Historia z pubem w tle

Dorota Wojnar
opublikowano: 2007-11-16 00:00

Zamki i klify. Katolicy i protestanci. Prawi ludzie i lewostronny ruch. Wszystko to kraszone kuflem guinnessa.

Co dziwi najbardziej? Że tutejsi zazdroszczą nam służby zdrowia.

Zamki i klify. Katolicy i protestanci. Prawi ludzie i lewostronny ruch. Wszystko to kraszone kuflem guinnessa.

Mineralna kosztuje tyle, co cola. Wody wokół w bród: Morze Irlandzkie, Morze Celtyckie, Kanał św. Jerzego i na zachodzie — Ocean Atlantycki. Historia wynurza się z co drugiego podwórka. Dlatego zamiast zwiedzać stolicę, warto wyruszyć na szlaki rzadziej uczęszczane przez turystów, by poszukać ducha kraju.

Krzywa logika

Jasne, Dublin trzeba zobaczyć, ale lepiej szybko opuścić miasto i odkrywać prowincję. Przed tymi, którzy zdecydują się na wypożyczenie auta, stoi niełatwe zadanie opanowania jazdy po lewej stronie jezdni. Kto ma pecha, trafi na model samochodu, w którym zamieniono miejscami włączniki kierunkowskazów i wycieraczek. Kiedy trzeba szybko zareagować, pomyłka murowana. Połapanie się, w którą nitkę ulicy należy wjechać albo z której strony trzeba wjechać na rondo — to jedna sprawa. Druga — rozszyfrowanie zasad, jakimi kierowali się drogowcy, oznaczając irlandzkie szosy. Znaki stoją przed skrzyżowaniem albo na nim i zagadką jest, kiedy którą interpretację należy przyjąć. Dodatkowo ustawione są równolegle do drogi, przez co wzajemnie się zasłaniają. W nocy jedynym rozwiązaniem jest zatrzymanie się na środku drogi i gapienie — do skutku. Mapa nie pomoże, a raczej przeszkodzi, bo widnieją na niej drogi i miejscowości, których w rzeczywistości nie ma. I odwrotnie.

Irlandia pozwala poczuć się odkrywcą. I to nie byle jakim. Łatwo odkrywa się tam zamki. Niektóre dostojnie górują nad otoczeniem, inne pojawiają się znienacka za murowanym ogrodzeniem. Warto pojechać do hrabstwa Tipperary, by zobaczyć Skałę Cashel (Rock of Cashel) — siedzibę arcybiskupów irlandzkich. Jeden z nich, Miler Magrath, wsławił się szczególnie niechlubnym wyczynem (XVI w). Gdy piastował urząd arcybiskupa katolickiego, przeszedł na anglikanizm i przez 9 lat był jednocześnie biskupem katolickim i protestanckim. Legenda mówi, że na dziedzińcu tego właśnie zamku św. Patryk tłumaczył miejscowym ideę Trójcy Świętej, pokazując im trójlistną koniczynę. Od tego zdarzenia roślina jest nieoficjalnym symbolem Irlandii.

Miłośnicy kina powinni wybrać się do Trim, gdzie stoi największy anglonormański zamek w Irlandii — 12 lat temu w tej XIII-wiecznej fortecy Mel Gibson kręcił sceny do „Braveheart”. Kto woli zamki bardziej kameralne, też nie będzie miał problemu, bo prędzej czy później natknie się na jedną z wielu mieszkalnych wież. Przykład? piętnastowieczny zamek w Ballaghmore w hrabstwie Laois. Przez wieki przechodził z rąk do rąk. W końcu w 1990 r. kupiła go Grainne Ni Cormac, starsza pani, z której twarzy i zachowania jasno widać, jakiego koloru krew płynie w jej żyłach. Dama odrestaurowała wieżę, urządziła i wynajmuje ją tym, którzy za weekendowy pobyt są gotowi zapłacić 2 tys. euro. Miło, ale chłód, wilgoć i towarzystwo inne niż ludzkie — gwarantowane.

Morze zieleni

Najszybciej odkryje się ducha kraju, klucząc bocznymi drogami ograniczonymi żywopłotem lub kamiennym murem i tak wąskimi, że auta mijają się dosłownie na grubość lakieru. I na pustych, wiecznie zielonych łąkach porośniętych trawą grubą na 20 cm i miękką jak perski dywan. Morze zieleni robi niezwykłe wrażenie, gdy faluje na płaskich jak stół szczytach klifów. Najczęściej odwiedzane przez turystów klify Moher, jakieś 90 km na północny wschód od Limerick, mają 200 m wysokości i ciągną się przez 8 km. Woda wciąż je drąży. Kilka lat temu podczas sztormu ocean pochłonął kawałek wybrzeża z ulubionym przez turystów miejscem pikni- kowym.

Klify Moher mają pewną wadę — ludzki tłum drepczący gdziekolwiek się obejrzysz. Dlatego warto wybrać klify w okolicach Kilkee. Choć o połowę niższe, równie piękne, a w zasięgu wzroku — kilku wędkarzy. Warto rozłożyć koc, popijać herbatę, poczytać albo tylko patrzeć, jak ocean bije się ze skalistymi ścianami. Kto wędkuje, niech koniecznie zabierze sprzęt, bo gdy trafi się ławica, okazy wyciąga się co drugie zarzucenie wędki.

Jadąc w stronę półwyspu Loop Head, można wypić tradycyjnego guinnessa w barze w Kilbaha, reklamującym się jako „najbliższy pub do Nowego Jorku”. Loop Head, z małą latarnią stojącą na krańcu półwyspu, przyciąga samotników, spacerowiczów i fotografów. Kto ma szczęście, zobaczy i usłyszy delfiny.

Trunek nasza miłość

Irlandczycy, podobnie jak Polacy, przez wieki próbowali wyrwać się spod obcych rządów. Niepodległość odzyskali w 1921 r., a ostatnie związki formalne z Wielką Brytanią zerwali w 1948 r. To kraj rolniczy, oparty na małych, rodzinnych, ale zmechanizowanych gospodarstwach, w których produkuje się głównie wołowinę, mleko, zboża, buraki cukrowe i ziemniaki. Jak nasz naród, tak i mieszkańcy zielonej wyspy znani są z zamiłowania do napojów wyskokowych. Z tą różnicą, że Polacy wolą małe kieliszki, oni są mistrzami opróżniania kufli.

Jest też więcej różnic, znacznie głębszych. Irlandczycy grzecznie stoją w korkach („wiadomo, taka godzina, nie ma co się dziwić”) i chętnie wpuszczają do kolejki innych. Bez odpowiednich dokumentów wypożyczą samochód („dla państwa nagniemy nasze zasady, bo nie chcemy, byście mieli zepsute wakacje”), a zapytani o drogę — najpierw wdadzą się w przyjacielską pogawędkę.

Także procedurę zakładania i prowadzenia firmy w obu krajach dzieli przepaść. Podatek dochodowy można zapłacić dopiero po roku działalności, a gdy właściciel uzna, że firma nie jest jeszcze na to gotowa — po dwóch latach. Znajomy, który chciał zrealizować czek na kilka tysięcy euro w jednym z banków na prowincji, nie miał przy sobie dokumentów. Na pytanie kasjerki, czy już kiedyś ich odwiedził, zgodnie z prawdą odpowiedział, że tak. No to nie ma problemu — usłyszał i wyszedł z plikiem banknotów. By wliczyć w koszty prowadzenia działalności różne wydatki, zamiast faktur można przedstawić napisane przez siebie oświadczenie. Wystarczy. Za to polska służba zdrowia w porównaniu z irlandzką jest luksusem, jakiego nam zazdroszczą.

Studium przypadku

W „Prochach Angeli” Frank

McCourt tak opisywał mental-

ność irlandzkich mężczyzn

na początku XX w.: „W ładną po-

godę mężczyźni siedzą na ze-

wnątrz, palą papierosy, jeśli je

mają i przyglądają się światu

(…) Mężczyźni siedzą, bo są wy-

czerpani codzienną drogą

do biura pośrednictwa pracy,

żeby się podpisać na liście bez-

robotnych i dostać zasiłek; dys-

kutują nad problemami świata

i zastanawiają się, co zrobić

z resztą dnia. Niektórzy zatrzy-

mują się przed sklepem buk-

machera, studiują tabele wy-

ścigów i stawiają szylinga lub

dwa na pewniaka. Inni spędza-

ją długie godziny w bibliotece

Carnegie, czytając angielskie

i irlandzkie gazety. Mężczyzna

na zasiłku musi mieć aktualne

informacje, ponieważ pozosta-

li bezrobotni są ekspertami

w dziedzinie światowych

wydarzeń (...) Mężczyzna

na zasiłku wraca do domu po dniu spędzonym u bukmachera albo nad gazetą, a wtedy żona daruje mu te kilka minut komfortu i spokoju z papierosem przy herbacie (...)”.

Dorota

Wojnar