Rząd Leszka Millera nie obiecywał zmniejszenia obciążeń fiskalnych. Zobowiązał się jednak do reformy finansów publicznych, która na razie ogranicza się do... zwiększania obciążeń.
Celem rządu nie jest administrowanie odziedziczonym kryzysem. Naszym celem jest przezwyciężenie kryzysu i wprowadzenie gospodarki na ścieżkę wzrostu. Najpierw trzeba jednak uratować państwo przed bankructwem — mówił w exposé premier Leszek Miller. Państwo nie zbankrutowało, a gospodarka powoli rośnie. Niewielka w tym jednak zasługa rządzącej koalicji, która koncentruje się na szukaniu pieniędzy w kieszeniach firm i obywateli.
Po płomiennym exposé ekonomiści oczekiwali, że rząd wykorzysta pierwsze miesiące pracy do przeprowadzenia reformy finansów publicznych. Moment był idealny, bo niepopularne decyzje można było zrzucić na karb poprzedników. Nic takiego jednak się nie stało, a Marek Belka, wicepremier i minister finansów, uznawany za gwaranta reform, podał się do dymisji.
Jego następca — Grzegorz Kołodko — zaczął urzędowanie od podniesienia podatku od dochodów firm. W ustawie o CIT zapisane było od trzech lat, że w 2003 r. przedsiębiorstwa zapłacą 24-proc. podatek. Minister Kołodko uznał, że to za mało, i zwiększył obciążenie do 27 proc.
Rząd Leszka Millera od początku urzędowania szukał jednak dodatkowych środków w kieszeniach podatników, choć nie wszystkie jego decyzje powinno się potępiać. Ekonomiści za krok w dobrym kierunku przyjęli likwidację czy ograniczenie ulg komunikacyjnych — w ten sposób ludzie zapłacą więcej, mniej jednak wyda budżet.
Sporo wątpliwości budziło i budzi wprowadzenie tzw. podatku Belki — daniny od zysków kapitałowych. Autor — Marek Belka — utrzymuje, że to podatek neutralny dla gospodarki, a potrzebny budżetowi. Krytycy twierdzą, że w ten sposób zniechęca się do oszczędzania oraz podnosi koszty środków na rozwój gospodarki.
Najwięcej negatywnych emocji budzą jednak podejmowane przez rząd próby ustalania nowych parapodatków czy podnoszenia już istniejących obciążeń. Posłowie koalicji jak jeden mąż głosowali za zwiększeniem do 8 proc. składki na ubezpieczenie zdrowotne. Przekonują też, że winiety czy opłaty za przyszłe złomowanie to kroki we właściwym kierunku. Ekonomiści są przeciwni — większość twierdzi, że zamiast ograniczać wpływ państwa na gospodarkę i dążyć do sanacji finansów publicznych, rząd Leszka Millera funduje podwyżki pracownikom budżetówki, zwiększając jednocześnie obciążenia.
Ujawnione wczoraj przez nas pomysły sfinansowania budowy systemu ewidencji pojazdów i kierowców (tzw. CEPiK) z pieniędzy podatników są kolejnym dowodem na brak woli reform w rządzącej koalicji — z jednej strony wydatki budżetu rosną szybciej niż gospodarka, z drugiej zaś państwo coraz śmielej sięga do naszych kieszeni.