

— Prawnicy orzekli już, że wypowiedzenie było bezprawne, dlatego Orlen chce teraz syna przywrócić do pracy, jeżeli zrezygnuje z odszkodowania — tyle że nikt tam nie chce podjąć decyzji — personalnie. Taka błaha — bądź co bądź — sprawa trafiła aż do zarządu Orlenu. Niedługo to chyba u prezydenta się znajdzie.... — dziwi się ojciec Grzegorza Kuriaty, również ajent stacji Orlenu, ale w Opolu.

Przed sądem wygrał też Henryk Borkowski, ajent stacji patronackiej w Ostrołęce. W jego sprawie sąd nakazał PKN Orlen zapłacenie na rzecz poszkodowanego kwoty 302 tys. zł.

Z naszych informacji wynika, że podobne sprawy zamierza złożyć do sądu co najmniej kilkunastu innych byłych ajentów.

— Suma odszkodowań może pójść w miliony — twierdzi adwokat jednej z warszawskich kancelarii, która zamierza reprezentować ich przed sądem.

Trafiliśmy też do internetu, gdzie znaleźliśmy stronę stowarzyszenia SP-OPINIE (http://www.spopinie. kg.net.pl), na której ajenci i pracownicy Orlenu, swobodnie i anonimowo mogą wypowiadać się o tym, co im w działaniu koncernu PKN Orlen przeszkadza. Nic na pokaz, dla mediów... Mało kto tu zagląda — poza samymi pracownikami koncernu i jego partnerami. Lektura postów upewnia, że w Orlenie źle się działo. Ajenci, byli i obecni, żalą się na zarobki, na instrumentalne traktowanie ich przez koncern, na kontrole. Znów to samo...

Zbieżności

Czy przypadkiem w kilkunastu relacjach pojawia się ta sama kontrowersyjna postać pana Mikulskiego, który zwykle działa wbrew prawu — pod szyldem Orlenu? Czy opisywane kontrole przypadkowo tylko były przeprowadzane niezgodnie z prawem? (Bo czy firma firmie ma prawo wstrzymać prowadzenie działalności?) Czy przypadkiem nazwać można fakt, że ajenci nie otrzymali kopii protokołu z kontroli? Czy to zbieg okoliczności, że kontrole przebiegały przeważnie pod nieobecność ajentów i że dotyczyły najlepszych stacji i długoletnich partnerów?

Czy w końcu możliwe, by zarządy koncernu o niczym nie wiedziały?

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski, Monika Sobkiewicz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / Gry terenowe