Hej, euro jest nagie!

Nick Beecroft
opublikowano: 29-06-2010, 00:00

Świat zachodni naiwnie wierzył, że uda mu się uciec przed skutkami ostatnich dwudziestu lat życia na kredyt. Zamiana długów prywatnych na rządowe wydawała się idealnym rozwiązaniem, jednak w cudownym planie zaczynają pojawiać się pęknięcia. Wystarczy przypomnieć choćby ostatnie europejskie kłopoty z zadłużeniem publicznym.

Obecnie wprawdzie znajdujemy się w stanie nietrwałej równowagi, ale wkrótce się ona skończy. Nie spodziewajmy się jednak dramatycznych skutków kryzysu charakterystycznych dla gospodarek wschodzących (np. Argentyna, Indonezja), gdzie zwykle pojawia się połączenie dewaluacji z upadłością. Przygotujmy się raczej na nieuchronny, powolny dryf w stronę spirali deflacyjnej, która pojawi się po wdrożeniu działań ograniczających deficyt. To bardziej prawdopodobny scenariusz w gospodarkach rozwiniętych, które jeszcze długo pozostaną epicentrum kryzysu.

Najlepszym przykładem są ostatnie doświadczenia Grecji. Bogatsze narody strefy euro początkowo w słomianym zapale zaczęły coraz gorliwiej zapewniać o swoim poparciu. Miały one nadzieję, że taka tania, w rzeczywistości niewymagająca ponoszenia żadnych kosztów, zagrywka pozwoli Grecji przetrwać wyzwania związane z koniecznością oddania tego, co się pożyczyło.

W końcu, po wielu tygodniach zwlekania i niesnasek rynki zmusiły członków strefy do zaoferowania firmowanego przez MFW i UE pakietu ratunkowego o wartości 750 mld euro. Nawet ów wzór poskromiciela inflacji, EBC, został zmuszony do zrobienia kroku w tył i zakupu obligacji skarbowych emitowanych przez niefrasobliwe rządy państw z peryferii strefy euro. Naprawdę boleć zacznie jednak dopiero teraz. Wprowadzone zostaną cięcia budżetowe i plany oszczędnościowe, ponieważ hojność stron, które angażowały się w dotąd raczej kurtuazyjne działania — inwestorów, MFW i członków strefy euro — obwarowana jest złowrogo brzmiącymi zastrzeżeniami i warunkami. A i tak już słabe gospodarki południowoeuropejskie z pewnością pogrążą się w recesji i deflacji, najprawdopodobniej wśród nieprzyjemnych dla nikogo niepokojów społecznych w trakcie zbliżającego się długiego, gorącego lata.

Taki rozwój zdarzeń może czekać również większość innych niefrasobliwych emitentów obligacji skarbowych, na przykład Wielką Brytanię, a być może nawet Japonię (która już jest wciągana przez spiralę deflacyjną — połączenie olbrzymich oszczędności krajowych i elastyczność kursu jena mogą jednak jeszcze uratować skórę naszym azjatyckim przyjaciołom).

Prawdę mówiąc, euro od zawsze było "zwierzęciem politycznym" — planem mających dobre zamiary decydentów, którzy chcieli utrzymać w Europie spokój, uzależniając dobrobyt Południa od dobrej kondycji Północy i vice versa. Program ten miał jednak wadę wrodzoną związaną z brakiem unii fiskalnej. Euro zaczyna przypominać tytułowego bohatera baśni Hansa Christiana Andersena, "Nowe szaty króla".

Paradujące w nieistniejących szatach, otoczone przez czołobitnych dworzan Portugalia, Irlandia, Grecja i Hiszpania uwierzyły w iluzję zdolności kredytowej, sądząc, że wiarygodnością dorównują Niemcom. Podzwonne zabrzmiało, gdy Francja i Niemcy zdecydowały się na zignorowanie paktu stabilności i wzrostu.

Fascynujące jest to, że euro prawie się udało — nawet 27 proc. światowych rezerw walutowych, spoczywających głównie na przepełnionych do granic możliwości rachunkach Azjatów i władców Bliskiego Wschodu, było deponowane właśnie w euro, ale co teraz? Dane już pokazują, że strumień gotówki płynącej do Stanów Zjednoczonych staje się coraz bardziej wartki. Spójrzmy na to tak: gdybyście byli członkami kierownictwa chińskiego Państwowego Urzędu Wymiany Walut, mającymi do rozdysponowania rezerwy o wartości 2,5 biliona dolarów, jaką ich część zainwestowalibyście w euro?

Najbardziej przerażałaby was perspektywa tego, że Stany Zjednoczone Ameryki, największa superpotęga gospodarcza świata, faktyczna unia fiskalna i monetarna stanów związanych od ponad 200 lat przez wspólną kulturę, konstytucję, język i poczucie wspólnoty narodowej, mogłyby pozwolić inflacji na zjedzenie wartości swojej waluty, a przy okazji waszej inwestycji. A może powierzylibyście swoją reputację i zaryzykowali stanowisko, inwestując w młodą walutę zsyntetyzowaną w finansowej probówce ze źle dopasowanego DNA 16 państw, z których wiele spędziło znaczną część ostatnich 200 lat na podsycaniu wzajemnej wrogości i braku zaufania, a nawet angażowaniu się w konflikty militarne?

Obecnie rynek odważył się powiedzieć: "Hej, euro jest nagie!".

Nick Beecroft

starszy specjalista ds. strategii rynkowych Saxo Banku

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Nick Beecroft

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy